"The Last Man on Earth" (1x01-02): Apokalipsa na wesoło

"The Last Man on Earth" (Fot. FOX)

"The Last Man on Earth" (Fot. FOX)

Nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam tak dziwny, pomysłowy, zabawny i depresyjny jednocześnie serial komediowy. W morzu sitcomowej nijakości "The Last Man on Earth" to prawdziwa perełka. Uwaga na dość duży spoiler w tekście.

Jest rok 2021, od epidemii, w wyniku której wyginęła cała ludzkość, minęły jakieś dwa lata. Phil Miller (niesamowity, świetny, najlepszy Will Forte), zwyczajny gość po czterdziestce, który kiedyś miał żonę i dzieci, nie miał za to żadnych ambicji, został w Ameryce sam jak palec. Ma do dyspozycji cały czas tego świata, nie ma nikogo, kto by mu towarzyszył albo cokolwiek od niego chciał. I wydaje się, że się nieźle bawi, łamiąc wszelkie możliwe reguły życia społecznego, biorąc sobie wszystko, na co tylko przyjdzie mu ochota, unikając sprzątania, wszystkiego, co choć trochę przypomina pracę, i jakiejkolwiek odpowiedzialności. Żyć, nie umierać.

A jednak od pierwszej chwili widać, jakim koszmarem jest to nowe, samotne życie Phila i jak z każdą chwilą zbliża się on do krawędzi. "The Last Man on Earth" w genialny niemalże sposób nadaje tym strasznie depresyjnym scenom komediowego posmaku. Will gada z Bogiem, urządza sobie szalone zabawy na parkingu, wchodzi do sklepu, rozwalając wcześniej szybę jednym strzałem - a my leżymy ze śmiechu, jakbyśmy oglądali slapstickową komedię. Chwilę później oglądamy go kompletnie żałosnego, mieszkającego w domu, który przemienił się w śmietnik, z basenem wypełnionym ekskrementami - i już nam do śmiechu nie jest. Ale wystarczy jedno słowo, jedna rzecz, którą zrobi Will Forte, aby nastrój znów całkowicie się zmienił. I tak w kółko.

Kocham takie komedie. "Louie" tak potrafi, "Curb Your Enthusiasm" tak potrafi - ale seriale stacji ogólnodostępnych rzadko sięgają po tak nietypowy typ humoru. To się po prostu nie sprzedaje. Smutne komedie nie są sexy. Wesołe rodzinki albo grupy przyjaciół wypadają lepiej. Trafiają do każdego. "The Last Man on Earth" jest zbyt inteligentny i zbyt pokręcony, aby stać się hitem na miarę "The Big Bang Theory". Nie wiadomo, kiedy tu się śmiać, kiedy płakać, a kiedy robić jedno i drugie naraz. Jestem pod wielkim wrażeniem, że FOX zdecydował się na ten eksperyment. To najoryginalniejsza serialowa komedia, jaką widziałam od dawna. I jednocześnie na tyle uniwersalna i mainstreamowa, że powinna sobie poradzić w niedzielnym paśmie FOX-a, w okolicach kultowych kreskówek i "Brooklyn 9-9".

UWAGA, TUTAJ BĘDZIE BARDZO DUŻY SPOILER!

Ale oczywiście gdybyśmy przez cały sezon mieli patrzeć na Willa Forte, gadającego co najwyżej do siebie, serial prawdopodobnie szybko by się wypalił. Dlatego pod koniec pierwszego odcinka pojawia się ostatnia kobieta na Ziemi w osobie Kristen Schaal. Co ciekawe, Phil ją spotyka po tym jak, po przejechaniu całych Stanów, wraca do domu, tj. do Tucson w Arizonie. Pomogły na pewno znaki "Alive in Tucson", które cały czas zostawiał, ale i tak to spotkanie to niemal cud.

I na tym cuda w jego postapokaliptycznej egzystencji się kończą. Kristen Schaal, specjalistka od ról dziwnych i jeszcze dziwniejszych, gra Carol, kobietę strasznie irytującą, a na dodatek nie tak ładną, jak marzyło się cały czas Philowi. Tę parę dobrano na zasadzie przeciwieństw - i to tak silnych przeciwieństw, że momentami wydaje się to zdrowo przegięte - co znakomicie wpływa na dynamikę tej relacji. I to działa, naprawdę działa! Will Forte pokazał ogromny talent, przez 20 minut serwując nam teatr jednego aktora i uświadamiając nas, jaką katastrofą dla cywilizacji byłaby śmierć wszystkich kobiet (faceci żyliby jak zwierzęta), ale prawdopodobnie nie wystarczyłby, aby udźwignąć całość. Razem z Kristen potrafią przenosić komediowe góry.

Składający się z dwóch połączonych odcinków pilot "The Last Man on Earth" to jedna z najdziwniejszych i jednocześnie najlepszych rzeczy, jakie ostatnio widziałam. Bo ile tematyka postapokaliptyczna jest w serialach całkiem popularna, takiego konceptu jeszcze nie było. Już sam pomysł, aby taki zupełnie zwyczajny facet, który jakimś cudem przeżył śmierć wszystkich ludzi w Ameryce, robił to, co wyprawia Phil, wydaje się absurdalny. Trudno sobie wyobrazić, co w takim człowieku siedzi. Przypuszczalnie nic wesołego - a jednak ktoś tu dostrzegł potencjał komediowy i go wykorzystał.

Brawa za to i za wykonanie, które sprawiło, że spędziłam czterdzieści minut, wpatrując się w ekran coraz większymi oczami. Ten pilot to prawdziwa rewelacja - i oby później też nie brakło pomysłów.