Seryjnie oglądając #38: Bo niewinność jest sexy

"The Americans" (Fot. FX)

"The Americans" (Fot. FX)

To był kolejny dobry serialowy tydzień. "Sleepy Hollow" pokazało pazurki, w "Gotham" znalazła się nawet dowcipna scena, a "The Americans" przypomniało, że niektóre rzeczy były naprawdę niedawno. Ale i tak najlepszy był "Castle". Cholera, znów nie mogę narzekać. Uwaga na spoilery.

Brak powodów do narzekania to dobro, które zapewniają mi ostatnio seriale. Owszem, czepiam się drobiazgów, ale poza tym jest naprawdę dobrze i ten stan rzeczy mi się podoba, gdyż pozwala zrywać stopniowo z ciężkim nałogiem narzekania na wszystko dookoła. A w tym tygodniu nawet seriale, na które ostatnio marudziłem, dały mi powody do zadowolenia.

Weźmy na przykład takie "Gotham", które nadal jest nudne jak flaki z olejem, ale tym razem przydarzyło się tu parę fajnych scen, w tym jedna z Barbarą, dawną dziewczyną Gordona. Aczkolwiek i tak najbardziej podobało mi się wejście Zsazsa i Butcha (wraz z miną Pingwina). Sporo świeżości wnosi też Morena Baccarin - ileż to lat świetlnych dzieli ją od fatalnej roli w "V: Goście"... No, ale i tak dla mnie będzie ona zawsze Inarą Serrą.

Powiew świeżości pojawił się też w "Sleepy Hollow". Po pierwsze, John Noble był naprawdę fantastyczny, a po drugie, twórcy chyba wpadli na pomysł, jak zresetować serial. "Wycieczka" Abby w przeszłość może sporo namieszać i sporo odświeżyć. Teraz to ona, mam nadzieję, będzie się uczyć obcej sobie epoki. A to wszystko zaraz po tym, jak Ichabod stwierdził, że już się przyzwyczaił do naszych czasów...

A propos czasów, to "The Americans" uświadomiło mi, że pedofilskie wręcz reklamy puszczano jeszcze za mojego życia, niewiele ponad 30 lat temu. Philip w pewnym momencie odcinka ogląda reklamę Love's Baby Soft, która... Zresztą, sami ją zobaczcie.

Reklama ta z powodzeniem mogła lecieć w 1983 roku (choć jest z 1975), ale to nie jedyna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę w ostatnim odcinku "The Americans". Przede wszystkim, Paige okazuje się być godną córką swoich rodziców, a sama reklama nie tak do końca pojawiła się bez powodu. Philip musi pracować nad nieletnią (no, w każdym razie alkoholu bez fałszywego dowodu kupić nie może) córką agenta CIA, która częstuje go trawką i przytula się do niego przy piosence, którą już kiedyś wywołało z zapomnienia "Fringe".

http://youtu.be/M3IvnHSMEvE

Mocny odcinek zaliczyło też "Chicago PD" (o "Chicago Fire wolę w tym tygodniu zapomnieć), w którym Burges miała ciężki dzień. Tym razem nie oglądaliśmy wywiadowców przy pracy, tylko dostaliśmy skondensowany do 40 minut dobry film sensacyjny i jedyną rzeczą, której brakowało, to żeby Burges na sam koniec powiedziała coś w stylu:

Ale najważniejszym wydarzeniem tygodnia był dla mnie i tak "Castle", w którym Rick szukał Kate i po drodze ostro namieszał. Dostaliśmy tu w prezencie dwie świetne sceny - Ricka, o mały włos nie zabijającego Tysona nieco zbyt wcześnie, oraz Kate, uwalniającą się w scenie jak z horroru (ten błysk w oku Stany Katic!). A przy tym sporo fajnych rzeczy działo się w tle. Napięcie trzymało do ostatniej chwili i tylko strasznie mnie wkurzyło kolejne rozwiązanie deus ex machina. Serio? Karą dla Castle'a jest 1000 godzin pracy na posterunku? Auć. Ale i tak fajnie było.

Fantastycznie wypadł też powrót "Wikingów", ale o tym... jutro. A dziś pisałem już też o finale "Mentalisty", więc nie ma co się powtarzać.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Do następnego.