"Agent Carter" (1x08): Pożegnanie z bronią

"Agent Carter" (Fot. ABC)

"Agent Carter" (Fot. ABC)

Trudno będzie zapomnieć o agentce Carter i jej kolegach. Serial ABC - krótka, 8-odcinkowa produkcja - był jedną z większych pozytywnych niespodzianek początku roku. Teraz pozostają już tylko wspomnienia, bo w miejsce Peggy Carter powracają "Agenci T.A.R.C.Z.Y".

8 odcinków, w których poznajemy Peggy Carter i jej kolegów z SSR, a także Howarda Starka i organizację Leviathan przemknęło bardzo szybko. Tak samo jak finał, w którym udało się zamknąć kilka podstawowych wątków, a Peggy ostatecznie zdobyła uznanie swoich kolegów z SSR. Finał jest tak skonstruowany, że może być zarówno ostatnim odcinkiem sezonu, jak i serialu.

Niestety, nie był to także najlepszy odcinek tego serialu. W finale główną rolę odgrywa bowiem Howard Stark, a nie Peggy. Dla niej w pewnym sensie serial zakończył się w poprzednim odcinku ("Snafu"). Tutaj pełni tylko rolę wspomagającą, w centrum jest bowiem Stark i zemsta na nim w wykonaniu dr. Johanna Fennhoffa. I chociaż tempo jest niemal zabójcze, a sam odcinek świetnie zrealizowany, to jednak nie da się uniknąć poczucia niedosytu i pewnego rozczarowania. Finał jest poprawny, ale nie można uznać go za rewolucyjny.

I w jakimś sensie pasuje to do całego serialu. Bo o ile nie można odmówić Peggy Carter uroku, a Nowy Jork w tym serialu wygląda po prostu obłędnie, to całość trudno uznać za rewolucję. Owszem, w wielu chwilach wygląda bardzo "filmowo" - trzeba przyznać, że klimat filmów kinowych Marvela został nieźle przekształcony na potrzeby telewizji. Ale klimat to nie wszystko. Nawet gadżety Starka czy on sam nie zastąpią dobrej, ciekawej, oryginalnej historii. Stark zresztą decyduje się ostatecznie na zniszczenie swoich śmiercionośnych wynalazków. Trudno mu się dziwić - efekty działania gazu bojowego, który przypadkiem stworzył, pokazane są w tym odcinku z przerażającą jak na ten serial precyzją. "Agent Carter" jest mrocznym serialem, ale na swój sposób.

Problem z tą produkcją dotyczy przede wszystkim historii, którą śledziliśmy przez 8 odcinków. O ile organizacja Leviathan budziła na początku zainteresowanie, to jednak sam dr Fennhoff nie jest już tak interesujący. I poznajemy go zdecydowanie za późno. Cały czas trudno nie odnosić wrażenia, że twórcy byli tak zachwyceni otoczką, postaciami, klimatem itd., że zabrakło już koncentracji na tym, by wątek przewodni rzeczywiście był wciągający i oryginalny. Chociaż niemal w każdym odcinku akcja toczy się wartko - zwłaszcza, gdy przenosimy się do ZSRR - to ostatecznie trudno cokolwiek zapamiętać z całej historii.

Ciekawe jest to, że w serialu czysto rozrywkowym tak ważną rolę odgrywa - traktowany tu bardzo serio - wątek dotyczący roli kobiet w ówczesnym społeczeństwie. Niestety, został on poprowadzony dość łopatologicznie i mało subtelnie. Mężczyźni w SSR traktują Peggy przede wszystkim jako sekretarkę, mimo jej oczywistych kwalifikacji i inteligencji. Całość oczywiście kończy się dla głównej bohaterki korzystnie - wreszcie doceniają ją i jej status. Jest to jednak pokazane nachalnie, momentami wręcz karykaturalnie. Naturalna w całym serialu jest tylko relacja - albo raczej jej początki - Peggy z agentem Sousą, który jest też najciekawszą postacią w serialu poza Starkiem (i Peggy oczywiście). Enver Gjokaj sprawdza się w swojej roli, a jego postać jest też chyba najbardziej skomplikowana ze wszystkich agentów SSR. Chemia między nim a Hayley Atwell jest niewymuszona i wystarczająco subtelna, by nie psuć całego sezonu.

Ostatecznie Peggy "żegna się" też z Kapitanem Ameryką, po tym jak dostaje od Jarvisa ostatnią fiolkę z jego krwią. Scena na moście jest symboliczna i chociaż nie brak tu też melodramatyzmu, to bardzo pasuje do tej postaci. Ostatecznie to dzięki Atwell i jej charyzmie ten serial ogląda się tak dobrze, co widać w każdej niemal scenie. Nawet takiej, która w innych warunkach zostałaby uznana za bardzo kiczowatą.

Ogólnie, te 8 godzin spędzone z "Agent Carter" nie można uznać za stracone, chociaż serial będzie zapamiętany tylko dzięki Atwell i jej przebojowej - w każdym sensie tego słowa - roli. Byłoby bardzo szkoda, gdybyśmy już jej więcej nie zobaczyli.

REKLAMA