Seryjnie oglądając #36: Hitchcock i cała reszta

"Castle" (Fot. ABC)

"Castle" (Fot. ABC)

Serialowy tydzień uważam za bardzo udany. Nie dość, że "Czarna lista" wróciła w formie lepszej niż kiedykolwiek, to jeszcze mogłem podziwiać "The Americans", świetny odcinek "Castle" i wzruszyć się przy "Forever". A to jeszcze nie koniec... Spoilery.

Brak (sensownej) zimy mi nawet w tym tygodniu nie miał szans przeszkadzać. Po pierwsze, brak czasu na cokolwiek skutecznie pozbawia spacerów, a po drugie serialowy tydzień zaczął się w tym tygodniu od mocnego uderzenia i na równie mocnym skończył. W tych okolicznościach narzekanie byłoby cokolwiek niestosowne.

Mocne uderzenie zapewniło "The Blacklist", o którym szerzej napiszę dopiero jutro, gdyż zdecydowanie na coś takiego ten serial zasłużył. Wzrost poziomu w drugim sezonie wygląda na trwały i bardzo cieszy. Nawet jeżeli wciąż na ekranie dominuje James Spader, to w tle wyrasta mu wreszcie konkurencja.

Niemal równie znakomicie wypadł w tym tygodniu "Castle", który niejednej osobie przywiódł na myśl setny odcinek tego serialu. Słusznie zresztą, gdyż podobnie jak w jubileuszowym, tak i w tym odcinku mieliśmy odniesienia do Hitchcocka. Ale nie tylko one sprawiły, że "I, Witness" było świetnym odcinkiem. Wiele wniósł bromance Espo i Ryana, w którym mieliśmy próbę swatania Esposito przez Ryana (przy cichym udziale Kate). Oczywiście, Javier nie byłby sobą, gdyby wybrał podsuniętą mu dziewczynę... Największy plus należy się jednak za zgraną i niejednoznaczną intrygę.

Niejednoznaczność pojawiła się też w "Forever", bo postać Adama przestała być wreszcie jednowymiarowa. Użyto do tego, co prawda, amunicji dość grubego kalibru, ale biorąc pod uwagę datę emisji jest to akceptowalne. Nowy odcinek "Forever" wyemitowano bowiem tydzień po rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auchwitz-Birkenau i nie sądzę, by tematyka Shoah pojawiła się w nim przypadkowo. Muszę przyznać, że oglądałem to z przejęciem i bardzo spodobało mi się ułożenie wątków, choć wątek torturowania Adama przez Menegele wypadł dość... przesadnie.

Zdecydowanie nieprzesadnie dobry był crossover "Chicago Fire" i "Chicago PD". O ile poprzednie były świetne, to ten wypadł dość blado, co jest m.in. zasługą słabej postaci czarnego charakteru. Przerysowany, komiksowy wręcz podpalacz nie był dla mnie wiarygodny, w związku z czym i pościg za nim nie zainteresował mnie zbytnio. Niemniej znalazło się i tak kilka fajnych momentów.

Koniec tygodnia zwieńczyły mi świetne odcinki "The Americans" i "Mentalisty". Zwłaszcza "Mentalista" sprawił, że przez dłuższą chwilę siedziałem nie wiedząc, co powiedzieć. Nie spodziewałem się, że pod sam koniec serialu będzie miał miejsce taki zwrot akcji, nie mówiąc o tym, że śmierć agentki Vegi wstrząsnęła nie tylko bohaterami serialu. Oczywiście, najbardziej znacząca jest decyzja Patricka, który wyraźnie nie umie sobie radzić sobie z własnymi demonami i próbuje zrobić wszystko, by ograniczyć ryzyko utraty Lisbon. Zaprocentowało to w sposób, który przewidzieć było można, ale i tak był zaskakujący.

Za to "The Americans" po prostu się ogląda. Nawet jeżeli moskiewskie więzienie dla zdrajców jest podejrzanie komfortowe, to jednak ten serial naprawdę nieźle oddaje ówczesne realia, choć akurat amerykańskie lepiej. To, co mi się podoba, to naprawdę solidnie przygotowany i prowadzony wątek rodzinny oraz ukazanie, że nic nie jest obojętne dla psychiki. Ani łamanie zwłok, by zmieściły się do walizki, ani udawanie twardziela w obliczu śmierci. Szczególną uwagę warto zwrócić na to, jak Elisabeth "pracuje" nad Paige. Swoją drogą, jestem ciekaw, jak córka dwojga szpiegów zareaguje na rewelacje dotyczące jej rodziców...

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Do następnego