Seryjnie oglądając #42: Kłopoty z równowagą

"The Americans" (Fot. FX)

"The Americans" (Fot. FX)

Życie bardzo lubi rzucać pod nogi kłody czy wręcz przekonywać nas, że może być jeszcze gorzej niż było. Przekonują się o tym także serialowi bohaterowie, którym ciężko jest zachować równowagę albo wpadają w pułapki. Będzie trochę spoilerów.

Nie tylko serialowi bohaterowie mają pod górkę - ostatnich kilka tygodni jest dla mnie nieustanną jazdą w górę i w dół połączoną z brakiem czasu na cokolwiek. Doszło do tego, że seriale oglądam kosztem snu, a i tak nie nadążam za wszystkimi, odkładając na później moje guilty pleasure w postaci "The Night Shift" (nadal nie wiem, co widzę w tym schematycznym serialu, chyba zaspokaja moją potrzebę serialowego fast foodu) czy nawet "Wikingów", choć akurat przygody Ragnara wymagają skupienia, więc to naturalne, że czekają na lepsze czasy.

Nie odpuściłem sobie jednak powrotu "Castle" po parotygodniowej przerwie i przyjemnie mi stwierdzić, że był to dobry odcinek. Bardzo dobrym pomysłem okazało się zestawienie Kate z policjantką czy wręcz superpolicjantką z Hong-Kongu, która oprócz pracy w Chinach kieruje specgrupą i pracuje jeszcze dla MTK w Hadze. Ambicja Beckett została mocno ugodzona, a Stana Katic nieźle odegrała frustrację swojej bohaterki. Oczywiście, morał odcinka był dość prosty (ale czy "Castle" lubimy za skomplikowane dylematy moralne?), ale podany jak zawsze zgrabnie - warto szukać równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. Bonusem była scena rozbrajania Espo i Ryana, a szczególnie ich miny...

Problemy z równowagą między życiem hmm, zawodowym, a prywatnym pojawiły się też w kolejnym świetnym odcinku "The Americans". Choć widać je w życiu głównych bohaterów, to jednak w bardzo dosadny i smutny sposób poruszył ten temat współpracujący z nimi przeciwnik apartheidu, który parę godzin serialowego czasu wcześniej podpalił agenta południowo-afrykańskiego wywiadu. Jego słowa, że wojna i rodzina nie idą ze sobą w parze byłyby zwykłym truizmem, gdyby nie cały kontekst, a tak - dobra scena. Notabene, w "The Americans" oglądaliśmy już wiele zabójstw, ale to było dla mnie najbardziej drastyczne. Nie jest to scena, którą chciałbym kiedykolwiek ponownie zobaczyć... Za to chętnie oglądam kolejne peruki Elisabeth i Philipa. Czasem myślę, że twórcy serialu celowo dobierają je tak fatalnie, byśmy mieli z czego kpić.

Życie potrafi też solidnie kopać, ale czasami za jego kopniakami stoi ktoś opętany żądzą zemsty. Dzięki temu mieliśmy okazję obejrzeć Peraltę bez odznaki, a Boyle musiał współpracować z Hitchcockiem i Scullym. "Brooklyn Nine-Nine" dostarczyło tym razem sporo dobrej rozrywki, dokładnie takiej, jakiej potrzebowałem. O dziwo, to właśnie dwaj obleśni detektywi dostarczyli jej najwięcej - można było, oczywiście, się domyślać, że tylko udają idiotów, ale i tak zabawna była mina Boyle'a, jak i sposób, w jaki rozwiązano zagadkę. Sam Peralta miał problemy, ale dzięki pomocy Rosy i Diaz jakoś z nich wyszedł.

Na sam koniec tygodnia dobrze mi zrobiła "Czarna lista" i to wątkiem, który zawsze mnie męczył. Powrót męża Elisabeth nie mógł być przypadkowy i nie był, ale nagle okazało się, że da się z tego coś wycisnąć. Nawet jeżeli chwilami mogło się robić nieco mdło o tej ich romantycznej miłości, to jednak zostało to dobrze napisane i zagrane. Oczywiście i tak całość musiał przyćmić Spader, który jak zawsze był świetny. Zwróćcie uwagę, jak oszczędnymi środkami grał, mówiąc Elisabeth o pułapkach odkupywania win.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Do następnego.