"Parks & Rec" (7x12-13): I żyli długo i szczęśliwie

"Parks and Recreation" (Fot. NBC)

"Parks and Recreation" (Fot. NBC)

Twórcy innych seriali powinni obejrzeć ostatni odcinek "Parks and Recreation" i zanotować sobie: tak wygląda finał idealny. Finał, w którym wszystko jest na swoim miejscu i który od początku do końca wywołuje uśmiech. Spoilery!

Sitcomy kończą się bardzo różnie i o ile czasem lubię kontrowersyjne zakończenia, tutaj bym tego nie zniosła. Na szczęście twórcom "Parks and Recreation" nie w głowie takie numery. "One Last Ride" to finał od początku do końca idealny, bo utrzymany w optymistycznym duchu całego serialu i odpowiadający na wszystkie pytania, jakie tylko mogliśmy mieć w związku z dalszymi losami bohaterów. Załatwiono to w najprostszy możliwy sposób, poprzez futurospekcje, pokazujące, jak się komu powiodło w życiu, po tym jak rozjechali się każde w swoim kierunku.

Najlepiej chyba powiodło się samej Leslie Knope, która najwyraźniej do 2048 roku zdążyła spełnić swoje największe marzenie. Niby Mike Schur mówi, że celowo pokazano Bena i Leslie w otoczeniu Secret Service bez dosłownego wyjaśnienia, co to oznacza. Ale wydaje mi się, że nie będzie straszną nadinterpretacją założenie, iż Leslie została prezydentem Stanów Zjednoczonych. Secret Service za zwykłymi ludźmi nie chodzi, a na dodatek serial od początku był nie tylko szalenie optymistyczny, ale też feministyczny, to znaczy mówił, że kobiety w polityce i poza nią mogą mieć wszystko, czego tylko chcą, i to naraz, bez żadnych wyrzeczeń. Prezydent Knope stanowiłaby tutaj idealną puentę, ale myślę, że należy docenić scenarzystów "Parks & Rec" za to, iż wybrali tutaj opcję zakończenia w stylu "Rodziny Soprano" zamiast zwykłej łopatologii.

W finale "Parks and Recreation" nie ma w zasadzie ani jednej smutnej sceny - pogrzeb burmistrza Garry'ego Gergicha, który przeżył sto lat w otoczeniu swojej wspaniałej rodziny trudno uznać za przygnębiającą uroczystość - i ani jednej rzeczy, która by bohaterom nie wyszła. Nawet Tom wszystkie swoje porażki w końcu przekuł w sukces. Dla wszystkich tych cudownych oryginałów, których uwielbialiśmy przez siedem sezonów, znaleziono perfekcyjne, dopasowane do ich potrzeb i pragnień zakończenia.

Donna jest szczęśliwa z mężem w Seattle. April i Andy po wielu perypetiach decydują się na powiększenie rodziny i oczywiście scena porodu jest genialna. Ron dostaje ostatni wspaniały prezent od Leslie w postaci pracy stworzonej specjalnie dla niego (choć oczywiście można by pójść jeszcze dalej, potrzebny byłby tylko niedźwiedź grizzly). Chris i Ann wracają i oczywiście okazuje się, że są tacy sami jak kiedyś. Craig znajduje miłość. Jean-Ralphio próbuje sfingować własną śmierć, ale, jak zauważa Uproxx, koniec końców i on dostaje najszczęśliwsze możliwe zakończenie. Spójrzcie tylko na tę etykietę.

jean-ralphio-1

close-up1

Jedyna gorzka nutka, jaka pojawiła się w tym morzu słodyczy, wypełnionym sentymentalnym humorem i trafiającymi w punkt odniesieniami do wszystkiego, co "Parks & Rec" miało najlepszego, to plansza, którą zobaczyliśmy na końcu. Sympatyczne "We love you, Harris" to pożegnanie z producentem serialu, Harrisem Wittelsem, który kilka dni przed tym finałem zmarł po przedawkowaniu narkotyków. Miał zaledwie 30 lat.

Ale nawet to straszne wydarzenie, które trochę zmieniło na koniec wymowę całego serialu, nie przełamało optymistycznego tonu "Parks & Rec". W serialowym świecie wszyscy żyją długo i szczęśliwie, systematycznie spełniając kolejne marzenia. Sukces zawodowy nie przeszkadza w osiągnięciu osobistego spełnienia, a miłość i przyjaźń sprawia, że ludzie po prostu rozkwitają. Zwróciliście uwagę na to, jak łatwo Ben odpuścił kandydowanie na gubernatora Indiany, choć przecież miał nie gorsze kwalifikacje i nie mniejsze szanse na sukces niż Leslie? Jestem pewna, że nigdy potem tego nie żałował i że dostał całe mnóstwo szczęścia w zamian. Tak to działa w "Parks & Rec".

I to właśnie tego mi będzie chyba najbardziej brakowało. Wiadomo, humor był tutaj na najwyższym poziomie, ale prawdziwą siłą serialu byli jednak bohaterowie, których nie dało się nie lubić. Oglądanie, jak zdobywają kolejne szczyty, wolno, krok po kroku, w typowym amerykańskim stylu, śmiejąc się z siebie i nigdy, przenigdy nie poddając się, było po prostu czystą przyjemnością. Ci ludzie zasłużyli na tysiąc szczęśliwych zakończeń i je dostali.

Tak się robi finały idealne.