"Mozart in the Jungle" (1x01-10): Geniusz z papugą

"Mozart in the Jungle" (Fot. Amazon)

"Mozart in the Jungle" (Fot. Amazon)

Oglądając "Mozart in the Jungle" prawdopodobnie ani przez moment nie będziecie mieć wrażenia, że obcujecie z dziełem wybitnym. Ale z każdym odcinkiem coraz bardziej będziecie ten przyjemny dla oka i ucha serial lubić. Spoilery w granicach rozsądku.

Na początku byłam zawiedziona. Plakaty promocyjne zapowiadały seks, dragi i muzykę klasyczną, a to w zasadzie nie do końca tak. Jeśli też zostaliście skuszeni tym hasłem i spodziewacie się nowego Hanka Moody'ego w osobie głównego bohatera, musicie jak najszybciej zmienić swoje oczekiwania. "Mozart" jest dużo, dużo grzeczniejszy. To nie jest opowieść o życiu na krawędzi, to opowieść o ludziach, którzy wszystko podporządkowali swojej wielkiej pasji - muzyce klasycznej - i choć różnie na tym wychodzą, za nic by tego nie zmienili, bo bez tego po prostu by nie istnieli.

Opowieść utrzymana w raczej spokojnym tonie, pozbawiona szalonych ekscesów i pomysłów rodem z kosmosu na podkręcenie fabuły. A jednak z każdym odcinkiem coraz lepsza i coraz bardziej wciągająca. Choćby dlatego, że nie co dzień oglądamy perypetie młodej oboistki, ekscentrycznego dyrygenta od dziecka uważanego za geniusza czy pięknej wiolonczelistki, która uważa, że to, co facet robi w życiu, bezpośrednio przekłada się na jego łóżkowe umiejętności (tancerze są najlepsi). Ich świat wydaje się interesujący już z definicji. A jeśli dodać bohaterów, których naprawdę da się lubić, i rewelacyjną obsadę, mamy hit.

Najważniejszą gwiazdą, wiadomo, jest Gael García Bernal, w którym jestem bezgranicznie zakochana od czasu "Amores perros" oraz "I twoją matkę też". Jego Rodrigo de Souza - dyrygent, którego postać to fikcyjna wersja prawdziwego latynoskiego dyrygenta Gustava Dudamela - to ekscentryczny młody geniusz, który zostaje zatrudniony przez nowojorską orkiestrę, bo wydaje się, że będzie potrafił ją wyprowadzić z finansowego kryzysu. Dostajemy tutaj zestaw raczej znajomy - młody maestro rzuca nowe, świeże i kontrowersyjne pomysły, a starsi państwo, w tym jego poprzednik Thomas (Malcolm McDowell), któremu nadano honorowy tytuł, no cóż, emeryta, patrzą na niego jak na wariata. Z czasem jednak sytuacja się zmienia.

Choć plakaty zapowiadały seks, narkotyki i muzykę klasyczną, Rodrigo nie jest żadnym nowym Hankiem Moodym ani Mickiem Jaggerem z filharmonii. Owszem, zdarza mu się bliżej zapoznać z dziewczyną, z którą nie ma zamiaru się wiązać, albo zapalić trawkę w parku, ale tak naprawdę jego autodestrukcyjne zapędy ograniczają się do powracania wciąż do tej samej kobiety. Zdecydowanie tego wartej, bo gorącej, szalonej i totalnie nieokiełznanej. Poza tym Rodrigo to w zasadzie duży dzieciak - z przerośniętym ego, otwartą głową, wielkimi marzeniami. To facet, który słyszy muzykę, kiedy inni jej nie słyszą; który do pracy przyjeżdża na rowerze i któremu zdarza się przynieść na próbę orkiestry niecodzienny rekwizyt, jak żywa papuga, żeby przy jego pomocy wyłożyć swój punkt widzenia. To nieprzewidywalny ekscentryk, który potrafi zachowywać się strasznie samolubnie, ale ma w sobie tyle wdzięku i jest tak przystępny dla każdego, że nie da się go nie uwielbiać. To zdecydowanie jedna z najciekawszych postaci zeszłego roku serialowego. Naprawdę szkoda, że Amazon - który, jak się okazuje, potrafi robić równie dobre seriale co Netflix - wypuścił tę produkcję tuż przed świętami, odbierając tym samym szansę na nominację do Złotego Globu dla Gaela Garcíi Bernala. Pewnie przegrałby z - też Amazonowym - Jeffreyem Tamborem, ale nominacja być powinna.

