"Marco Polo" (1x01-05): Początek wielkiej przygody

Dziwna sprawa z tym "Marco Polo". Po pilocie byłam przekonana, że to popłuczyny po "Grze o tron", z którymi nie chcę mieć więcej do czynienia, a potem jak się rozkręciło...! Wygląda na to, że polecam, choć nie bez zastrzeżeń.

"Marco Polo" to serial, którego losy są długie i zawiłe. Początkowo miał być emitowany przez Starz, ale stacja z projektu zrezygnowała. W końcu przygarnął go Netflix, który wydał na realizację 10 odcinków 90 mln dolarów, i wszyscy spodziewali się nowej "Gry o tron". A potem krytycy dostali gotowy pilot i okazało się, że jednak nie wszystko złoto, co od Netfliksa. Na Metacritic "Marco Polo" ma przerażająco niską ocenę 47/100, gdzie indziej nie jest lepiej. Tymczasem publiczność wygląda na całkiem zadowoloną.

Skąd ten rozrzut? Prawdopodobnie stąd, że wielu krytykujących widziało tylko odcinek pilotowy, tak mniej więcej fascynujący i oryginalny jak książka telefoniczna. Przez pierwsze 50 minut produkcja Netfliksa prezentuje się ze wszystkich najgorszych stron: scenariusz jest chaotyczny i co gorsza bezbrzeżnie nudny, historia Marco za nic nie wciąga, aktorstwo pozostawia wiele do życzenia, a topornie napisane dialogi ranią uszy. Nie dzieje się na dobrą sprawę nic, dostajemy jedynie zawiązanie akcji. Nie widać wielkich pieniędzy, które włożono w serial - obiecywano nam wielką przygodę, "epickie" sceny walki, a tu jedyne, z czego ewentualnie można by się cieszyć, to morze cycków. Przy czym jako kobieta czuję się dziwnie, oglądając przedstawicielki własnej płci niemal wyłącznie w rozbieranych scenach. Hmm... takie czasy? Taki klimat!?

Ci, którzy historię XIII-wiecznego kupca z Wenecji znają słabo, na początku mają prawo poczuć się zdezorientowani. Brakuje ekspozycji, od pierwszej chwili wrzuceni jesteśmy w sam środek wydarzeń. Problem w tym, że nie są to wydarzenia najbardziej interesujące na świecie - ot, dowiadujemy się, jak młodziutki Marco (Lorenzo Richelmy) znalazł się na dworze Kubilaj-chana (Benedict Wong, który sporo przytył specjalnie do tej roli). Wszystko toczy się najbardziej oczywistym torem, jak gdyby scenarzysta czytał to samo hasło w Wikipedii, które właśnie studiuję ja, sprawdzając, jak ma się serial do prawdziwej (czy też sprzedanej przez samych bohaterów jako prawdziwa) historii. Ma się tak, że jest jej najbardziej banalnym, łopatologicznym odtworzeniem, jakie sobie tylko można wyobrazić. Na dodatek drastycznie skrócono wątki sprzed okresu pobytu Marco na dworze chana, uznając widać, że pół odcinka spokojnie wystarczy na pokazanie podróży z Wenecji na teren dzisiejszych Chin. Może to i lepiej - Wikipedia prezentuje tę część historii Marco Polo ciekawiej niż serial Netfliksa.

chan34567

Pierwsze 45 minut pilota powinno zostać wyrzucone do kosza i stworzone od nowa, ale jeśli już przez nie przebrniecie, okaże się, że "Marco Polo" potrafi być całkiem przyjemną rozrywką na zimowy wieczór. Odrobinę polotu można dostrzec w ostatnich minutach pierwszego odcinka, a potem jest już coraz lepiej. Nad golizną nie ma sensu się znęcać - Netflix chciał mieć własną "Grę o tron", nie szczędzi więc sexposition. Przy czym i w tej materii "Marco Polo" dzielą od "GoT" lata świetlne, ciężkie pióro nawet cyckom nie sprzyja.

Co w takim razie w serialu Netfliksa wyszło? Kostiumy, scenografia, świetnie zrealizowane sceny walk, piękne widoki, a w końcu i sama historia, która jest tak fascynująca, że całkiem schrzanić jej się nie dało. I choć oglądając drugi odcinek, wciąż odnosiłam wrażenie, że to wszystko jakieś sztuczne i banalne, przyznaję, wciągnęło mnie. Marco przebywa bowiem niesamowitą drogę - od chłopaczka, który praktycznie zostaje sprzedany na dwór chana, do zaufanego doradcy, który zaczyna reprezentować państwo Mongołów na zewnątrz.

Oczywiście - to kolejna klisza, ale akurat w tym przypadku działa - ma swojego mistrza, ślepca nazywanego Hundred Eyes (Tom Wu), który uparcie go uczy sztuk walki i usiłuje wyprowadzić na ludzi, a to rzucając nim o ściany, a to plotąc dyrdymały o yin i yang. Sceny pomiędzy tą dwójką należą do najlepszych - dialogów co prawda nie da się słuchać, ale jak pięknie oni tańczą! Ile w tym młodzieńcu jest gniewu i głupich emocji, jaki rozsądny i bezlitosny jest jego mistrz! Banały, wiem, banały, ale to chyba jedyne, co zrobiono w "Marco Polo" na najwyższym poziomie i co rzeczywiście cieszy oko. Całkiem przyzwoicie prezentuje się też armia, którą zobaczycie w 2. odcinku - to prawdziwe morze ludzi i koni, stanowiące najlepszy dowód na to, że Netflix też może zrobić coś z rozmachem.

Dworskie intrygi, walki, spotkania dyplomatyczne, ludzkie dramaty, romanse, przygody. Pięć odcinków minęło jak z bicza strzelił i choć serial nie pozbył się po drodze wszystkich wad, muszę przyznać, że się wkręciłam. Co prawda Lorenzo Richelmy bardziej jest i ładnie wygląda, niż gra, ale za to kolejne postacie nabierają kolorów. Wychodzą na wierzch kolejne sekrety, ujście znajdują rozmaite emocje, a przede wszystkim ciągle coś się dzieje. Wnuk Czyngis-chana rządzi gigantycznym imperium, które każdego dnia sprawia jakieś kłopoty. Mącą Chińczycy, mącą ministrowie, mąci własny brat. A Marco z każdym odcinkiem znajduje się coraz bliżej epicentrum wydarzeń, coraz bardziej dorasta i ma coraz większy wpływ nie tylko na to, co dzieje się z nim, ale też wokół niego.

Porównywać "Marco Polo" z "Grą o tron" nie ma sensu, bo to po prostu nie ta sama liga. Nie spodziewajcie się tu finezyjnych zwrotów akcji, superinteligentnych intryg ani genialnych tekstów w stylu tych z plakatów "GoT". Nie ma też patetycznych przemów ani krwi lejącej się strumieniami, jak w "Spartakusie". "Marco Polo" ma swoje niegrzeczne momenty - zwykle zawierające tuziny nagich kobiet - ale przez większość czasu jest poprawny jak książka przygodowa dla 13-letnich chłopców. Co nie przeszkadza oglądać go z przyjemnością większą niż ta, którą odczuwa się podczas lektury hasła "Marco Polo" w Wikipedii.

Myślę, że polecam - z zastrzeżeniem, że to raczej łatwy, lekki i przyjemny odmóżdżacz z elementami historii, niż dobry serial historyczny.

REKLAMA