10 najlepszych seriali 2014 roku wg Marceli Szych

"Detektyw" (Fot. HBO)

"Detektyw" (Fot. HBO)

Tak, wiem, że to był świetny serialowy rok. Zewsząd słyszałam rozmaite pytania - czy już widziałam "The Knick" i jak podoba mi się "The Affair". Nie udało mi się zobaczyć wszystkich smakowitości, ale powstało i moje top ten!

Tak dużo seriali, tak mało czasu... W zeszłym roku biłam się przepraszająco w pierś za nieobejrzenie "Breaking Bad" i w tym roku nadrobiłam tę zaległość. Teraz szalenie żałuję, że w moim zestawieniu nie mogę ująć tego serialu, jak i paru innych, którymi wypełniałam swój czas. Całe szczęście, ten rok był na tyle urodzajny w soczyste nowości, że zestawienie najlepszej dziesiątki nie stanowi najmniejszego problemu.

10. "Louie". "Louie" jest u mnie na szarym końcu, bo nie bawił mnie tak jak zwykle. A jednak zachwycił mnie tym, że w pewnym punkcie został niemal pozbawiony elementów komediowych. Ta zmiana tonu i siły nacisku z mojego punktu widzenia nadała "Louiemu" świeżość. To nie jest dawny "Louie", to "Louie" zupełnie inny, co nie znaczy że gorszy. Czwarty sezon jest jeszcze bardziej brutalny w szczerym spojrzeniu na świat oczami depresyjnego komika. Oglądając, czułam się trochę przygnieciona, ale w ten masochistycznie przyjemny sposób.

9. "Mad Men". Nawet gdyby "Mad Men" miało kilkanaście sezonów i kiedyś któryś okazałby się najsłabszy, to - jestem pewna - i tak musiałby się znaleźć w moim top ten. Uwielbiam ten klimat, problemy Dona Drapera i mroczną otchłań, w której bohater coraz bardziej się zapada. Nigdy nie liczę na cliffhangery czy szalone zwroty akcji rodem z "Gry o tron", a jednak mad meni i tamtejsze, nie mniej szalone, kobiety  zawsze mnie zaskakują. Nikogo w tym serialu nie potrafię do końca polubić i chyba ta niemożność, konieczność zdystansowania tak mocno wiąże mnie z serialem.

8. "Gra o tron". Uwielbiam fantasy jako gatunek literacki, a serial uważam za jedną z fajniejszych produkcji tej klasy. Nie mam poczucia pogubienia w stosunku do wątków książkowych, wielbię Martina za to, jak igra sobie z uczuciami odbiorców. Historie o bohaterach i epopeje zawsze będą miały wzięcie, ale to, co robi z nami HBO, to zupełny zawrót głowy!

7. "Remember Me". Michael Pallin nie jest już tylko głuptasem z Monthy Pythona, jest 70-letnim staruszkiem! I takiego smutnego, pogubionego staruszka gra w trzyodcinkowej produkcji BBC. Początek tego szaroniebieskiego serialu sprawia, że jest się przekonanym, że będzie to smutna historia o odchodzeniu w niepamięć. Za to koniec sprawia, że wzdragamy się i z przestrachem oglądamy przez ramię. Bo "Remember Me" to chyba trochę horror, a trochę chyba thriller, a na pewno godna polecenia, przerażająca historia.

6. "Olive Kitteridge". Wielbię miniseriale, mają więcej czasu na opowiedzenie wszelakich historii, będąc jednocześnie pozbawionymi szans na niepotrzebne ich rozwlekanie. A już takie historie jak Olive w tej konwencji sprawdzają się doskonale. Niby poznajemy miasteczko i ludzi je zamieszkujących, ale tak naprawdę zdajemy sobie sprawę, że każda z tych osób ma swoją nieprzebraną historię. Ta historia daje zaczyn kolejnym, które splątują się w tyglu miłości, przyjaźni i innych relacji wraz z emocjami im towarzyszącymi. Do śmiechu, do płaczu i do myślenia.

