Pazurkiem po ekranie #66: Barwy miłości i kampanii

"Żona idealna" (Fot. CBS)

"Żona idealna" (Fot. CBS)

W tym tygodniu sytuacja do normy, czyli znów mamy głównie przegląd "Żony idealnej". A oprócz tego "Shameless", "Better Call Saul", "Community", "Jane the Virgin" i "The Last Man on Earth". Uwaga na spoilery!

Dwa poprzednie odcinki "Żony idealnej" wytrąciły mnie z równowagi. Bo jak to tak, wróciła, ale jakaś zmarniała, wymizerowana i chaotyczna? Nie do tego zostaliśmy przyzwyczajeni, nie tego chcemy. Na szczęście w tym tygodniu wreszcie dostaliśmy jeden z tych odcinków, które po prostu są wypchane wspaniałościami. Aż nie wiem, od czego zacząć pochwalny pean.

Zacznę więc od broni z drukarki 3D. "Żona idealna" pewnie nie jest serialem, który prezentuje nowe technologie w szczególnie oryginalny sposób - bo też nie ma takiego celu - ale robi to systematycznie i solidnie, zawsze jest na czasie, a do tego nieźle wyłapuje niuanse i zagrożenia związane z wprowadzaniem nowoczesnych rozwiązań. Oczywiście, gdyby taka broń jak ta z odcinka "Open Source" pojawiła się w "Black Mirror", pewnie pospadałyby nam kapcie, opadły szczęki itp., itd., niemniej jednak to, co zobaczyliśmy w "Żonie idealnej", też było imponujące. Przedstawiono temat bardzo rzetelnie, z każdej możliwej strony, postawiono trafne diagnozy i na dodatek zrobiono to mimochodem, wykorzystując otwartość sędziego Abernathy'ego i wplątując w to wszystko przypominający emocjonalny rollercoaster wątek małżeńskiej kłótni i namiętności Diane i jej kowboja. Powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, to nie powiedzieć nic. I już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć Diane na polowaniu.

Równie ciekawe rzeczy co w sądzie działy się za kulisami kampanii wyborczej Alicii Florrick, która za namową Jona zmiażdżyła publicznie swojego małżonka. Nagroda była przesłodka. Chyba jeszcze nigdy miks romansu i polityki nie wydał mi się tak atrakcyjny, jak w tym właśnie momencie. Boję się tylko, że Eli Gold za chwilę z powrotem posiwieje.

Możemy oczywiście udawać, że oglądamy "Żonę idealną", bo to ambitny serial o prawie, polityce i dojrzałych problemach dorosłych ludzi, ale prawda jest taka, że gdyby zabrakło elementu romansidła, daleko byśmy nie zabrnęli. A państwo Kingowie manipulują naszymi emocjami po mistrzowsku, podsuwając dokładnie to, czego nam trzeba w danym momencie. Po Willu prawie był Finn, Finn się przejadł, przyszedł Jon. I oczywiście, że uwielbiamy Jona - nawet jeśli właśnie musieliśmy sprawdzić w Wikipedii, skąd tak właściwie kojarzymy Stevena Pasquale'a - bo został zaprojektowany tak, byśmy nie mogli mu się oprzeć.

Nikt nie zna się na romansach lepiej niż...

...ekipa "Jane the Virgin". "Chapter Sixteen" obfitował w rzeczy cudne i jeszcze cudniejsze. Taniec Jane i Rafaela wypadł po prostu magicznie, Jane Seymour wyglądała młodziej niż w "Doktor Quinn", a rzucony z zaskoczenia hashtag #motherbarker sprawił, że o mało się nie udusiłam przy pomocy zupełnie zwyczajnej kawy. Ale ten odcinek, podobnie zresztą jak większość poprzednich, wygrał Rogelio De La Vega. D jak Danger.

rogelio-space-gif

Tymczasem w całkiem zwyczajne romansidło zaczyna przemieniać się "The Last Man on Earth". Serial, który chwaliliśmy za oryginalność, już w czwartym odcinku stał się opowieścią o niekonwencjonalnym trójkącie miłosnym w czasach postapokalipsy. I choć w odcinku "Sweet Melissa" nie zabrakło zabawnych scen, a January Jones pokazała, że nie musi wcale być do końca świata Betty Draper, wrażenie, że oglądam coś wyjątkowego, niestety gdzieś wyparowało. Choć wciąż - to dobry, zabawny sitcom, który ma pomysł na siebie i w którym aktorzy znają się na swoim fachu, a żarty trafiają w sedno. W przeciwieństwie do obu pań nie będę też narzekać na to, że Will Forte pozbył się brody. Powiem raczej: uff, wreszcie!

