Z nosem przy ekranie #55: Kobiety i sny

"Agent Carter" (Fot. ABC)

"Agent Carter" (Fot. ABC)

Miłośnicy noworocznych postanowień zaliczają właśnie pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Z kolei dla fanów seriali wszystko powoli wraca do poświątecznej normy, a wspomniana rzeczywistość może co najwyżej wypchać się trocinami. Gorzej, gdy ktoś zalicza się do obydwu grup – wtedy nie sposób się nie pogubić. Spoilery.

Skoro już jesteśmy przy rzeczywistości i okolicach, to podobno twarze, które widzimy w snach, należą do realnie istniejących ludzi. Przynajmniej tyle można wyczytać z rozmaitych list poświęconych ciekawostkom dotyczącym marzeń sennych. Wiem, marne źródło.

Niemniej, gdyby się to choć częściowo zgadzało, a dobór twarzy nie ograniczał się jedynie do grona osób spotykanych na co dzień, to chciałbym wyśnić sobie kiedyś historię, w której pojawią się bohaterowie filmów, seriali i gier. Postacie, które łączy posiadana twarz, a dzieli charakter, przyzwyczajenia, manieryzmy i sposób mówienia. Mogą nawet zasiąść do jednego stołu i zacząć grać w karty, obserwując się przy tym wzajemnie tymi samymi oczami.

To mogłyby być niesamowite chwile w krainie snów.

A tymczasem...

…należy oficjalnie ogłosić, że Peggy Carter (Hayley Atwell) jest niesamowita i dopóki scenarzyści nie zepsują niczego z nią związanego, "Marvel's Agent Carter" będzie niezwykle przyjemną cotygodniową dawką przygody. Zresztą po dwóch odcinkach, nawet gdyby przez kilka następnych pokazywano widzom tylko polowania Peggy na kawiarnianych buców, to również mało kto byłby rozczarowany.

I choć prowadzenie postaci drugoplanowych w nowości stacji ABC budzi wątpliwości, a maskowanie budżetowych braków momentami wypada równie źle, jak w "Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D.", to "Agent Carter" wyraźnie pokazuje, jak wiele w serialu zależy od głównego/ej bohatera/ki. Po ledwie dwóch odcinkach losy Peggy po prostu widza obchodzą, co przekłada się na odbiór całej opowieści.

A właśnie, Phil Coulson (Clark Gregg) powinien teraz zawyć z zazdrości. Kilkadziesiąt odcinków "Agents of S.H.I.E.L.D." za nami, a on wciąż okresowo przypomina jedynie dwuwymiarowy zlepek naprędce skleconych cech, a to skrobiący ściany, a to rzucający do kamery lepszym lub gorszym żartem.

Za to ostatnio...

…w "Empire" zwiedzaliśmy imperium, którego granice wyznaczał tłum gapiów, a w którym nie brakowało drogich nieruchomości, luksusowych pojazdów oraz ciuchów czy biżuterii. Pełne złota królestwo zbudowane dzięki muzyce i prochom odkrywaliśmy na szczęście wraz z fantastyczną Cookie (Taraji P. Henson). To jej wizyty w biurach, klubach i mieszkaniach ożywiły te miejsca, podkreśliły ich wartość jako czegoś godnego wojny i bezlitosnego podbicia.

Inaczej często oglądalibyśmy tylko obrazki niewykraczające poza plan zdjęciowy hiphopowego teledysku.

Stół z powyłamywa... yyy... znaczy za 40000$ ("Empire"/ Fot. FOX)

Stół z powyłamywa... yyy... znaczy za 40000$ ("Empire"/ Fot. FOX)


Z żalem...

...przyszło nam pożegnać w "NCIS" moją ulubioną była żonę Gibbsa (Mark Harmon), czyli Diane (Melinda McGraw). W "Check" twórcy wysłali ją niestety do krainy wiecznych kontroli skarbowych i szkoda, że ani nie zobaczymy już tak dobrych odcinków, jak "Devil's Triangle" czy "Devil's Trifecta", ani nie będzie już nikogo, kto budziłby przerażenie w oczach praktycznie wszystkich bohaterów. Tej ostatniej umiejętności nie posiadł nawet sam Gibbs.

Z drugiej strony dobrze, że wybrano sposób odejścia nawiązujący do prawdopodobnie najważniejszego wydarzenia w historii serialu, czyli śmierci Kate Todd (Sasha Alexander) blisko 10 lat temu...

Ależ ten czas leci.

Na marginesie...

..."Covert Affairs" i Annie Walker (Piper Perabo) znikają z anteny USA Network. Nie zaskakuje to – trochę się na to zanosiło, a sam serial bywał strasznie nierówny.

Niemniej, cieszę się, że przez te lata mogłem śledzić losy Annie. Widzieliśmy jej początki w CIA i sam koniec. Zobaczyliśmy zmagania z różnymi aspektami pracy oraz nabywanie nowych umiejętności. Był czas, kiedy panna Walker stała się niesamowicie dobra w swojej robocie oraz okres, kiedy ta niezniszczalna i strącająca z piedestałów potężnych przeciwników postać, zmuszona została do zmierzenia się ze słabością własnego ciała. Zobaczyliśmy nawet jej nagrobek i pożegnanie ze złudzeniami dotyczącymi normalnego życia, a już na samym końcu, skromny zalążek happy endu.

Żałuję tylko, że finalnie nie udało się zamknąć wszystkich wątków.

W telewizji zabrzmiało...

...The Glitch Mob i "Fortune Days". Utwór pojawił się w ostatnim odcinku "Person of Interest". Wielokrotnie. Towarzyszył nam w trakcie pełnych napięcia chwil, gdy Maszyna analizowała kolejne warianty wybrnięcia ze śmiertelnej pułapki. Trzeba przyznać, że niektóre wersje wydarzeń zawierały naprawdę ciekawe elementy.

Swoją drogą, dotychczas The Glitch Mob można było kojarzyć z podkładami muzycznymi do występów Fighting Gravity w 5. sezonie "America's Got Talent".

Tradycyjnie już dajcie znać, jak Wam minęły ostatnie dni. Piszcie w komentarzach, tweetujcie, obserwujcie mnie oraz Serialową na Twitterze, a jak coś fajnego oglądacie i chcecie się tym podzielić, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa.

Do zobaczenia!

REKLAMA