Pazurkiem po ekranie #59: Podróże, takie dość duże

"Hindsight" (Fot. VH1)

"Hindsight" (Fot. VH1)

To kolejny tydzień bez "Żony idealnej", ale w morzu dobrych i bardzo dobrych seriali jej nieobecność jest prawie niezauważalna. Dziś będzie o "Shameless", "Jane the Virgin", "Broadchurch", "Episodes", "Dziewczynach", "Togetherness", "Saturday Night Live", a także świeżo odkrytym "Hindsight". Spoilery, a jakże.

Tygodnie bez "Żony idealnej" są o tyle dziwne, że brakuje serialu, co do którego zawsze byłaby pewność, że mnie nie zawiedzie, niezależnie od wszystkiego. Przerwa aż do marca wydaje mi się pomysłem szalenie okrutnym, ale z drugiej strony jest co oglądać. Naprawdę jest co oglądać.

W "Shameless" w tym tygodniu było wszystko...

...nawet porządny wybuch na koniec, jako puenta tego odcinka i wszystkich poprzednich. Patrząc, jak Frank manipuluje Sheilą, byle tylko nie sprzedała domu hipsterskim lesbijkom, odczuwałam potężną, zupełnie szczerą wściekłość, jak gdyby chodziło o coś więcej niż serial. To wszystko, co nastąpiło potem, było jak cudowne uwolnienie się od wszelkich złych emocji. Każdy dostał to, na co zasłużył, a przede wszystkim Sheila uwolniła się od faceta, który traktował jej dom jak skrzyżowanie darmowego hotelu, restauracji i szpitala. Girl power!

Kompletnie nie wiem, co powiedzieć o Debbie, która pogubiła się strasznie, bardziej niż przeciętne dziewczyny (dziewczynki?) w tym wieku. Nawet jeśli rzeczywiście milion facetów by zabiło, żeby ich zgwałciła, to, co zrobiła, było wyjątkowo perfidne i obrzydliwe. Nawet jak na Gallagherów. Tymczasem Fiona, zupełnie przypadkiem, spotkała faceta wyglądającego jak ktoś, kogo powinna zatrzymać na dłużej. Po co komu Steve/Jimmy, kiedy na świecie są chłopcy z Nowego Orleanu, którzy potrafią tak śpiewać?

Za Waszą namową zabrałam się za "Hindsight"...

...i po pierwszych trzech odcinkach stwierdzam, że to rzeczywiście przyjemna rzecz. Początek wypada zdecydowanie najsłabiej: oto mamy Beccę (Laura Ramsey), sztywną blondynę po czterdziestce, która za nic w świecie nie wygląda na tyle lat. Becca wychodzi po raz drugi za mąż, jest niezadowolona z życia i dałaby wiele, aby móc dokonać w młodości zupełnie innych wyborów. I dostaje szansę - w magiczny sposób prosto z windy przenosi się w lata 90. Jak w "Outlanderze", tylko z kasetami VHS, piosenkami Ace of Base, fioletowymi martensami i wrażliwymi chłopcami w skórzanych kurtkach zamiast zawadiackich Szkotów w kraciastych kitlach.

Podróż w czasie jest kompletnie idiotyczna - prawdę powiedziawszy, wygląda to po prostu na sen - ale warto przetrwać tę część, bo potem będzie dużo fajniej. Częściowo na pewno przemawia przeze mnie nostalgia za czasami, kiedy nie było iPhone'ów i wszystko wydawało się prostsze, przyjemniejsze i bardziej kolorowe. Nie oszukujmy się, ten serial został skrojony pod widzów takich ja, nie najmłodszych, sfrustrowanych, bo nie wszystko im w życiu wyszło, i skłonnych idealizować lata 90. I pamiętających czasy kiedy VH1 puszczało same teledyski.

Ale nie tylko o to chodzi. Becca wraca do czasów, kiedy przyjaźniła się z Lolly (Sarah Goldberg), bezczelną, odważną i wygadaną dziewczyną, z którą wszystko wydaje się od razu zabawniejsze. Niewiele jest serialowych damskich przyjaźni, które działają od pierwszej chwili, tak jak ta. Na te dziewczyny świetnie się patrzy, z tymi dziewczynami chciałoby się iść na drinka, tymi dziewczynami chciałoby się być. To się "Hindsight" udało. I choć w samej fabule nie ma niczego odkrywczego, ten miks po prostu działa, a serial ogląda się z dużą przyjemnością.

Lekko obniżyło loty w tym tygodniu "Broadchurch"...