Pewnym krokiem w kierunku finału zmierza...

..."Shameless", które znów zrobiło coś bardzo fajnego z Frankiem Gallagherem. Jego wspólna podróż przez Chicago z młodą lekarką Biancą (Bojana Novakovic), która właśnie się dowiedziała, że wkrótce prawdopodobnie umrze na raka, na początku wyglądała trochę jak powtórka z "A Night to Remem... Wait, What?", by w końcu okazać się czymś więcej. Całkiem udaną próbą uczłowieczenia Franka, który przez jedną dobę zaopiekował się tą dziewczyną, jak nie opiekował się nigdy nikim z własnej rodziny. Było to tak sympatyczne, ludzkie i normalne, że aż nie mam pewności, czy na koniec ją okradł, czy może tym razem jednak się powstrzymał. Dobrze, że zostawiono tutaj otwartą furtkę, inaczej ta słodko-gorzka podróż nabrałaby pewnie innego wymiaru.

Shameless_5

"Carl's First Sentencing" był zresztą kolejnym odcinkiem, w którym zagrało wszystko - od Lipa i jego nowej nauczycielki (wystrzałowa Sasha Alexander z "Rizzoli and Isles"), poprzez nawrócenie Rapewalkera, Fionę i Seana na tarasie, aż po wyrok Carla. Odkąd "Shameless" zrezygnowało z najtańszych chwytów, jak pokazywanie zbliżeń damskiego krocza podczas porodu, i postawiło na rozwój bohaterów, poziom podniósł się wręcz niesamowicie. Wystarczy zajrzeć do naszych (i Waszych) hitów, w których "Shamaless" w tym sezonie ląduje prawie co tydzień.

"Community" wróciło! Wreszcie wróciło "Community"...

...i, w przeciwieństwie do Nikodema, nie będę narzekać. To znaczy zgadzam się, że nie był to najbardziej porywający powrót na świecie, ale żeby mnie uszczęśliwić, wystarczyłby pewnie sam fakt, że oto słyszę "Give me some rope. Tie me to dream..." w zupełnie nowym odcinku "Community".

To prawda, że premiera pierwszego internetowego sezonu serialu o, hm, Czwórce z Greendale mogła być mniej chaotyczna i bardziej ekscytująca, ale przecież upchnięto w niej sporo świetnych pomysłów! Żarty z tego, co zrobiła Yvette Nicole Brown, "The Butcher and the Baker", syndrom Jimmy'ego Fallona (ależ to było trafne!), Abed wysyłający maile do tajemniczej Diane, dziekan uzależniony od wirtualnej rzeczywistości z lat 90., tajna knajpa w Greendale, montaże muzyczne, odjechane pomysły filmy. To wszystko działało. Relacje międzyludzkie i nabijanie się z Britty działało trochę mniej, wrażenie świeżości też już dawno gdzieś wyparowało. Ale to wciąż dobry serial, którego twórca ma łeb pełen pomysłów. Na pewno w tym sezonie zobaczymy coś przynajmniej tak fajnego jak zeszłoroczny "Mad Max".

"Better Call Saul" zaliczyło kolejny odcinek...

...w którym chodziło raczej o budowanie, niż o dzianie się, a tymczasem publika zaczyna się już wyraźnie niecierpliwić. Bo nie dostaliśmy nowego "Breaking Bad", dostaliśmy coś, co ogląda się świetnie i zapomina chwilę po obejrzeniu. Brakuje kropki nad i. Przypuszczam, że dostaniemy ją gdzieś w okolicach finału i w 2. sezonie serial już przyspieszy.

Na razie wypada delektować się samą drogą do celu. Takimi kadrami, jak ten z pierwszej sceny, w której Mike i Saul siedzą pod bardzo charakterystyczną ścianą. Zmaganiami Chucka z samym sobą i Jimmy'ego z Chuckiem. Czarnym humorem, który jest praktycznie w każdej scenie. Grą w bingo, autkiem z forsą, widokami, na które Jimmy'ego wciąż jeszcze nie stać. To wszystko jest po coś, nie ma powodu się irytować, wypada po prostu przyjąć do wiadomości, że nie mamy tu do czynienia z klonem "Breaking Bad", tylko z serialem, który dopiero próbuje zbudować swoją tożsamość.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.