Seryjnie oglądając #39: Bez głowy i z pomysłami

"Czarna lista" (Fot. NBC)

"Czarna lista" (Fot. NBC)

Nieważne jak bardzo bym tego chciał, to już kolejny tydzień, kiedy nie mam specjalnych powodów do narzekania. Moje pewniaki nie zawodzą, a resztę przestaję oglądać. W bonusie "Czarna lista" przypomniała mi naprawdę świetny film. Poznajcie aktorkę ze zdjęcia? Uwaga na parę spoilerów.

Każdy z nas ma jakieś filmy, które pamięta i wspomina nawet po latach od obejrzenia. Za sprawą dwóch seriali parę takich mi się przypomniało. A przy okazji w tym tygodniu całkowicie zignorowałem rozdanie pewnych nagród, acz nie dało się zignorować tych żałosnych wylewów zawiści w niektórych mediach, na Twitterze czy na blogach. Na szczęście seriale skutecznie poprawiały humor (z wyjątkiem "Gotham", rzecz jasna).

W takim "Castle", na przykład, trafia się kolejna sprawa, przy okazji której Rick z radością dziecka mówi "Best case!". Podejrzewam, że widzowie mieli równie dużo zabawy, bo nieczęsto można obejrzeć skondensowane odwołania do klasyki SF w serialu kryminalnym - w zasadzie zabrakło chyba tylko "Pozytonowego detektywa", ale "2001" czy "Obcego" mieliśmy. I przyznam, że niewiele rzeczy sprawiło mi w serialach większą przyjemność niż oglądanie Castle'a podskakującego do akompaniamentu "Tako rzecze Zaratrustra"... Plus przesłuchanie komputera!

Generalnie jednak tydzień stał pod znakiem braku głowy. Czasem w pozytywnym dla akcji sensie dosłownym, jak w "Sleepy Hollow" czy "Wikingach", a czasem w negatywnym, gdy człowiek odnosił wrażenie, że scenarzyści nie mają mózgu, jak w "Gotham". Pomijam już młodego Gordona, bo to przypadek beznadziejny, ale wątek Fish Mooney wydaje się być rozpisywany od przypadku do przypadku i kompletnie bez sensu. Oglądanie "Gotham" to jednak pozytywna terapia, gdyż udowadnia mi, że moja powieść jest zdecydowanie lepsza niż to co oglądają miliony (co ciekawe, ten serial nie ma tendencji malejącej ostatnio...). Wniosek - jakbym się przyłożył do reklamowania samego siebie, miałbym szansę na sukces. Ale tak mi się nie chce...

O finale "Sleepy Hollow" już pisałem, i to w superlatywach, warto więc wspomnieć o "Wikingach" i sile broni psychologicznej. Ucięte głowy pokonanych wrogów z pożytkiem wykorzystano albo do bezczeszczenia (i rozładowywania emocji) albo do zapobiegania krwawej bitwie. W obu wypadkach wszyscy na tym skorzystali (oprócz zdekapitowanych, rzecz jasna). To, co mi się tymczasem nie podoba, to dziwnie mistycyzujące wątki, ale podejrzewam, że znajdą one swoje wyjaśnienie.

W "Czarnej liście" nadal czekam na dalsze wyjaśnienia powodów, dla których Redowi tak bardzo zależy na Lizzie. To nie tylko osławiony Fulcrum, to także coś innego i nadal nie mogę rozgryźć co. Jednak Reddington przedłożył pomoc Elisabeth nad załatwienie własnej sprawy i jest to więcej niż znaczące. Notabene, wcale niegłupia okazała się też być sprawa tygodnia, która tym razem była typowym "wypełniaczem" między odcinkami posuwającymi naprzód główny wątek, w czym duża zasługa fenomenalnej Amandy Plummer w roli morderczyni. Dla mnie - perełka. Nawet jeżeli Amandę Plummer kojarzę przede wszystkim z tej sceny.

A przyjemność z oglądania podniósł jeszcze kawałek dobrej muzyki na koniec.

Znakomicie wypadł też kolejny odcinek "The Americans", a w szczególności wspomnienia Philipa ze szkolenia, hmm... seksualnego. Króciutkie migawki z przeszłości mocno, ale to mocno potrafią się wgryźć i wybić z głowy myślenie o takiej karierze zawodowej. Bardzo dobrym pomysłem wydają się też próby współpracy między Stanem a Olegiem. Stanowi w teorii chodzi o Ninę, ale czy tak na pewno?

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Do następnego.