"Parenthood" (6x13): Na zawsze młodzi

"Parenthood" (Fot. NBC)

"Parenthood" (Fot. NBC)

"Parenthood" było jednym z ostatnich powodów, dla których warto było w ogóle spoglądać w kierunku stacji ogólnodostępnych, dlatego tym bardziej żałuję, że to już koniec. Na szczęście był to koniec piękny, klasa sama w sobie. Uwaga na wszystkie możliwe spoilery.

Jeszcze przed emisją finału rzuciłem okiem na kilka rankingów typu najlepsze sceny, najbardziej wzruszające sceny, najlepsze odcinki, najlepsze występy każdego z aktorów itd., itp. Pozwoliło mi to uświadomić sobie, że ten serial obfitował w wiele niezwykłych momentów, więcej niż moglibyśmy spodziewać się po tak zwyczajnej produkcji. Jednocześnie problemy, z którymi musieli mierzyć się bohaterowie, nigdy nie były wydumane czy przesadzone. Ot, samo życie. Shonda Rhimes mogłaby się od Jasona Katimsa i spółki uczyć, jak stworzyć dobry dramat, bez przemieniania go po kilku sezonach w science fiction.

W "Parenthood" i rodzinie Bravermanów zakochałem się od pierwszego odcinka. Za to, że są głośni, czasem wkurzający, czasem poprawiający zły humor, ale zawsze stojący u twojego boku. Jak prawdziwa rodzina. No i za to, że przez te wszystkie sezony potrafili zbudować wiarygodne postacie – takie, które nie zaczną nagle zachowywać się w zupełnie inny sposób tylko po to, żeby można było pozwalać sobie na kolejne wolty w scenariuszu. Niektóre z postaci przechodziły powolny proces metamorfozy przez wszystkie sezony. Spójrzcie na Amber, która pod koniec była jedną z najważniejszych postaci całego serialu. Na początku nie mogłem na nią patrzeć, dziś nie wyobrażam sobie tego serialu bez niej. To samo dotyczy Sarah czy Kristiny, do której przekonałem się dopiero, gdy Monica Potter brawurowo sportretowała jej walkę w nowotworem. Tak naprawdę, gdy przyszła pora się z nimi wszystkimi pożegnać, zdałem sobie sprawę, że nie ma w tym serialu postaci, którą darzyłbym niechęcią.

Było pewne, że finał dostarczy nam sporo wzruszeń. To coś, co wychodzi "Parenthood" najlepiej, więc mogliśmy spodziewać się, że w finale będzie tylko mocniej i bardziej. I owszem, było, ale twórcy nie przekroczyli granicy, za którą byłoby to nie do zniesienia. Ślub Sary i Hanka musiał być okazją do kilku wspomnień, wyznawania uczuć i… wspólnych. Zresztą, sceny sesji zdjęciowej wyglądały, jakby twórcy mówili widzom: "Hej, spójrzcie na nich. Po raz ostatni zobaczcie, jaka z nich wspaniała rodzina". To także okazja, aby po raz ostatni zobaczyć ich wszystkich w komplecie.

Wesele dla niektórych bohaterów staje się także okazją do podjęcia bardzo ważnych, życiowych decyzji. Crosby stwierdza, że poprowadzi Luncheonette bez Adama, a Julia i Joel postanawiają adoptować nowonarodzoną siostrę Victora. Najważniejsze rzeczy dzieją się jednak już po samym ślubie. Dzieje się, to co obstawiało wielu widzów, a czemu twórcy nawet nie próbowali szczególnie zaprzeczać. Zeek umiera. Odchodzi po cichu, we własnym fotelu. Cała scena jest niezwykle intymna, bardzo oszczędna (Bonnie Bedelia zaliczyła tu jeden ze swoich najlepszych występów), a całość dopełnia przepiękne światło.

I tutaj należą się twórcom serialu wielkie brawa. Gdy w finałowym odcinku umiera jeden z głównych bohaterów, głowa rodziny, rzeczą naturalną powinno być zafundowanie widzom łzawego zakończenia ze sceną na cmentarzu. "Parenthood" udowodniło już jednak wielokrotnie, że nie jest tendencyjnym serialem i stać je na więcej. Zamiast płakać, rodzina Bravermanów postanawia celebrować życie swojego ojca, teścia i dziadka, grając w baseball – jego ulubioną grę. Dlatego właśnie ta scena może wywoływać większe wzruszenie niż jakiekolwiek łzy wylane nad grobem. Widać w niej prawdziwą jedność i solidarność, jaka zawsze panowała w rodzinie Bravermanów. Do tego jeszcze Iron & Wine w coverze "Forever Young" (ten odcinek w ogóle ma genialny soundtrack, usłyszeć możemy jeszcze między innymi Damiena Rice’a i Raya LaMontagne) i futurospekcje dające nam mały wgląd w to, jak ułożyło się życie naszym bohaterom. Camille odwiedziła miejsce, do którego chciał ją zabrać Zeek, Crosby nadal prowadzi swoje studio i razem z Jasmine czeka na kolejne dziecko. Amber znalazła mężczyznę swojego życia (nie jest to Ryan, to byłoby zbyt proste), a Adam spełnia się jako dyrektor szkoły. Oni wszyscy wyglądają na szczęśliwych, choć po drodze przeżyli jeszcze zapewne niejeden dramat.

Mam wrażenie, że wraz z końcem "Parenthood" skończyła się pewna era w amerykańskiej telewizji. Co prawda od zawsze był to serial niedoceniany przez szerszą widownię, ale wyrobił sobie wierne grono fanów, którzy pozostali z nim do końca. Niewiele jest teraz seriali, które mogłyby oglądać całe rodziny (nigdy nie zrozumiem, dlaczego emitowano tę produkcję o 22., nie o 20.). Seriali pełnych ciepła, gdzie bohaterowie nie są idealni, ale sprawiają, że chcemy być jak oni. Seriali, które uczą, ale nie pouczają. Ja właśnie tak zapamiętam "Parenthood" i na pewno będzie mi go brakować.

REKLAMA