"Homeland" (4x12): Ludzie z ziemi niczyjej

To nie był finał, jakiego się spodziewaliśmy. Po fenomenalnych odcinkach, które przywróciły wiarę w ten serial, jego finał to bardziej most ku przyszłości niż zakończenie sezonu. Ale i tak było warto. Spoilery.

Oczekiwania przed finałem 4. sezonu "Homeland" były ogromne. I trzeba powiedzieć na samym wstępie - nie ma żadnych wątpliwości, że odcinek tych oczekiwań nie spełnił. Gdy tylko okazało się, że to Dar Adal, sam szef tajnych operacji CIA siedzi w samochodzie razem z Haqqanim, stawka finału natychmiast poszła do góry. Już nie chodziło tylko o dokończenie całego wątku, ale także o to, czy agencja pozna tożsamość zdrajcy.

Niestety nic takiego się nie stało. Większa część odcinka "Long Time Coming" to liryczna, kameralna opowieść o rozliczeniach Carrie z przeszłością. Widzimy jej transformację w, powiedzmy, przykładną matkę, odwiedziny u własnej matki w Missouri, pogrzeb ojca i tak dalej. Nic z tego nie ma żadnego znaczenia dla wątków, które tak bardzo trzymały w napięciu przed ostatnie odcinki. To pierwsze duże rozczarowanie. Nagle oglądamy zupełnie inny serial. I nie jest to dobra informacja. Finał odrywa widza od rzeczywistości ustanowionej w ostatnich odcinkach, jego akcja toczy się w całości w USA. To spory krok wstecz, powrót do taniego sentymentalizmu rodem z poprzednich sezonów. A już wydawało się, że to minęło w "Homeland". Ogólnie jednak, ten sezon był dużo, dużo lepszy niż poprzedni, mimo problematycznego odcinka końcowego.

Drugie, nieco mniejsze rozczarowanie wynika z bardzo ostrego przyspieszenia wątku romansowego Carrie - Quinn. Oczywiście wszystko ku temu zmierzało, ale szybkość jest nieprzyjemnym rozczarowaniem. Teraz Quinn chce odejść ze służby, namawia do tego Carrie. Razem mają żyć długo i szczęśliwie. Oczywiście tak się nie dzieje - Carrie ma wątpliwości. Ostatecznie Quinn wraca do pracy i leci do Syrii w kolejnej misji. To akurat jest bardzo w stylu "Homeland", chociaż oczywiście nie jest w żaden sposób oryginalne.

Trzecie zastrzeżenie dotyczy samego Dara Adala i jego paktu z diabłem. Otóż, jak się okazuje - w świetnej, najlepszej scenie odcinka, gdy Saul negocjuje z nim swoje warunki powrotu do CIA - ta współpraca ma bardzo pragmatyczny wymiar. Jak tłumaczy Adal, Haqqani obiecał, że po przejęciu kontroli nad Afganistanem (po wymianie jeńców ma to niemal pewne) nie przekształci tego kraju w raj dla terrorystów. Nagranie z Saulem ma nigdy nie ujrzeć światła dziennego, co otwiera Saulowi powrót do CIA. W zamian za to USA mają zrezygnować ze ścigania go za pomocą dronów i innych metod. I Saul się na to zgadza, ku zaskoczeniu i obrzydzeniu Carrie.

Całość to dość naiwne rozumowanie. Saul sam zwraca uwagę na to, iż terrorysta Haqqani obiecuje, że nie będzie wspierał terrorystów. Adal rewanżuje się stwierdzeniem, że będzie mu się to opłacać. Trudno w to uwierzyć. USA nie miałaby żadnej możliwości współpracy z Afganistanem pod przywództwem człowieka, który dokonał ataku na ambasadę i zabił 36 osób. Pakistan jest w wersji "Homeland" stracony dla USA, nie ma tam (już) ambasady, nie są utrzymywane relacje dyplomatyczne. Haqqani jako lider Afganistanu oznacza też koniec relacji z tym krajem. To perfekcyjne warunki dla odtworzenia się sieci terrorystycznych, które byłyby zdolne do ataku na USA w skali zamachów z 11 września. Co więcej, Saul jako dyrektor CIA byłby bardzo podatny na szantaż Haqqaniego czy jego współpracowników, chociaż pada zapewnienie, że nagranie zostało zniszczone. Dlatego cała ta umowa nie ma po prostu politycznego sensu, nie mówiąc już o moralności. Saul i tak się zgadza. Tu pada kluczowe określenie w całym odcinku: "Jesteśmy ludźmi z ziemi niczyjej". Tak Adal zwraca się do Saula i to też jest najlepsze podsumowanie tego, o kim ten serial jest. Szkoda tylko, że pada to w tak kiepskim odcinku.

Finał nie kończy żadnych wątków, przynosi jedynie rozczarowanie. To zdecydowanie słabszy koniec niż ubiegłoroczne zakończenie. Ale na szczęście nie anuluje do końca świetnego, fenomenalnego momentami sezonu, który miał bardzo niewiele słabych punktów. "Homeland" jako opowieść o terroryzmie, szpiegostwie, dronach i Pakistanie działa tysiąc razy lepiej niż jako historia Carrie i jej problemów. To serial, który jak żaden inny oddaje ducha czasów i realiów totalnej wojny z terroryzmem. Najlepiej świadczą o tym bieżące wydarzenia i sytuacja w Pakistanie, gdzie we wstrząsającym ataku na szkołę śmierć poniosło ponad 100 dzieci.

Finał zasiewa ponownie wątpliwości, czy 5. sezon po raz kolejny nie zmieni się nużącą, nieciekawą opowieść o czymś zupełnie innym niż oglądaliśmy w 4. sezonie. Ale ponieważ ten był tak dobry jako całość, nawet to rozczarowanie nie zmienia faktu, że na kolejny sezon - być może dotyczący Syrii, chociaż to jedynie moja spekulacja - warto będzie czekać.

REKLAMA