"Enlightened", czyli reklama sekty z nurtu New Age

Laura Dern w "Enlightened"

Laura Dern w "Enlightened"

Ruszył nowy serial HBO, z Laurą Dern w roli głównej. Sprawdź, czy warto na niego poświęcić cenne pół godziny.

Nowy komediodramat HBO oglądałam zgrzytając zębami. Z rozczarowania (bo uwielbiam Laurę Dern), z zażenowania (bo aż wstyd patrzeć na poczynania głównej bohaterki) i ze zniecierpliwienia (bo całość nudna i ciągnie się niemiłosiernie).

Zaczyna się nieźle, wykrzywioną od płaczu twarzą Amy (Laura Dern). Amy właśnie przeżywa załamanie nerwowe, które wieńczy jej dotychczasową karierę w korporacji, połączoną z nieudanym życiem osobistym. To załamanie prowadzi ją na Hawaje, gdzie uczy się medytować i stawać lepszą osobą. Po powrocie do domu Amy stara się naprawić i wyprostować relacje, które ukształtowały ją i sprawiły, że dotarła do miejsca w którym ją poznaliśmy. Te relacje to oczywiście relacja z matką, z byłym mężem i dodatkowo z kochankiem, pracującym w tej samej korporacji. Mogłoby być w miarę śmiesznie.

Ale nie jest wcale. Laura Dern jako Amy po przemianie jest rzeczywiście przekonywająca. Dziwnie infantylna, oderwana od rzeczywistości na tyle, że przywodzi na myśl szaloną histeryczkę, kruchość jej równowagi wyczuwa się w powietrzu. Amy jest uroczo naiwna w swym przekonaniu, że wszystko uda jej się naprawić wyłącznie dzięki subiektywnemu podejściu do sytuacji i uważnemu wglądowi we własne wnętrze. Jest też przy tym niezwykle irytująca, co jest fajnym akcentem.

Tylko że tak naprawdę nie wiadomo, o czym jest ten serial. Czy chodzi o Amy, czy chodzi o to, że praca w korporacji zabija indywidualizm, czy może o to jakie to smutne, że ludzie tak niechętnie uśmiechają się do siebie. Wszystko wskazuje, że ma być to serial o doskonaleniu jednostki, o tym, jak sama potrafi się zmienić i jak wpływa to na otaczającą ją bańkę. O tym, jak wszyscy poszukujemy równowagi i jak można ją znaleźć nawet gdy wszystko zdaje się być przeciw nam. Wszechświat da nam to, o co go poprosimy, jeśli tylko będziemy wystarczająco zdeterminowani, by wytrwać w podróży w głąb siebie.

Czyli najgorzej. Miks buddyzmu z panteizmem, era wodnika i antropozofia. Wszystko bez cienia dystansu do zagadnienia. Końcówka przesycenie uduchowiona i śmiertelnie poważna, koszmarek!

Zazwyczaj nie przekreślam nawet słabych pilotów i oglądam dwa, może trzy kolejne odcinki, zanim upewniam się, że dalsze poświęcanie serialowi czasu zupełnie nie ma sensu. Tym razem nie zerknę nawet na kilka minut kolejnego. Mimo Laury Dern.