Z nosem przy ekranie #56: Musimy pogadać o...

Było trochę włóczenia się w tym tygodniu, były ciekawe momenty w kilku serialach, a i nie ominęło mnie klikanie w losowo wybrane tytuły. Nad wszystkim jednak górował jeden temat, którego po prostu nie da się już ignorować.

Podziwiam ludzi, którym chce się cokolwiek robić na świeżym lub krakowskim powietrzu o tej porze roku. Tych dziwnych wariatów, którym ganianie za piłką w środku zimy sprawia frajdę, a także tych, którzy w letnich strojach próbują jeździć na deskorolkach.

Jednak nic tak mnie nie przeraziło pewnego styczniowego popołudnia, jak niepozorna para, która postanowiła na chwilę przysiąść na ławce w parku. Do tego momentu słychać było jedynie szuranie obuwia, które ustało, gdy ów duet wreszcie znalazł odpowiednie miejsce. Wtedy to padły, dość głośno wypowiedziane, dwa słowa, a w całej okolicy nagle zrobiło się na tyle cicho, że słyszalne stało się każde odbicie piłki w promieniu kilkuset metrów.

To właśnie wypowiedziane grobowym głosem "musimy pogadać" wzbudziło ową reakcję, prawdopodobnie nikt z obecnych w parku nie chciałby wiedzieć, co zawierała dalsza część wypowiedzi.

A tymczasem...

…musimy pogadać o "Person of Interest". Nie daje mi spokoju ostatni odcinek – zresztą nie tylko on, ale i cała trylogia zaczynająca się od "The Cold War" a kończąca właśnie na "Control-Alt-Delete".

Przede wszystkim wypada zacząć od tego, że owe trzy telewizyjne spotkania były wręcz niesamowicie dobre. Nie obyło się bez (domniemanych) ofiar, zabaw z formułą serialu, a co więcej sam kierunek, w którym podąża akcja, jest niezwykle ekscytujący.

Zaskoczyła szczególnie łatwość, z jaką udało się przejść od sporów i konfliktów o lokalnym zasięgu, do spraw o znaczeniu globalnym. Wiele produkcji ma zresztą z tym problem, a dokładniej z wiarygodnym przedstawianiem zagrożeń istotnych dla całego świata. W "Person of Interest" wręcz przeciwnie: wystarczyło uderzyć w giełdę, a potem wysłać pewnego dzieciaka na wycieczkę do Białego Domu i nagle, każdą minutę zaczyna oglądać bardzo uważnie. W końcu nic już nie jest poza zasięgiem Samarytanina.

Za to ostatnio...

…w "Marvel's Agent Carter" pewna niezwykła maszyna do pisania trafiła w ręce biurokratów ze Strategic Scientific Reserve. Owo wspaniałe urządzenie, które prawdopodobnie podprowadzono ze składowanego gdzieś na odludziu zakurzonego pudła z napisem "Fringe", niestety zasługiwało na więcej.

Przykładowo, gdyby tak trafiło do masowej produkcji w tamtych czasach, mogłoby zmienić bieg historii. Przecież tyle rzeczy dałoby się z owym sprzętem zrobić – chociażby przesłać komuś selfie w ASCII...


Całkiem możliwe, że...

...należę do bardzo nielicznej już grupy widzów, którym za wiele nie przeszkadzało w premierowym odcinku 4. serii "House of Lies". Co więcej, prawdopodobnie zaliczam się do pojedynczych osobników, którym część rzeczy zwyczajnie się spodobała jak np. zmiana w zachowaniu Roscoe (Donis Leonard Jr.), obecny stan siedziby Kaan & Associates, czy pobyt Marty'ego Kaana (Don Cheadle) w więzieniu.

Wiem, że żeby czerpać przyjemność z produkcji stacji Showtime, trzeba pogodzić się z wieloma rzeczami, np. ze smutnym faktem, iż 1. sezon "House of Lies" pod wieloma względami był zwykłą anomalią. Niemniej warto to zrobić, bo zwyczajnie trzeba zobaczyć, gdzie jeszcze los zaprowadzi wszystkich bohaterów.

Na marginesie...

…ponownie rzuciłem okiem na "Bad Judge" i dotarło do mnie, jak inaczej odbiera się dany serial, gdy już wiadomo, że to koniec. Szczególnie na kilka dni przed wykonaniem wyroku i zniknięciem z anteny; na ledwie mgnienie oka, zanim bohaterowie trafią do telewizyjnych zaświatów pełnych zapomnianych fikcyjnych postaci lub, co gorsze, na wieczne tortury do krain niekończących się powtórek, czyli polskich stacji telewizyjnych.

Gdy tak przyglądałem się "Lockdown", wciąż wyczekiwałem chwili, w której jeden z aktorów by się zdradził - przyznał, że już wie o tragicznym końcu. Nic takiego się jednak nie stało, bo i nie powinno – wiwat profesjonalizm – a z kronikarskiego obowiązku pozostaje dodać, że w owym odcinku padło wiele poważnych wyznań. Między innymi dowiedzieliśmy się kto i dlaczego w trakcie bliższej przygody z LSD postanowił pojeździć na nartach.

W telewizji zabrzmiało...

…"Never Come Back Again". Utwór Austina Plaine'a pojawił się w ostatnim odcinku "Hart of Dixie" w momencie, gdy czeki były rwane, niektórzy bohaterowie uzmysławiali sobie różne rzeczy, a Zoe Hart (Rachel Bilson) zadziwiająco szybko się do czegoś przyznała. Jeśli jednak chcielibyśmy jakoś rozgrzeszyć gwałtowne decyzje scenarzystów, to wypada zaznaczyć, że w Bluebell naprawdę trudno zachować jakikolwiek sekret – o czym w "The Curling Iron" przekonali się praktycznie wszyscy, a już w szczególności AnnaBeth Nass (Kaitlyn Black).

http://youtu.be/wM4RcvksMAk

Tradycyjnie już dajcie znać, jak Wam minęły ostatnie dni. Piszcie w komentarzach, tweetujcie, obserwujcie mnie oraz Serialową na Twitterze, a jak coś fajnego oglądacie i chcecie się tym podzielić, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa.

Do zobaczenia!

REKLAMA