"Broadchurch" (2x01): Więcej, bardziej, mocniej

"Broadchurch" (Fot. ITV)

"Broadchurch" (Fot. ITV)

"Broadchurch" znalazło znakomity pomysł na siebie w 2. sezonie. I mimo że przez dwa lata konkurencja zrobiła się niesamowita, serial, który rozpoczął się od morderstwa w sennym nadmorskim miasteczku, wraca w jeszcze lepszej formie. Uwaga na spoilery - i to solidne.

Być może po prostu już zapomniałam, jak wyśmienite było "Broadchurch", a może to był rzeczywiście najlepszy odcinek całej serii. Tak czy siak pierwszym odcinkiem 2. sezonu jestem bezgranicznie zachwycona. I to mimo że to nie jest przecież najlepszy serial we wszechświecie, to "tylko" sprawnie zrobiony serial środka, stosujący sztuczki, które dobrze znamy. A jednak emocje, jakie towarzyszą oglądaniu, nie mogłyby być większe.

Gdyby to był serial amerykański, pewnie 2. sezon zacząłby się od znalezienia kolejnego ciała w okolicach Broadchurch. Tymczasem Chris Chibnall wybrał inną, dużo bardziej krętą i interesującą drogę - i przewrócił wszystko do góry nogami, sprawiając, że zaczynamy kwestionować nawet to, co do tej pory uznawaliśmy za pewnik. I co za pewnik uznali rodzice Danny'ego, a także Ellie Miller, policjantka prowadząca śledztwo i jednocześnie żona faceta aresztowanego za morderstwo dziecka. Bo oto Joe Miller (Matthew Gravelle) znienacka oznajmił w sądzie, że uważa się za niewinnego, zdumiewając wszystkich i komplikując to, co wydawało się proste. W efekcie dostaliśmy takie stężenie emocji, jakiego chyba jeszcze w tym serialu nie widzieliśmy, nawet tuż po samym morderstwie. Wszystko realistyczne, wszystko do bólu prawdziwe i dodatkowo podkręcone wyjątkowo, nawet jak na "Broadchurch", dramatyczną muzyką.

Pomysł, by do serialu kryminalnego dodać wątek sądowy, jak najbardziej popieram, ponieważ z jednej strony odświeży fabułę, a z drugiej - usprawiedliwi dalszą obecność bohaterów, których losy oglądaliśmy w 1. serii. Ostatnia scena, z ekshumacją, pokazuje, że znów możemy spodziewać się mocnych scen zbiorowych, angażujących większe grupy mieszkańców miasteczka. I świetnie, bo to właśnie te wspólnie przeżywane emocje i te perfekcyjnie zrealizowane momenty zjednoczenia wyróżniały "Broadchurch" spośród dziesiątek klimatycznych seriali o morderstwach w małych miasteczkach.

Proces zapowiada się wyśmienicie - już teraz widać, że nic nie jest tutaj takie jasne, jak się wydawało, i nawet jeśli Joe rzeczywiście zamordował Danny'ego, sztuczki prawniczki z Londynu, Sharon Bishop (Marianne Jean-Baptiste) mogą doprowadzić do jego uwolnienia. Ale Latimerowie nie są bez szans, bo przecież po ich stronie będzie, również wyglądająca na twardą zawodniczkę, Jocelyn Knight (Charlotte Rampling). Na ich pojedynki rzeczywiście ostrzę sobie zęby, choćby dlatego, że brytyjskie seriale o prawnikach jeszcze mi nie zdążyły spowszednieć jak amerykańskie. A jeśli dodać do tego ładunek emocjonalny tej sprawy, spodziewam się, że zobaczę proces, jakiego jeszcze nie widziałam w telewizji.

broadchurch-charlotte-rampling

A przecież to nie wszystko! Zgodnie z przypuszczeniami, Chris Chibnall zabierze nas w przeszłość, do Sandbrook, tam, gdzie kwitną niebieskie dzwonki. Sprawa, która zmieniła losy kariery Aleca Hardy'ego, teoretycznie wygląda na rozwikłaną, ale zapewne jest bardzo daleka od rozwikłania. Mamy morderstwo dziewczynki, mamy drugą, zaginioną dziewczynę, której ciała nigdy nie odnaleziono, i mamy małżeństwo, które mieszkało po sąsiedzku - Claire Ripley (Eve Myles) i Lee Ashwortha (James D'Arcy). Jego Alec podejrzewa o najgorsze, co prawdopodobnie czyni go najmniej podejrzanym, ją Alec chroni, narażając swoją karierę, co prawdopodobnie czyni ją najbardziej podejrzaną. Przynajmniej na tym etapie - bo spodziewam się, że tysiąc twistów później nie będę już myślała w tak sztampowy sposób.

Nie da się ukryć, że "Broadchurch" w nowym odcinku zaszalało ze zwrotami akcji, a i tempo było jakby żwawsze niż zazwyczaj. Oprócz tego co najważniejsze i co pchnęło akcję do przodu, wystarczyło jeszcze miejsca na sceny o mniejszej wadze fabularnej, ale przecież też mocne, świetnie zagrane i wypełnione wielkimi emocjami. O, choćby na tę rozmowę w toalecie, która skończyła się rozsądną odpowiedzią Ellie na propozycję, by ją przytulić. W "Gracepoint" coś takiego nie mogłoby mieć miejsca, nigdy! Wiem, wiem, nie ma porównania, ale pomiędzy Davidem Tennantem i Olivią Colman jest jakaś subtelna, a jednocześnie zupełnie wyraźna nić porozumienia, której nie było widać w scenach z Anną Gunn. Robienie od nowa takich seriali jak "Broadchurch" to po prostu zbrodnia, zbyt wiele rzeczy musiało tu się zgrać, żeby dało się to powtórzyć. Duet Tennant - Colman to niewątpliwie jedna z tych niepowtarzalnych rzeczy.

Przy czym Olivia Colman pewnie znów będzie aktorsko błyszczeć jeszcze bardziej niż Tennant, bo przecież sytuacja, w której znalazła się Ellie, to koszmar, i to taki z gatunku strasznie skomplikowanych. Z jednej strony jej rodzina w jednej sekundzie przestała istnieć, z drugiej dla wielu mieszkańców miasteczka - i w jakimś stopniu chyba też dla własnego syna - ona również jest "tą złą". Bo jak to możliwe, że przez te wszystkie lata spędzone pod jednym dachem nic nie zauważyła?

Chris Chibnall zapowiada sezon pełen szokujących twistów, a tymczasem fani serialu i dziennikarze rozgryzają to, co na razie da się rozgryźć. "Radio Times" prezentuje ciekawą rzecz: transkrypt listu, który otrzymał Hardy i który został skradziony z jego niebieskiego domku. Dotyczy on zabiegu medycznego, któremu detektyw musi poddać się jak najszybciej, jeśli chce dalej normalnie funkcjonować. Co ten list i jego kradzież oznacza dla fabuły? Czy problemy zdrowotne detektywa staną na przeszkodzie pracy?

Pytań jest całe mnóstwo, odpowiedzi bardzo niewiele, bo to, co zobaczyliśmy w nowym odcinku, to przecież zaledwie zawiązanie akcji. Chris Chibnall zagrał dość ryzykownie i na razie wydaje się, że wygra. Powrót "Broadchurch" zachwyca i wciąga od pierwszych minut. Oby tak pozostało do końca.

REKLAMA