"Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta". Serial dokumentalny, który wciąga jak diabli

"The Jinx" (Fot. HBO)

"The Jinx" (Fot. HBO)

Serialu dokumentalnego o takiej sile rażenia od dawna nie było. "Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta" to w gruncie rzeczy prawdziwe polowanie na prawdziwego mordercę rozgrywające się na telewizyjnym ekranie. Prawdziwe i wciągające jak diabli. UWAGA, TEKST ZAWIERA SPOILERY - z serialu i z życia.

Wielkanocną niedzielę spędziłam z Robertem Durstem, nowojorskim bogaczem z rodziny, która dorobiła się majątku na nieruchomościach. Mordercą, który przez długie lata unikał sprawiedliwości, choć zabił prawdopodobnie kilka osób, w tym własną żonę. Człowiekiem bardzo niejednoznacznym, niesamowicie inteligentnym, troszkę dziwnym i na tyle medialnym, że aż chciałoby się, aby powstał drugi sezon. Ale nie powstanie, bo "Przeklęty" - w oryginale "The Jinx" - to nie serial fabularny, to prawdziwe życie.

Historia zaczyna się od środka, od wyłowienia z wody przez policję w Galveston w Teksasie torsu mężczyzny. Potem pojawiają się kolejne części ciała, zapakowane w czarne, plastikowe worki. Śledztwo zaprowadza detektywów do obskurnego mieszkania wynajmowanego przez samotną kobietę, która unikała ludzi. W mieszkaniu można znaleźć ślady po dokonanej zbrodni. Ofiarą okazuje się mieszkający obok staruszek Morris Black. Kim jest jego sąsiadka i jaki to ma związek ze zniknięciem sprzed lat, które miało miejsce na Wschodnim Wybrzeżu?

Nie ma sensu rzucać tutaj nadmiarem spoilerów - choć nie jestem pewna, czy informacje, które były obecne tysiące razy w medialnych nagłówkach, można uznać za spoilery - dość powiedzieć, że na horyzoncie bardzo szybko pojawia się Robert Durst, główny bohater "The Jinx". Od najmłodszych lat dziwak i outsider, którego po raz pierwszy zaczęto podejrzewać o bycie mordercą w 1982 roku, kiedy to znikła jego żona, Kathleen. Niczego nie udało się wtedy udowodnić, bo wiadomo - jeśli nie ma ciała, nie ma też zbrodni. Ale tabloidy "wiedziały" swoje, podobnie jak znajomi tej pary.

jinx-gazerta

Andrew Jarecki, autor "The Jinx" - który wcześniej zrobił m.in. głośny dokument "Sprawa Friedmanów", a także film "Wszystko, co dobre", luźno oparty na historii Roberta i Kathie Durst - postanowił poszukać głębiej. Odkrycia, które prezentuje w serialu, z odcinka na odcinek są coraz mocniejsze. Wielka szkoda, że na Serialowej nie relacjonowaliśmy "The Jinx" od razu po emisji każdego odcinka w USA, bo teraz, kiedy już mamy wiedzę, jakie były realne skutki tego serialu, ogląda się go zupełnie inaczej. Wrażenie, że z każdym odcinkiem pętla na szyi Dursta zaciska się coraz bardziej, oczywiście nie znika, ale nie ma już tych ogromnych emocji, które byłyby, gdybyśmy nie wiedzieli, jak to się skończy. Jeśli więc jakimś cudem o sprawie nie słyszeliście i nie wiecie, co się dzieje na końcu, nie sprawdzajcie teraz. Obejrzyjcie "The Jinx" bez tej wiedzy, a prawdopodobnie będziecie w jeszcze większym szoku niż ja teraz.

Ale nawet jeśli zdążyliście już poznać wszystkie spoilery z życia i serialu, wciąż Wam go polecam. Bo "The Jinx" to nie taka zwykła telewizja. To prawdziwe polowanie na prawdziwego mordercę, odbywające się przez sześć tygodni na małym ekranie. To prawdziwy dokumentalista, który odwalił kawał solidnej dziennikarskiej roboty i którego przerażenie rosło, im bardziej zbliżał się do prawdy. To niełatwe do przetrawienia fakty o amerykańskim systemie sprawiedliwości, w którym wygrywa ten, kogo stać na lepszego prawnika. To dowód na to, że życie bywa czasem tysiąc razy ciekawsze, bardziej zaskakujące i straszniejsze od najlepszego serialu fabularnego.

Wreszcie - to doskonale nakręcony dokument o ciekawej strukturze i przemyślanym co do najdrobniejszego szczegółu scenariuszu, wciągający równie mocno co popularne telewizyjne kryminały (porównanie z "Detektywem" nasuwa się samo, kiedy po raz pierwszy oglądamy czołówkę). W ciągu sześciu odcinków po ekranie przewijają się dziesiątki bohaterów, twist goni twist, a kolejne - prawdziwe! - odkrycia sprawiają, że trudno oprzeć się chęci, by obejrzeć całość naraz.

Sam Robert Durst jest tak fascynujący, odrażający i skomplikowany, jak to tylko możliwe. Jarecki przyznaje, że podczas kolejnych spotkań zdążył drania polubić, i naprawdę trudno się temu dziwić. Durst został świetnie przygotowany do kolejnych spotkań z ekipą filmowców i nie ulega wątpliwości, że kłamał jak z nut, ale wcale we mnie nie wzbudzał jednoznacznie negatywnych emocji. Da się z nim sympatyzować, choćby dlatego, że to piekielnie inteligentny człowiek, który często miał pod górkę. Być może szatan, który wyrósł z "małego, biednego bogatego chłopca", a może tylko życiowy pechowiec.

Krótko mówiąc, Jareckiemu udał się dokument, jaki się zdarza raz na wiele lat. Zaczął od zainteresowania się zniknięciem sprzed lat i zabrnął dalej niż ktokolwiek ze śledczych z trzech różnych stanów, którzy badali sprawy morderstw popełnionych przez bogacza z Nowego Jorku. Prace nad "The Jinx" zajęły mu siedem lat. Efekt jest bezbłędny, a jego realny wpływ na prawdziwe życie to coś, o czym dokumentalista zazwyczaj może tylko może pomarzyć.

A jednocześnie, oglądając "The Jinx", nie ma się wrażenia, że patrzy się na dokument. To po prostu serial, który niesamowicie wkręca. I którego głównym bohaterem, tak się składa, jest prawdziwy morderca, który zabił nie jakieś wymyślone postacie, a ludzi z krwi i kości. Czegoś tak przełomowego, tak odważnego i na dodatek mającego tak ogromne skutki w prawdziwym życiu nie widziałam... chyba nigdy.

A ponieważ "To nie TV, to HBO", "The Jinx" już teraz możecie obejrzeć w całości HBO GO. Premiera w telewizji - w HBO2 - przewidziana jest na 8 kwietnia, godz. 22:00. Stacja planuje emitować dokument w trzech blokach, po dwa odcinki, na przestrzeni trzech tygodni. Jeśli macie cierpliwość, czekajcie. Dla mnie nie było innej opcji niż obejrzenie całości naraz.