Pazurkiem po ekranie #61: Pustynne klimaty

"Better Call Saul" (Fot. AMC)

"Better Call Saul" (Fot. AMC)

W tym tygodniu "Pazurkiem po ekranie" poświęcone jest głównie kolejnym zachwytom nad "Better Call Saul" - bo trudno się nie zachwycać! A oprócz tego "Broadchurch", "Episodes", "Jane the Virgin", a także Jon Stewart i John Oliver. Spoilery, a jakże.

W tym tygodniu król jest jeden: Saul Goodman, a właściwie Jimmy McGill. Barwny prawnik z "Breaking Bad", który dopiero rozpoczyna swoją wielką karierę w kryminalnym światku. Pierwszy odcinek już został pochwalony, a drugi...

A drugi wypadł jeszcze lepiej!

Widać wyraźnie, że Vince Gilligan i Peter Gould mają na Saula pomysł i że oprócz nawiązań do "Breaking Bad" - fabularnych, wizualnych i wszelkich innych - dostaniemy coś jeszcze. I że tutaj też pojawią się w końcu odcinki, które sprawią, że kapcie nam pospadają. To, jak budowano napięcie przez pierwsze pół odcinka "Mijo", w domu abuelity Tuco, a potem na pustyni, jest po prostu niesamowite. I zdjęcia, i sposób, w jaki zmontowano kozacką pustynną scenę, bardzo przypominały podobne zabawy w "Breaking Bad". Ale ton jednak znacząco się różnił, bo Saul Goodman w trudnej sytuacji zachowuje się zupełnie inaczej, niż zachowałby się Walter White.

Saul wie, że najlepsze, co może zrobić, to gadać. Innych umiejętności nie posiada, ale ta jedna często w zupełności wystarczy. Na Mike'a co prawda nie działa - sytuacja z naklejkami wyraźnie będzie się jeszcze powtarzać - ale już Tuco dał się przekonać, że zastosowanie kodeksu Hammurabiego i sława sprawiedliwego króla to dla niego najlepsza opcja. Saul ma absolutną rację, jest najlepszym prawnikiem, jakiego ziemia nosiła.

Obok totalnie pokręconego czarnego humoru, świetnych zdjęć i nieziemskiego Boba Odenkirka w "Better Call Saul" szalenie mi się podoba swoboda, z jaką zmienia się ton serialu. W jednej chwili oglądamy Saula na dnie, w drugiej bryluje w okolicach pisuarów i w paskudnej sali sądowej, która wygląda jak relikt poprzedniej epoki. "It's showtime, folks!".

Myślę, iż można już teraz założyć, że to się nie zmieni, tak będzie cały czas. Będą wzloty i upadki, rzeczy śmiertelnie poważne i totalne bzdurki, a wszystko to w lekko wieśniackiej - ciekawe, czy to już była ostateczna wersja czołówki? - oprawie. Bob Odenkirk pokazuje, że potrafi zagrać wszyściuteńko, ale w odcinku "Mijo" równie wyśmienicie wypadł Michael McKean jako skryty pod "kosmicznym kocem" Chuck. Ta relacja prawdopodobnie będzie jedną z najmocniejszych stron "Better Call Saul", czymś, co uczyni głównego bohatera człowiekiem z krwi i kości, a jednocześnie pozwoli nam go tak po prostu lubić, nawet jeśli będzie dokonywał wyborów życiowych, które trudno pochwalać.

Tymczasem w "Broadchurch" postawiono na kolejne twisty...

...i sama nie wiem, co o tym sądzić. Claire i Lee wydają mi się coraz bardziej groteskową parą, a rzucanie tak oczywistych podejrzeń na postać, którą i tak od początku podejrzewaliśmy o najgorsze, nie podoba mi się wcale. Brakuje w tym wszystkim subtelności, a przede wszystkim trudno jest w całym tym rozgardiaszu sformułować jakieś sensowne teorie. Po 6. odcinku pogłębiło się moje wrażenie, że Chris Chibnall coś kombinuje z Tomem Millerem, być może przygotowując grunt pod zakończenie podobne do tego z "Gracepoint". Tego bym zdecydowanie nie chciała.

Jeśli coś na mnie zrobiło w tym tygodniu wrażenie, to pełne emocji przesłuchanie Marka Latimera i to, co się działo potem między nim a Beth, a także wyznanie Jocelyn, że traci wzrok. To było normalne, ludzkie i niewydumane. O sprawie z Sandbrook niestety na razie nie da się powiedzieć tego samego.

Po raz pierwszy odnoszę też wrażenie...

...że w "Jane the Virgin" poszli o krok za daleko. Inwestycja Milosa w Marbellę, ruda peruka pani Sin Rostro, przerażenie Jane i Rafaela, że coś złego się dzieje z ich dzieckiem, a na dokładkę jeszcze zmartwychwstanie. Pod koniec rozdziału 13 historii Jane Gloriany Villanuevy czułam się raczej wymęczona niż zachwycona. Być może i w tym przypadku nadmierne stężenie absurdów potrafi zaszkodzić.

jav113b_0285b

Dużo lepiej bawiłam się w tym tygodniu, oglądając "Episodes", gdzie na momencik wpadł David Schwimmer. Wciąż się uśmiecham na wspomnienie ostatniej sceny z imprezy urodzinowej u dyktatora. Chciałabym w końcu powiedzieć coś dobrego na temat "Brooklyn 9-9" i kilku innych komedii, które oglądam i o których w ogóle się nie wypowiadam, ale problem w tym, że zupełnie nie pamiętam, co się w nich dzieje. A "Parks and Recreation" jeszcze dziś nie widziałam. Martwi mnie, co będzie po zakończeniu "Parków", bo im dalej w las, tym bardziej widać, że "B99" pod każdym względem jest do nich daleko. Zaś innych sensownych sitcomów po prostu nie ma.

"The Daily Show" wkrótce straci Jona Stewarta...

...i w związku z tym dziś cała Ameryka płacze, oglądając po raz kolejny jego oświadczenie, że zamierza w tym roku zakończyć przygodę z programem. I trudno się dziwić, ze wszystkich wielkich telewizyjnych odejść ostatnich lat to jest zdecydowanie największe. Ale z drugiej strony, można zrozumieć, że człowiek chce po prostu zobaczyć swoją rodzinę po 17 latach.

Warto też pamiętać, że bez Jona Stewarta nie byłoby Johna Olivera, który właśnie wrócił ze swoim przeglądem tygodnia i od razu zaprezentował bardzo mocny materiał, o lekarzach przepisujących za dużo leków na receptę. Obejrzyjcie koniecznie, bo ten problem dotyczy nie tylko Ameryki.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.