5. "Orange Is the New Black". Trochę bałam się kolejnego sezonu OItNB. Serial, który zachwycił mnie swoją świeżością, mógł łatwo spocząć na laurach. Nic z tych rzeczy, w kolejnym sezonie nic nie nuży i wszystko jest "bardziej". Chciałam komuś opowiedzieć o tym fenomenie. Że jest śmiesznie i smutno, że więzienie zmienia ludzi, że to taki mikroświat z miniaturą społeczeństwa. Jakoś zabrakło mi właściwych słów i prawiłam same banały. W każdym razie, ktokolwiek nie widział "Orange Is the New Black", powinien nadrobić to w mgnieniu oka i tak, żeby zdążyć jeszcze poogryzać skórki w oczekiwaniu na trzeci sezon.

4. "Fargo". "Fargo" jest tak pokręcone, że nie sposób się nie zakochać. Uwielbiam każdego z aktorów w każdej roli, a przede wszystkim uwielbiam główną rolę Minnesoty z 2006 roku. Zaśnieżone, zimne tło jest tak minimalistyczne, a miejscowa społeczność na pozór tak spokojna, że od pierwszej minuty wiadomo, że to scena stworzona dla szalonych i brutalnych wydarzeń w coenowskim stylu. Z postaciami zżyłam się tak niesłychanie, że jeszcze nie potrafię się cieszyć na myśl o kolejnym sezonie.

3. "Transparent" "Transparent polecił mi Nikodem i będę mu za to wdzięczna, jeśli nie dozgonnie, to co najmniej do końca roku. Nie ma dla mnie znaczenia, czy to komedia, dramat czy miks owych kategorii. Mimo że oś fabuły zbudowana jest wokół transpłciowej bohaterki, to nie problemy społeczności LGBT robią na mnie największe wrażenie. To jest świetnie opowiedziana historia rodziny jakich wiele, a każdy z członków tej rodziny miele się w kotle pełnym traum, słodkich wspomnień, problemów, zadr i teraźniejszych wydarzeń. Uważam za fantastyczne sposób kręcenia i naturalność aktorów. A Jeff Tambor jest świetny i świetnie zmienny w zależności od tego czy gra Morta czy też Maurę.

2. "Żona idealna". W zeszłym roku pisałam, że "Żona idealna" to dobry serial prawniczy z elementami politycznymi. Teraz mam wrażenie, że proporcje się odwróciły i jest to serial polityczny z elementami prawniczymi. Niezmiennie świetny. Na swoje szczęście, sezon 5 obejrzałam trochę po jego premierze. Gdybym wydarzenia z 15. odcinka widziała bez wcześniejszych spoilerów, pewnikiem odeszłabym z tego świata. I chociaż "Żona idealna" zawsze wzbudzała we mnie gamę emocji, to teraz przyczyną zgonu byłyby szok, niedowierzanie, apopleksja i złamane serce.

1. "Detektyw". W przeciwieństwie do Marty nie mam żadnych, choćby najmniejszych obiekcji przed umiejscowieniem "Detektywa" na szczycie listy mojego zestawienia. Ja do tego serialu zwyczajnie czuję miętę! Wonną mieszaninę nostalgii z dziwnym, nieracjonalnym poczuciem porozumienia. I to uczucie trwało od pierwszych sekund pokręconej czołówki. Zakończenie wydaje mi się jakby doszyte z innej bajki, ale nawet tego bym nie zmieniła.

Przychylam się do zachwytów związanych z zaprezentowaniem przez "Detektywa" nowej jakości w sposobie recepcji serialu. Jak wspominali Marta i Michał, serial oczywiście jest intertekstualny. Może ja podchodzę do niego zbyt płasko, ale najbardziej urzeka mnie szara, narkotyczna Luizjana i retrospekcje w lata 90. O tym, że młody Rust Cohle skradł moje serce, nie będę wspominać. Jestem serialową poligamistką, jeśli w jakimś bohaterze czy bohaterce można się zakochać, to na pewno to zrobię. I nie przeszkadza mi nawet, że jest to kryminał bez ostatecznego rozwiązania.

Wkrótce nadrobię tegoroczne zaległości i wówczas zapewne będę chciała edytować swoje top ten. Oby serialowy 2015 rok był równie płodny jak jego poprzednik!