...które zafundowało nam strasznie przewidywalny twist z Nigelem. Jego fizyczne podobieństwo do Joego Millera jest na tyle duże, że to, co się stało, było tylko kwestią czasu. A jednocześnie zwrot akcji z tego żaden - czy ktoś serio wierzy, że Nigel miał coś wspólnego z morderstwem Danny'ego? Znacznie ciekawiej wypadły już rodzinne perypetie Aleca, pojawienie się rodziców dziewczyn z Sandbrook, a także sugestia, że Alecowi zdarzyło się przekroczyć z Claire granicę, której przekraczać nie powinien był.

Skoro o obniżaniu lotów mowa, to... "Dziewczyny".

Tydzień temu serial Leny Dunham dało się oglądać bez bólu, teraz wróciliśmy do Nowego Jorku i znów zaczęło się to samo. Nie mam pojęcia, skąd Lena bierze te wszystkie wydumane sytuacje, domyślam się, że prosto z księżyca, ale na perypetie bohaterek w tym tygodniu patrzyło się wyjątkowo ciężko. Bo jaka normalna, dorosła kobieta tak po prostu zdejmuje majtki i zaczyna sikać na ulicy w biały dzień, kiedy dookoła jest mnóstwo ludzi? Kto chodzi na rozmowy o pracę, tylko po to aby oznajmić niedoszłemu pracodawcy, że nie przyszedł tu na poważnie? Kto robi to, co Marnie znów zrobiła Rayowi? Jak można wpaść na to, żeby wygarniać nowo poznanym ludziom to wszystko, co wygarnęła Hannah znajomym z Iowy?

One wszystkie są jak duże, rozpuszczone bachory, nie jak te zwyczajne dziewczyny, takie jak my, na które pozowały w pierwszych sezonach. W ich perypetiach, dylematach i "wielkich" problemach nie ma nic ciekawego ani specjalnie głębokiego, nic, z czym można by się choć trochę utożsamiać. A przecież to miał być taki właśnie serial: o zwykłym życiu zwykłych dwudziestokilkulatków! Nie, nie i jeszcze raz nie. O zwykłym życiu dużo fajniej niż "Dziewczyny"...

...opowiada "Togetherness".

Pewnie dlatego, że scenarzyści nie kombinują, nie wymyślają na siłę rzeczy, których nigdy nie widzieliśmy, przeciwnie, prezentują swoje spojrzenie na rzeczy dobrze nam znane. I choć ten serial to nic wielkiego, ot, taka sympatyczna produkcja środka, bracia Duplass mają tyle świeżych pomysłów, że co tydzień wygrywają.

Alex i Tina znów byli świetni w każdej wspólnej scenie - i oczywiście, że on musiał zacząć chcieć czegoś więcej! Michelle, wciśnięta w czarną mini, wyglądała i zachowywała się jak zupełnie inna kobieta. Jak gdyby nagle odnalazła dawno zgubioną pewność siebie. Brett zaczął tak po prostu, na ulicy nagrywać ptaszka. A wszystkiego dopełnił synchroniczny taniec w aucie do "Toma Sawyera". Nie było tu niczego wielkiego ani odkrywczego. Ot, zbiór scen z życia zupełnie banalnych ludzi mieszkających tuż obok Fabryki Snów. A jednak widać, że to zbiór od początku do końca przemyślany i poukładany. Tak właśnie to się robi.

W tym tygodniu najbardziej rozśmieszyła mnie...

...Carol z "Episodes" i jej rozbrajające odkrycie, że odczuwa pociąg do osób, które mają władzę. Cała reszta - wiek, płeć, stan psychiczny - najwyraźniej nie ma znaczenia. Zupełnie żadnego. Bo i czemu miałaby mieć? Nie mniej rozbrajający był Rogelio z "Jane the Virgin", kiedy pytał ukochaną o ramy czasowe ślubów czystości. Bo tak, to rzeczywiście logiczne pytanie w tej sytuacji!

"Saturday Night Live", chyba po raz pierwszy odkąd program oglądam - czyli od jakiejś dekady - prowadził facet, którego wcześniej na oczy nie widziałam. Muzyk country Blake Shelton. I to było całkiem udane "SNL", wypełnione kpinami z rolników szukających żon - chyba całkiem podobnych do tych naszych, polskich - i innych atrakcji amerykańskiego Midwestu. Zobaczcie koniecznie klip do piosenki o magicznym kowbojskim bucie, bo to chyba najbardziej odlotowa rzecz, jaką widziałam w tym tygodniu. Tylko uważajcie, to się potem nie chce od człowieka odczepić!

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.