Pazurkiem po ekranie #69: Szukając czegoś

W ramach świątecznych poszukiwań seriali jeszcze nieodkrytych natknęłam się na genialne "The Jinx" i okropne "Indian Summers". Obejrzałam też całe pół pilota pilot "Happyish". A oprócz tego to co zwykle - "Żona idealna", "Jane the Virgin", "Community". Spoilery? No pewnie jakieś są.

Święta mają to do siebie, że wytrącają człowieka z rytmu, wmawiając mu jakieś straszne kłamstwa albo w najlepszym razie półprawdy. Na przykład że seriale wypada czasem zamienić na rodzinę. U mnie jak zwykle było z tym średnio - wydaje się, że więcej czasu spędziłam w towarzystwie Roberta Dursta niż tych znajomych podobno gąb, które widuję raz na ileś miesięcy. Czytaliście już 10 powodów, dla których warto obejrzeć "The Jinx"? Jeśli nie, to polecam się. Tekst rządzi dziś na Wykopie i Onecie, niech więc trochę tego blasku spłynie i na Serialową.

Szukając czegoś, co pozwoli mi zapomnieć o świdrujących oczach milionera/mordercy z Nowego Jorku...

...sięgnęłam po "Indian Summers".

Od dawna miałam taki plan, przy czym nie wiedziałam, co pójdzie na pierwszy ogień - to czy "Poldark". Jako że moja doba wciąż nie chce mieć więcej niż 24 godziny, dokonałam wyboru i... to był fatalny wybór! Okropny. "Indian Summers" to kolorowa bzdurka, pusta, sztampowa, średnio zagrana (choć na pewno wyróżnia się Julie Walters), kompletnie nieciekawa. Nie mam bladego pojęcia, jak można do tego stopnia schrzanić serial o czymś tak ekscytującym, jak indyjskie przygody Anglików w latach 30. poprzedniego stulecia, ale można. Serial jest kompletnie banalny, bohaterowie kartonowi, dialogi dalekie od tego, co mamy chociażby w "Downton Abbey" - i tylko scenografia wygląda świetnie.

Plan serialu znajduje się w Malezji i to jest jedna rzecz w tym serialu, która robi na mnie wrażenie. Na ekranie jest parno, kolorowo i po prostu pięknie. Gdyby tylko uszy tak nie bolały od dialogów... Z wielkim żalem po czterech odcinkach - których obejrzenie zajęło mi jakieś 10 godzin - porzucam "Indian Summers". Dajcie znać, jeśli kiedyś stanie się oglądalne.

Secrets_from_the_set_of_Indian_Summers

Showtime wypuścił pół pilota cały pilot "Happyish"...

...i to akurat była jedna z lepszych rzeczy, jakie widziałam w tym tygodniu. Steve Coogan wypada nieźle jako facet w średnim wieku, który ma świetną rodzinę, ale i tak codziennie ma ochotę się zabić, jadąc do pracy w agencji reklamowej rządzonej przez młodzików. Może trochę za dużo tu mało subtelnych rozważań o tytułowym byciu prawie szczęśliwym, ale i dialogi, i monologi głównego bohatera są bardzo dobrze napisane, a wdzięk, z jakim praktycznie wszyscy rzucają jakieś 10 razy na minutę słowem na F, robi wrażenie nawet na mnie. Choć przecież dużo F-ów już w życiu słyszałam. W "Veepie" i poza nim.

A najpiękniejsze było to, że jakieś 30 sekund po tym, jak pomyślałam, iż "Happyish" to takie "Mad Men" 50 lat później, Coogan oznajmił tym swoim głosem zmęczonego życiem Brytola: F... "Mad Men"!

W tym tygodniu był odcinek "The Good Wife"...

...no właśnie, był. Z całego wątku wyborczego tym razem zapamiętam pewnie tylko tę bardzo spokojną rozmowę Petera i Alicii w kuchni, przy winie. Tak pewnie Ameryka wyobraża sobie rozmowy Clintonów. Coraz bardziej zaciska się pętla na szyi Kalindy, ale nie wiem, czy jest sens teraz to komentować, bo przecież przed końcem sezonu Kingowie jeszcze dadzą radę upchnąć z dziesięć twistów.

Bardzo za to spodobało mi się, jak w "Żonie idealnej" przełożono na język popkultury walkę amerykańskiej prawicy - jak dla mnie kompletnie absurdalną - o sankcjonowane religijnie prawo do nienawiści. Niepojęte jest dla mnie to, że w ogóle dyskutuje się o tym, aby wolność religijna obejmowała prawo do nienawidzenia i dyskryminowania tych, którzy we wszystkich innych sytuacjach chronieni są prawem antydyskryminacyjnym. Ale dyskutuje się - i "Żona idealna" pokazuje tę dyskusję dokładnie tak, jak chcę, czyli wyraźnie opowiadając się po stronie liberałów. Trzeba jednak przyznać, że Diane miała dość trudne zadanie, bo druga strona sypała argumentami jak z rękawa.

O "Jane the Virgin" wyjątkowo nie będzie dziś prawie nic...

...bo te ciążowe dramaty jednak do mnie nie trafiają. Choć oczywiście Rogelio jak zwykle rządził, #teammichael zaistniało na ekranie bardzo wyraźne, a do tego mogę powiedzieć "a nie mówiłam, że to zmartwychwstanie?". Ha! I jednocześnie - o rety...

"Community" po raz kolejny okazało się sitcomem nadającym się raczej do kotleta niż wnikliwej analizy. Choć muszę przyznać, że Danny Pudi przemawiający głosem Jerry'ego Seinfelda na moment mnie zachwycił. Potem wszystko wróciło do normy. W 1. sezonie takie "Community" pewnie podobałoby mi się bardzo, w czwartym też, ale kurcze no... Dan Harmon tyle mówił, że Yahoo daje mu swobodę twórczą, a teraz wyraźnie z niej nie korzysta, poruszając się w kółko w obrębie tych samych gagów i odgrzewając dawne pomysły. Jestem na "nie" i to bardzo.

Ghostieta spieszę poinformować, że nie zdążyłam jeszcze zobaczyć przedostatniego odcinka "Justified" i w związku z tym nic o nim nie sądzę. Z kolei "Better Call Saul" czeka na osobną recenzję, która powinna pojawić się na Serialowej jutro. Wybaczcie opóźnienie, ale po prostu nie ogarniam. Winne muszą być święta, żadnego innego powodu, dla którego całe moje życie jest w rozsypce, znaleźć nie potrafię..

Na koniec tradycyjnie pytanie: co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.

REKLAMA