"Broad City" (2x01): Seks, upał i cała reszta

"Broad City" (Fot. Comedy Central)

"Broad City" (Fot. Comedy Central)

Abbi i Ilana to dziewczyny, które mogą sobie pozwolić na żart o gwałcie. Albo na dziesięć żartów o gwałcie. Wszystko dlatego, że ich serial wciąż jest jak powiew świeżego powietrza w komediowym światku. Spoilery? Tak, ale bez przesady. Jeśli nie słyszeliście do tej pory o "Broad City", a brakuje Wam fajnej komedii, możecie czytać dalej.

"Broad City" odkryłam bardzo późno - pod koniec zeszłego roku, kiedy przyszło do robienia rocznych podsumowań i nagle zauważyłam, że serial Comedy Central, który miałam obejrzeć dziesięć miesięcy wcześniej, jest na większości tych list. Amerykańscy krytycy docenili go jak najbardziej słusznie, bo choć poprzedni rok był świetny pod względem ilości, jakości i różnorodności seriali, trochę brakowało dobrych komedii, które tak naprawdę nie są półgodzinnymi dramatami, zawierającymi dla niepoznaki po dwa albo trzy żarty na odcinek. Nie mówię, że komediodramaty są złe - wręcz przeciwnie, kocham je najbardziej na świecie i za nic nie zamieniłabym ich na sitcomy. Ale ostatnio zaczęło po prostu brakować komedii, które nie doprowadzają widza do płaczu.

"Broad City" to właśnie taka komedia: świeża, kolorowa i cholernie śmieszna, na dodatek z youtube'owymi korzeniami. Abbi Jacobson i Ilana Glazer piszą o sobie - dwóch dziewczynach, które robią dokładnie to co koleżanki Hannah Horvath, czyli próbują związać koniec z końcem w Nowym Jorku. Ale nie jojczą bez sensu, nie zarzucają nas pseudogłębokimi wynurzeniami na temat swojego pokolenia, tylko po prostu śmieją się głośno i bezczelnie z tego, co im wychodzi i nie wychodzi w pracy, związkach i całej tej głupiej reszcie zwanej życiem. A że są wygadane, odważne i inteligentne, ma się ochotę na nie patrzeć i ich słuchać.

Odcinek "In Heat" to esencja tego, za co uwielbiam "Broad City". W Nowym Jorku jest gorąco jak w piekle, co nie jest łatwe do zniesienia dla nikogo z wyjątkiem Ilany. Abbi poci się jak szalona, jej nowy facet Stacey (Seth Rogen) poci się jak szalony, seks z dala od klimatyzatora grozi nie najpiękniejszymi widokami. Nic dziwnego, że dziewczyny za główny cel uznają zdobycie urządzenia, które da im trochę ochłody, a ponieważ nie mają kasy, droga do celu jest kręta i pełna strasznie przykrych i jeszcze bardziej zabawnych upadków.

Jak to zwykle w "Broad City" bywa, nie zabrakło miejskich absurdów, ostrych rozmów o seksie, śmiesznych w skutkach pomyłek, niegrzecznych scen dziejących się w miejscach publicznych i zupełnie głupiutkich, malutkich momentów, pokazujących, jak te dziewczyny lubią siebie, swoje życie, swoje miasto. Tu wszystko do siebie pasuje, nawet żarty o gwałcie, kulturze gwałtu, gwałceniu kultury gwałtu itd. wypadły zadziwiająco mało kontrowersyjnie, jak gdyby była to kolejna rzecz, o której można mimochodem poprowadzić lekką, bezpretensjonalną rozmowę - taką z tych, których nie pamięta się minutę po.

A najważniejsze, że było w tym wszystkim mnóstwo energii, kolorów, wielkomiejskiego luzu, swobodnej bezczelności, którą człowiek traci wraz z wiekiem. Patrząc na te dziewczyny, szczerze żałuję, że nie mam 25 lat i nie mieszkam w Nowym Jorku. Brałabym to wszystko w jednej chwili, włącznie z niedziałającym klimatyzatorem, nieproszonym kotkiem na półce i sierścią na plecach Setha Rogena.

Pewnie były lepsze odcinki niż "In Heat" - ot, choćby finał 1. sezonu - ale to bez znaczenia. Wciąż widać, że te dziewczyny mają mnóstwo fajnych pomysłów i że robienie serialu zwyczajnie sprawia im frajdę. I właśnie dlatego Ilana i Abbi wygrywają z Leną Dunham - podczas gdy ona z sezonu na sezonu coraz bardziej widzów męczy, te dwie potrafią inteligentnie, bezpretensjonalnie i świeżo opowiedzieć o życiu młodych ludzi z dużych miast, wywołując przy tym salwy śmiechu.