"Bliskość" (1x08): Razem i osobno, daleko i blisko

"Bliskość" (Fot. HBO)

"Bliskość" (Fot. HBO)

Finał 1. sezonu "Togetherness" nie zaskoczył, nie wbił w fotel, nie sprawił, że pospadały nam kapcie. Ale zdecydowanie miał "to coś" - dokładnie tak jak cały serial. Spoilery.

Pewnie już to pisałam dziesiątki razy, ale na wszelki wypadek napiszę raz jeszcze: odkąd HBO zdecydowało się zamawiać kameralne seriale o zwykłym życiu zwykłych ludzi i wybaczać im nawet nieco niższą oglądalność, świat stał się lepszy. A "Bliskość" to jeden z najmocniejszych dowodów na ową lepszość świata.

Bohaterowie co tydzień pokazywali nam, jak wyglądają blaski i cienie życia w wieku, w którym wypadałoby już mieć wszystko ułożone i ustabilizowane. Można być w szczęśliwym małżeństwie, z dwójką dzieci - jak Brett i Michelle - a jednak nie odczuwać wszechogarniającego szczęścia. Można skończyć czterdziestkę i za nic nie chcieć/nie być w stanie dorosnąć - jak Tina i Alex. Można być przy tym człowiekiem najnormalniejszym w świecie - trochę jakimś, a trochę nijakim, trochę szczęśliwym, a trochę nieszczęśliwym, dość mocno sfrustrowanym i momentami zdesperowanym, ale jednak dalekim od samobójczych myśli. To wszystko to nic szczególnego, ot, szara rzeczywistość większości z nas. A i sami bohaterowie to w zasadzie my - na którymś z wielu zakrętów.

W finale dochodzi do wydarzeń, które nietrudno było przewidzieć. Alex dostaje główną rolę w filmie i wyjeżdża - ale bez walizek, bo ich nie posiada - na miesiąc do Nowego Orleanu. Tina przeprowadza się do swojego faceta, choć nie wygląda, jakby pałała do niego większym uczuciem niż do jego miniaturowego psa. Brett robi sobie jednodniowe wagary i nie dość że odżywa, to jeszcze pojawia się u niego chęć naprawienia małżeństwa, w związku z czym wsiada w auto i... No właśnie, to się nie może dobrze skończyć, bo w tym czasie jego żona i David podejmują wspólnie zupełnie inną decyzję.

Bez takich scen, jak końcowa sekwencja - z wymienianiem liściku pod drzwiami i podróżą Bretta przy dźwiękach "The Wilhelm Scream" Jamesa Blake'a - "Bliskość" pewnie byłaby zupełnie zwyczajnym, niemal zahaczającym o banał, serialem. Ale bracia Duplass praktycznie w każdym odcinku dają nam na koniec idealną, często przepięknie nakręconą puentę, która od razu zmienia wymiar opowiadanej historii i znacząco podnosi ocenę całości. Niby drobiazg - a jednak robi różnicę.

Ale wartość tego kameralnego komediodramatu nie sprowadza się tylko do takich momentów. "Bliskość" ma dobrze napisane dialogi, przyjemny klimat filmów indie, ciekawe zdjęcia, znakomitych aktorów. Kiedy Steve Zissis mówi do Amandy Peet: "Chcę być mną, z tobą. Nie chcę być Larrym", ta scena ma moc, choć przecież zagrana jest raczej oszczędnie, nikt włosów z głowy nie rwie (i to nie tylko dlatego, że prawie już ich nie posiada).

O wielu momentach z "Bliskości" można powiedzieć, że mają "to coś" i dają się zapamiętać, mimo że fabuła przecież aż tak oryginalna nie jest. Kiedy Alex przyjechał na lotnisko bez żadnego bagażu, był niemalże usosobieniem wolności. Brett na plaży tryskał radością życia, odzyskaną w zupełnie przypadkowy i zaskakujący sposób. Michelle błyszczała, bo czuła się potrzebna. A Tina na końcu wyglądała po prostu żałośnie, choć przecież właśnie dostała to, czego chce podobno każda kobieta - stabilizację u boku zakochanego w niej faceta. To wszystko było wymowne, zrobione z pomysłem i na tyle bliskie prawdziwemu życiu, że pewnie zostanie ze mną na dłużej.

Ciekawa jestem, co bracia Duplass pokażą nam w 2. sezonie. W tym finale widać było, jak bardzo dalecy są sobie ci teoretycznie bliscy ludzie. I jak mało było emocji, kiedy się rozeszli - jak gdyby ten proces dokonał się naturalnie. Brett nie całował Michelle na pożegnanie, kiedy ta wyjeżdżała do Sacramento, Tina nie ściskała nikogo, wyprowadzając się z domu, wyjazd Alexa wydawał się mieć znaczenie głównie dla Bretta. Każde z nich zajęło się sobą. I nie zdziwię się, jeśli za rok zobaczymy ich wszystkich znowu w tym samym domu, bo okaże się, że koniec końców nikomu nic nie wyszło. Ale nie tylko dlatego - ta grupa razem po prostu działa, wypada naturalnie i ma mnóstwo świetnej energii.

Nawet jeśli dziś każde z nas wybrało przede wszystkim siebie - niekoniecznie przy tym dokonując wyboru, który sprawdzi się na dłuższą metę - to się zmieni. Nie zmieni się za to pewnie nastrój, w którym melancholia i poczucie rezygnacji mieszają się z momentami prawdziwej radości czy też podekscytowania. Tylko szczęścia w tym wszystkim nie widać, jak gdyby twórcy "Bliskości" chcieli nam powiedzieć, że nie jest ono stanem naturalnym człowieka. To tylko chwile, które trzeba złapać, zanim będzie za późno.

Codzienność to nie wagary na plaży, a chodzenie do szkoły w znienawidzonych butach, czy nam się to podoba, czy nie. I z wiekiem coraz bardziej przechodzące w pewność wrażenie, że ta szkoła tak naprawdę niczego nas nie uczy. Nie stajemy się mądrzejsi, a jedynie coraz starsi i coraz bardziej przekonani, że w tym wszystkim nie ma niczego ekscytującego. No, przynajmniej przez większość czasu. Ale kiedy już zdarzy się jeden z tych momentów największego na świecie szczęścia, okazuje się, że było warto czekać. Naprawdę było warto.

"Bliskość" to jeden z najlepszych, najbliższych prawdziwemu życiu seriali, jakie powstały w ostatnich latach. Oglądajcie go koniecznie.

REKLAMA