"Better Call Saul" (1x10): Król pustyni

"Better Call Saul" (Fot. AMC)

"Better Call Saul" (Fot. AMC)

W pierwszym sezonie "Better Call Saul" bardzo dokładnie przedstawiono nam barwną osobę Jimmy'ego McGilla, w drugim pewnie poznamy już Saula Goodmana. I choć wolne tempo nie wszystkim widzom odpowiada, po odcinku "Marco" stało się jasne, jak dokładnie to wszystko zostało rozplanowane i jak wiele łączy spin-off z serialem-matką. Spoilery.

Po dziesięciu odcinkach "Better Call Saul" bardzo dokładnie wiemy już, jaki to jest serial. Przede wszystkim - nie jest to drugie "Breaking Bad". Nie ma tu aż takiej jazdy bez trzymanki, a i stawki, o które grają bohaterowie, są znacznie niższe. Owszem, Jimmy McGill to skomplikowany facet, inteligentny, z ogromną fantazją i jeszcze większym apetytem - ale to nie jest tak, że od tego, czy uda mu się udowodnić światu swoją wartość, zależy życie i zdrowie jego żony, dzieci i szwagra, który jest agentem FBI. Jimmy gra na siebie i choć na pewno prędzej czy później będzie zamieszany w jakieś "zniknięcia" ludzi, w jego przemianie nie ma takiego ładunku emocjonalnego jak w przemianie Waltera White'a. On nie staje się potworem na naszych oczach. Przestanie tylko walić głową w mur i sięgnie po to, czego brat mu odmawiał.

Ostatnia scena finału z idealnie dobranym "Smoke on the Water" wyraźnie pokazuje, że już za chwileczkę, już za momencik narodzi się Saul Goodman. Narodzi się z ambicji, ze zbierających się przez lata frustracji i z przekonania, że uczciwością daleko się zajedzie. Tym, który go uformował, jest jego dwulicowy starszy brat, Chuck. Jimmy'ego bardzo dużo kosztowało odcięcie się od niego - spójrzcie tylko, jak wciąż dba o to, aby wszystkie jego potrzeby były w przyszłości dokładnie spełniane - ale odwrotu już nie będzie. I choć ta końcowa scena była może troszkę zbyt dosłowna, trzeba przyznać, że niesamowicie zaostrza apetyt na drugi sezon. To koniec Jimmy'ego, jakiego znamy, w kolejnej odsłonie prawdopodobnie zobaczymy, jak drobny cwaniaczek staje się rekinem.

Zanim jednak doszliśmy do tego przełomowego momentu, Vince Gilligan i Peter Gould budowali napięcie jak mistrzowie. Jimmy przyjął marne 20 tysięcy od Howarda, zaliczył porządne załamanie nerwowe podczas gry w bingo (którą sponsorowała literka B, jak Belize), by w końcu po 10 latach wrócić do Cicero, do baru, w którym spędzał pół życia, i do Marco (Mel Rodriguez, który swoją drogą w "The Last Man on Earth" też jest świetny), kumpla, z którym odstawiał najlepsze numery.

To wszystko oglądało się po prostu przepysznie. Bob Odenkirk gra głównego bohatera "Better Call Saul" po mistrzowsku, uwypuklając wszystkie te strony Saula, których za czasów "Breaking Bad" nie mieliśmy okazji poznać, i pokazując, jaki z niego skomplikowany człowiek. Slippin' Jimmy. Frustrat. Klaun. Self-made man. Krasomówca. Drobny cwaniaczek. Facet, który za chwilę przekroczy granice zła i któremu mimo to będziemy kibicować z całych sił, teraz kiedy wiemy, jaką drogę przeszedł.

Wszystkie przekręty Jimmy'ego i Marco pokazano tak, że ręce same składały się do oklasków (zwłaszcza że ubrano je w formę charakterystycznej sekwencji z wesołą muzyką w tle), zaś motyw z Kevinem Costnerem udowodnił, że scenarzyści mają doskonałą pamięć. Jeśli Wy macie pamięć nieco słabszą, to zobaczcie ten screen z "Breaking Bad". Piękne, prawda?

costner-breaking-bad

Śmierć Marco, pogrzeb, telefon od Kim, powrót myślami do czasów, kiedy zmarła matka braci McGill - to wszystko zapowiadało, że za chwilę w Jimmym coś pęknie, coś się zmieni. Przyznaję jednak, że udało się wyprowadzić mnie w pole - to znaczy obstawiałam raczej, że Jimmy przyjmie ofertę pracy w Santa Fe i w kolejnym sezonie zobaczymy go, jak rozdaje karty w dużej firmie prawniczej. Jimmy wybrał jednak inną drogę, co prawdopodobnie stanowi dobrą wiadomość dla widzów. Królem pustyni zostanie tak czy owak - ale na własnych warunkach.

To, jak zbudowano cegiełka po cegiełce postać Jimmy'ego, naprawdę imponuje. Okazuje się, że w pięciu sezonach "Breaking Bad" dostaliśmy tylko oderwane od siebie skrawki informacji na temat tej postaci. Nie wiedzieliśmy o nim nic, a wydawało nam się, że i tak nieźle go znamy. Barwny prawnik, który zarabia na trzymaniu sztamy z kryminalistami - co więcej można tutaj dodać? Jak się okazało, dodać można bardzo, bardzo dużo. I można to zrobić tak, aby powstał bohater, za którego widzowie będą ściskać kciuki, nawet kiedy zrobi coś wątpliwego moralnie. Czapki z głów.

Ale nie tylko dlatego ten sezon był świetny. Serialowi, który na początku oglądaliśmy tylko dlatego, że był spin-offem "Breaking Bad", udało się zbudować własną tożsamość, własny ton i własny klimat. Wiele rzeczy jest tu oczywiście podobnych - muzyczne montaże, praca kamery, czarny humor, charakterystyczne sceny otwierające odcinki, z których na początku niewiele się rozumie. Widać, że robi to ta sama ekipa i że chętniej stawia na sprawdzone środki, niż eksperymentuje. Ale nie ulega wątpliwości, że ten serial to nie drugie "Breaking Bad".

Bez znajomości "Breaking Bad" oczywiście lepiej go nie oglądać, bo nie będziecie wiedzieli, czemu scena z Kevinem Costnerem była aż tak fajna albo że pierścień, który Jimmy odziedziczył po Marco, nie jest gadżetem jednego odcinka. Te dwa światy łączą się sobą i przenikają już teraz - a w przyszłości będą jeszcze bardziej. Nie zdziwiłabym się też, gdyby poziom "Better Call Saul" również rósł z sezonu na sezon. Vince Gilligan i Peter Gould wiedzą, że aby widzom zaczęły opadać szczęki, trzeba najpierw zbudować podwaliny. Tak było w "Breaking Bad", pierwszy sezon "Better Call Saul" sprawia podobne wrażenie.

Ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że akcja przyspieszy po jego finałowej scenie, a król pustyni narodzi się na naszych oczach prawdopodobnie już w przyszłym roku.

REKLAMA