"Terra Nova", czyli "Star Trek" bez kosmosu. I bez sensu

"Terra Nova" (Fot. FOX)

"Terra Nova" (Fot. FOX)

Twórcy "Terra Novy" postanowili zafundować widzom prawdziwą podróż w czasie. Tylko nie do ery jurajskiej, a do najgorszych momentów, w których "Star Trek" gościł na małym ekranie.

Apetyty przed premierą "Terra Novy" były bardzo rozbudzone. Duży budżet, nazwisko Spielberga w tle i ambitny, chociaż mało oryginalny w kontekście literatury sci-fi pomysł. Można było spodziewać się, że wraz z "Terra Novą" przyjdzie renesans science fiction w telewizji.

Tymczasem po czwartym odcinku, zatytułowanym "What Remains", można powiedzieć już z całą pewnością, że zamiast renesansu mamy regres. I to to regres do najbardziej ogranych koncepcji gatunku, wzbogaconych jeszcze o fatalne dialogi i mało porywające postacie. To wszystko brzmi znajomo, bardzo znajomo - dla każdego, kto był świadkiem upadku "Star Treka" w telewizji.

Ale po kolei. W "What Remains" twórcy serialu postanowili zaserwować widzom dwa wątki fabularne. "Story A" obraca się wokół tajemniczego zamilknięcia jednej z placówek badawczych założonych przez kolonistów z głównego osiedla. Kontakt radiowy się urywa, a komandor Taylor wysyła ekipę ratunkową, która ulega zakażeniu tajemniczym wirusem. Później na ratunek ekipie ratunkowej wyrusza kolejna ekipa. Jak zwykle w takich sytuacjach, wirus powoduje amnezję, a jego wyleczenie jest infantylnie proste - chociaż bohaterom znalezienie szczepionki zajmuje prawie cały odcinek.

"Story B" to dalszy ciąg rozterek sercowych Josha Shannona, który bardzo tęskni za swoją dziewczyną, pozostawioną "w przyszłości". Jak się okazuje, Skye - czyli kobieta, którą Josh zainteresował się natychmiast po przybyciu do kolonii - może coś w tej sprawie zrobić. Tu zresztą pojawia się dość ciekawy wątek zbuntowanych kolonistów ("Sixers") i możliwości kontaktowania się uwięzionych w przeszłości ludzi z tymi pozostałymi w 2149 roku.

Nie ma jednak wątpliwości - wątek główny "What Remains" już wcześniej został wyeksploatowany do granic możliwości w serialach science fiction, zwłaszcza w różnych odmianach "Star Treka". Tu ujawnia się główna wada "Terra Novy" - ten serial jest po prostu wtórny. Jak na science fiction, nie ma w nim nic ciekawego. Brakuje rozbudowy wątku głównego serialu - na czym ma polegać ta "druga szansa" ludzkości? Na jakich zasadach ma być zbudowany nowy świat? Kto będzie w nim rządził? Nawet dinozaury stanowią w tym serialu tylko kosztowne tło.

Na dodatek jest to serial fatalnie napisany, a interakcje między głównymi bohaterami są ograne do nieprzytomności. W ogóle nie widać złożoności świata serialu. W "What Remains" pojawiają się co prawda interesujące wspominania komandora Taylora o wojnie w której uczestniczył, ale to stanowczo za mało.

"Terra Nova" to serial, który marnuje swój potencjał, stając się zwykłym proceduralem kryminalno-rodzinnym, osadzonym w nietypowej lokalizacji.

To jednak nie powinno dziwić. W końcu producentem wykonawczym "Terra Novy" jest nie kto inny jak sam Brannon Braga - człowiek, który jest współodpowiedzialny za zniknięcie "Star Treka" z małego ekranu. Braga razem z Rickiem Bermanem wykończył "Voyagera" oraz współtworzył "Star Trek: Enterprise" - ostatniego Treka w telewizji, skasowanego po czterech sezonach. Braga i Berman specjalizowali się m.in. w wykorzystywaniu ogranych schematów, zaniedbywaniu rozwoju postaci i marnowaniu dobrych pomysłów. Ich brak kreatywności doprowadził cały franchise na skraj upadku.

Czy trzeba lepszej rekomendacji?