"House of Lies" (4x01): Na dnie

"House of Lies" (Fot. Showtime)

"House of Lies" (Fot. Showtime)

Mój serialowy kalendarz jest na początku tego roku bardzo napięty, ale nagle okazało się, że jedna produkcja może z niego wypaść. "House of Lies" wróciło w fatalnej formie i zaczynam wątpić, czy jest sens kontynuować tę znajomość. Spoilery.

To będzie krótki tekst. Po pierwsze, fanów "House of Lies" na Serialowej jest jak na lekarstwo. Po drugie, trudno się temu dziwić, bo ten serial niczego dobrego już sobą nie reprezentuje. O ile finał 3. sezonu dawał mi jeszcze jakąś nadzieję, że nie wszystko stracone, o tyle tegoroczna premiera zniszczyła ją doszczętnie. Właściwie to straciłem jakąkolwiek wiarę w tę produkcję i jeśli za chwilę nie zmienię zdania, jest to ostatnia jej recenzja.

Od wydarzeń z zeszłego sezonu minęło trochę czasu. Na tyle dużo, że Jeannie zdążyła wyhodować duży ciążowy brzuch, a Marty wrócił do pracy. Relacje między tą dwójką są jeszcze bardziej skomplikowane, bo zdradę, nawet jeśli była niezamierzona, trudno wybaczyć. Zmieniły się nie tylko relacje – Kaan & Associates znalazło się na dni, całą firmę stanowią teraz tylko cztery osoby, reszta odeszła, gdy zaczęły się problemy. Bardzo dobrze prosperująca firma musi teraz dzielić biuro z bandą dzieciaków tworzących aplikacje na smartfony.

To, co najbardziej razi w tym odcinku, to totalny chaos panujący na ekranie. Marty w jednej chwili siedzi na pustyni, by za moment znaleźć się w biurze, później u klienta i tak dalej… Nie daje to żadnego poczucia dynamizmu, raczej mamy wrażenie, że brakuje w tym jakiegokolwiek sensu. Trudno doszukać się jakichś sensownych motywacji w zachowaniu bohaterów, co szczególnie widać podczas sceny w mieszkaniu. Nagle okazuje się, że Roscoe przechodzi ogromny okres buntu, z powodu tego, co zdarzyło się kilka miesięcy temu. To trochę tak, jakbyśmy oglądali zupełnie inną postać niż rok temu. Chłopak na dodatek handluje kradzionymi (?) torebkami. O co tu w ogóle chodzi? Niech ktoś mi to wyjaśni, proszę, bo ja nie jestem w stanie tego zrozumieć.

Humoru również nie da się już uświadczyć prawie wcale, chyba że kogoś bawi jeszcze wieczne naśmiewanie się z Douga i traktowanie go jak popychadła. Chemia między Kristen Bell a Donem Cheadle'em też jakby się zmniejszyła. Iskry już się nie sypią, to wszystko jest nudne i pozbawione polotu. Mojego zainteresowania nie są w stanie zwiększyć też efekciarskie zabiegi, jak ograne już do bólu zatrzymywanie czasu, którego w tym odcinku było zdecydowanie za dużo. "House of Lies" się skończyło. Będę bardzo zaskoczony, jeśli pojawi się jakakolwiek nadzieja dla tego serialu.

REKLAMA