"Bibliotekarze" (1x01-02): Ironia ratuje świat

"Bibliotekarze"

"Bibliotekarze"

Gdyby nie lekko autoironiczny stosunek postaci do świata przedstawionego, byłoby fatalnie. A tak można się całkiem nieźle bawić i natychmiast zapomnieć, że się oglądało. Przyjemna propozycja na zimowe wieczory i nic więcej. Trochę spoilerów.

Jedną z niespodzianek sprawionych mi przez "The Librarians" było to, że Noah Wyle potrafi coś jeszcze oprócz odgrywania zbolałej miny i wygłaszania patetycznych dialogów znanych z "Wrogiego nieba". Wreszcie mogłem się nieco nacieszyć jego zawiadiackim i nieco chłopięcym urokiem, który pamiętałem choćby z "Ostrego dyżuru". Niestety, Wyle będzie się pojawiać w "Bibliotekarzach" tylko gościnnie, ale to jeszcze nie znaczy, że serial nie będzie się do niczego nadawać.

Z "Bibliotekarzami" nie jest bowiem źle. Co prawda główni bohaterowie wydają mi się w większości bezbarwni, ale mają jeszcze czas się rozwinąć. W pierwszych dwóch odcinkach główne skrzypce odgrywali Noah Wyle i Rebecca Romijn. Ta ostatnia wypadła znakomicie, wielokrotnie ratując przydatność do oglądania dobrze podaną ironią. I to właśnie autoironia jest najmocniejszą stroną serialu, przynajmniej na razie. Jakoś bowiem nie mogę kupić tego nagromadzenia magii i (nie najlepszych) efektów specjalnych. Pomijam oczywiste bzdury, które są normalne w tego typu filmach i serialach, bo albo się taką konwencję kupuje, albo nie. Czuć jednak nadal, że wszystkie części filmu, którego spin-offem jest serial, były cienkimi popłuczynami po "Indianie Jonesie". Co oczywiście nie zmienia faktu, że i tak oglądało się to dobrze.

Ciekawy jest zwłaszcza punkt wyjścia, czyli pojawienie się dość twardo stąpającej po ziemi antyterrorystki Evy (Rebecca Romijn), która nagle trafia do Biblioteki i ma być strażnikiem Bibliotekarza Flynna (Noah Wyle) - magia i wiara w nią nie jest jej mocną stroną (podobnie jak stosunki międzyludzkie), ale wszelkiego rodzaju mordobicia i kopaniny, włącznie z rozniesieniem w barowej bójce bandy ninja w Oklahomie, wychodzą jej znakomicie. Podobnie jak ochrona słabszych fizycznie członków zespołu. Efektem jest sporo dobrych tekstów, pochodzących z dobrego kina klasy B, i sporo przyjemności oglądania.

Znacznie słabiej wypadają pozostali Bibliotekarze. Nie zapadają w pamięć, a mają być przecież osią serialu. Jako się rzekło, Noah Wyle będzie wpadał rzadko i na krótko, a serial jednak kręcić się musi. Wypadałoby więc, by główni bohaterowie choć trochę przyciągali uwagę, a tymczasem jedyną godną pamięci postacią jest Jacob (Christian Kane). Matematyczne halucynacje Cassandry (Lindy Booth) nie wypadły dla mnie dobrze, a jej zdrada i szybki powrót do zespołu też nie były specjalnie interesujące. Wyglądały raczej na wymuszone i mające za cel jedynie pchnięcie akcji do przodu.

Nie zmienia to faktu, że "The Librarians" to przyjemna propozycja na zimowe wieczory. Na ekranie sporo się dzieje, nie trzeba też specjalnie myśleć. Można się zrelaksować, pośmiać i z przyjemnością popatrzeć na to, co spotyka bohaterów. Jeżeli mam być szczery, to niczego się więcej po tym serialu nie spodziewałem i dlatego jestem zadowolony.

Warto wiedzieć, że serial można oglądać w Polsce całkowicie legalnie i niemal równocześnie z Amerykanami. Premiera sezonu miała miejsce 8 grudnia o godz. 23:00 w Universal Channel, kolejne odcinki będą emitowane w poniedziałkowe wieczory.

REKLAMA