"Justified" (6x01): Miasto duchów

"Justified" (Fot. FX)

"Justified" (Fot. FX)

Na 5. sezon głównie narzekaliśmy, ale to już przeszłość. Bo oto "Justified" rozpoczyna finałową rozgrywkę, która zapowiada się lepiej niż dobrze. Spoilery.

To już jest absolutnie jasne: 5. sezon "Justified" był tylko przydługim wstępem do tego, co zobaczymy teraz. Finałowej rozgrywki pomiędzy Boydem i Raylanem, w której posypią się trupy i po której nikt już nie będzie tym samym człowiekiem co wcześniej. Już od pierwszych scen odcinka "Fate's Right Hand" wyraźnie widać, że ton serialu się zmienił. Prawie już nie ma typowych dla dawnych sezonów kowbojskich scen i lekkich dialogów, jest za to wrażenie, że w Harlan nie da się dalej żyć.

Raylan robi swoje - to znaczy zaniedbuje dziecko, gania po Meksyku, łamiąc przy okazji prawo, urabia Avę i planuje przymknięcie Boyda - ale nie widać w nim dawnej energii. Nie wygląda już na tego kowboja z fantazją, któremu do łóżka wchodziły wszystkie panie, przypomina raczej zniechęconego życiem, wyleniałego tatuśka, któremu zostało tylko jedno. Praca. Rodzinny dom, wraz z nagrobkiem z własnym nazwiskiem, postanowił sprzedać. Pewnie już by to zrobił, gdyby tylko potencjalny kupiec z walizką kasy (Garret Dillahunt) nie wyglądał mocno podejrzanie.

Zawsze, kiedy widzę w "Justified" te nagrobki pod domem Givensa, przypomina mi się finał 4. sezonu - chyba ostatni naprawdę dobry odcinek - i ta ostatnia scena, kiedy szeryf w kapeluszu pije piwo, wpatruje się w miejsce, gdzie najpewniej prędzej czy później spocznie, a my słuchamy "You'll Never Leave Harlan Alive". Twórcy serialu mówią, że jeszcze nie wiedzą, co zobaczymy w finale, ale nie zdziwiłabym się, gdyby dla Raylana szykowali śmierć. On sam co prawda nie wierzy, że kula go trafi, ale Art taką możliwość dopuszcza. I ja też - bo w "Fate's Right Hand" atmosfera jest gęstsza, cięższa i bardziej przytłaczająca, a nadzieja na choćby namiastkę szczęśliwego zakończenia bardziej odległa, niż kiedykolwiek wcześniej.

"To miasto duchów, ludzie też zamieniają się w duchy" - mówi Ava, kiedy Boyd zaczyna planować, że opuszczą Harlan na zawsze po jego kolejnym skoku i udadzą się w jakieś lepsze, przyjemniejsze miejsce, jak ciepła plaża w Brazylii. Ona w takie bajki nie wierzy, jest zmęczona, popija ukradkiem wódkę na śniadanie, straciła cały swój blask i wygląda jak cień dawnej siebie. Wydaje się, że jest jej już wszystko jedno, jaki koniec ją czeka i czy nastąpi on szybko, czy nie.

Najlżejsze w całym odcinku są chyba te sceny, w których Boyd planuje, a potem wykonuje kolejny napad na bank, w międzyczasie cytując z dawnym wdziękiem Thomasa Jeffersona i wyprowadzając w pole Raylana z Timem. Ale i to, i planowanie wyjazdu, to tylko zasłona dymna. Boyd znajduje się w równie mrocznym momencie życia, co wszyscy bohaterowie. Co udowadnia pod koniec odcinka, strzelając z zimną w krwią do Deweya Crowe'a, bo przestał mu ufać. Kiedy chwilę potem widzimy go wpatrującego się w śpiącą Avę, mamy pełne prawo nabrać podejrzeń, że i ona skończy tak jak Dewey. Nikt nie opuści Harlan żywy.

Oczywiście, na twarzy Boyda mogła rysować się raczej troska o swoją kobietę niż podejrzliwość. Ale przed nami przecież jeszcze 12 odcinków, bardzo wiele może pójść nie tak. Wbrew temu, co twierdzi Raylan, Ava już nie jest tą osobą, która kiedyś z zimną krwią zabiła faceta. Odnoszę wrażenie, że ona nawet jeszcze nie podjęła decyzji, po czyjej stanie stronie. Jeśli będzie szpiegować Boyda, bardzo łatwo może zaliczyć wpadkę. Jeśli nakłamie stróżowi prawa w kapeluszu, skończy równie marnie. Tu nie ma dobrego wyjścia, Ava rzeczywiście wydaje się już być duchem.

Jest o wiele za wcześnie, aby zgadywać, jak kto skończy, ale jedno wiadomo na pewno: "Justified" już nigdy nie będzie lekkim serialem, przy którym można radośnie pić, zawsze kiedy Raylan kogoś zabija i rzuca beztrosko, że przecież to jest usprawiedliwione. Te czasy nie wrócą, a i dowcipnych dialogów nie spodziewałabym się tyle co kiedyś. W "Fate's Right Hand" czuć schyłek i zmęczenie życiem. Nie ma już dawnego Harlan, wszyscy się zestarzeli i opadli z sił, nawet burdel został zamknięty. Można tylko czekać na koniec.

I z mojego punktu widzenia nie wygląda to źle, wręcz przeciwnie. Uwielbiam mroczne seriale i zakończenia, którym daleko do szczęśliwych. "Justified" od dawna było czymś więcej niż opowiastką o szeryfie w kapeluszu, który ścigał złoczyńców w klimatycznym, zapyziałym Kentucky. W 5. sezonie, który miał być wstępem do finałowej rozgrywki, trochę wszystko przekombinowano, ale dziś znów sprawa wydaje się prosta. Główni bohaterowie uwikłani są w śmiertelną grę, ktoś - wszyscy? - musi marnie skończyć. I tak właśnie będzie.

REKLAMA