"Mozart in the Jungle" to jednak nie tylko Rodrigo. To mnóstwo nieźle napisanych postaci, granych przez aktorów, których bardzo dobrze znamy. Malcolm McDowell wciela się w poprzednika Rodrigo, dyrygenta, którego odesłano na emeryturę. Lola Kirke, młodsza siostra Jemimy z "Dziewczyn", gra Hailey, młodą oboistkę, wciąż poszukującą swojej wielkiej szansy. Saffron Burrows zobaczycie w roli pięknej wiolonczelistki, Cynthii. I na tym nie koniec, bo w obsadzie jest jeszcze jak zawsze wspaniała Bernadette Peters. Wśród postaci w zasadzie nie ma nikogo, kogo nie dałoby się lubić, co w dzisiejszych serialach rzadko się zdarza.

Jak będą wyglądać interakcje między nimi, łatwo przewidzieć już na początku, ale nie odbiera to frajdy z oglądania. Choć "Mozart" to niby nic wielkiego, serial tak przyjemnie się toczy, że obejrzałam całość w dwa dni. Ostatnie odcinki uważam za znacznie lepsze niż pierwsze, ale wciągnęłam się w zasadzie od pierwszej chwili. Na początku najbardziej frapował mnie sam Rodrigo - bo to i przystojniak, i geniusz, i klaun, i dupek, i wrażliwiec, i chłopiec, który kiedyś za szybko wylądował w dorosłym świecie.

Ale na przestrzeni kolejnych odcinków zdołali mnie zainteresować wszyscy, włącznie z Lizzie (Hannah Dunne), współlokatorką Hailey. Czasem wystarczyło bardzo niewiele, jak nadwerężony nadgarstek, wizyta w czyimś mieszkaniu albo rzucona mimochodem informacja, że czyjaś matka przyjaźni się z bogaczami. Bohaterem drugoplanowym, ale przecież bardzo wyrazistym, jest Nowy Jork, miasto-dżungla, które kocha muzykę. Odcinek, w którym orkiestra gra na zwykłym podwórku, należy do najlepszych w sezonie, mimo że przecież nic szczególnie znaczącego w nim się nie dzieje. Nie brak też w serialu świetnych momentów komediowych, choć nie nazwałabym "Mozart in the Jungle" komedią.

To raczej odbicie prawdziwego życia, w którym są radości i smutki, sukcesy i upadki, ludzie zwyczajni i ludzie szaleni. Nikodem, który "Mozarta" zaliczył do swoich 10 ulubionych seriali zeszłego roku, napisał coś takiego: "W wypowiadanym przez Hailey zdaniu: 'Jedyne, co robię, to zastanawiam się, skąd wziąć pieniądze, jak być dobrą współlokatorką, jak być dobrą córką' twórcy zawarli więcej prawdy o świecie, niż Lena Dunham w całym 3. sezonie 'Girls'". I to prawda, jeśli bardzo zechcecie, znajdziecie w "Mozarcie" parę niegłupich prawd o życiu. Ale serial nie skupia się na ich odnajdywaniu, nie zajmuje się ciągle analizą stanów wewnętrznych wszystkich po kolei. Co w zasadzie też jest miłą odmianą.

Choć "Mozart in the Jungle" to w zasadzie nic wielkiego, dla mnie był jak powiew świeżego powietrza w sponsorowany przez smog wawelski poranek. I Wam też go polecam.