"Fortitude" (1x12): Kto się boi osy?

"Fortitude" (Fot. Sky Atlantic)

"Fortitude" (Fot. Sky Atlantic)

W "Fortitude" zakochałam się ze względu na wspaniałe zdjęcia i pełen mroźnej - i mrożącej krew w żyłach - dziwności klimat, ale wygląda na to, że moje zakochanie już minęło. W ostatnich odcinkach klimatu już nie było. Sensownej intrygi niestety też zabrakło. Uwaga na duże spoilery z finału sezonu.

"Fortitude" to serial, w którym na początku intrygowało mnie wiele rzeczy. Po finale ciekawa jestem już tylko jednego: czy widziałam właśnie dwunasty czy może trzynasty odcinek? Nikt najwyraźniej nie jest w stanie tego policzyć tak jak należy. To chyba pierwszy taki przypadek, z jakim się spotkałam. Fascynujące, doprawdy.

OK, żarty na bok, bo czas zmierzyć się z tym ogromnym rozczarowaniem, jakim były dwa ostatnie odcinki produkcji Sky Atlantic. Trup ścielący się gęsto i jeszcze gęściej, ludzie żywi i półżywi biegający we wszelkich kierunkach i wreszcie absolutnie najgorsza rzecz ze wszystkich - prehistoryczne insekty rozwijające się w bohaterach i pożerające ich od środka. O rety... miałam wrażenie, że oglądam horror klasy Z.

A przyznaję, że kiedy "Fortitude" z "kolejnego klimatycznego kryminału" zaczęło skręcać w kierunku horroru, byłam jak najbardziej "za". Lubię nieprzewidywalność, lubię oglądać rzeczy, jakich jeszcze w telewizji nie było, lubię wreszcie gatunkowe hybrydy. Wydawało się, że czeka mnie jeszcze dużo zaskoczeń i że logiki na koniec też nie zabraknie, bo przecież nie brakowało jej po drodze. Błąd. Twórcy "Fortitude" ostatecznie postawili na rozwiązanie, którego istotą była nie logika, nie dobrze napisany scenariusz, a niepotrzebne epatowanie obrzydliwościami.

Nie widzę w tym nic ciekawego. Nie ruszają mnie larwy przeobrażające się w człowieku w owady i pożerające go od środka. Nie bawi mnie wbijanie widelca w ludzkie wnętrzności ani masowe mordowanie bohaterów, których ledwie zdążyłam poznać. Twórca serialu, z nutką dumy, w wywiadach mówił, że w 2. sezonie zobaczymy "tych, którzy przetrwali". Ja wolałabym, abyśmy zobaczyli wszystkich i zdążyli ich poznać, poczuć jakiś związek emocjonalny z tymi ludźmi i tym miejscem.

Bo samo zabijanie postaci, których imiona ledwie zdążyłam zapamiętać, nie wzbudza u mnie emocji. Weźmy na przykład takiego det. Mortona. Świetny Stanley Tucci - spokojny, chłodny, przenikliwy. OK, spisku z prehistorycznym mamutem w tle Morton raczej by nie odkrył, ale nadawał wielu scenom smaku. I bez niego to po prostu słabszy serial. To samo można powiedzieć o Henrym. Jedna z najlepszych, najbarwniejszych postaci w serialu zginęła, zanim naprawdę zdążono ją rozwinąć. Zamiana tych dwóch panów na larwy os to coś, czego nie potrafię pojąć. Zwłaszcza że przecież żaden z nich nie egzystował w próżni, ich śmierci oznaczają, że oglądaliśmy przez większość sezonu kilka wątków prowadzących donikąd.

"Fortitude" pozbyło się krok po kroku najciekawszych bohaterów, większość z tych, którzy zostali, wydaje mi się banalna, stereotypowa i stworzona tylko po to, aby było kogo odstrzelić za jakiś czas. Nie poświęcono wystarczająco czasu na zbudowanie relacji między nimi i efekt jest taki, że kiedy Dan strzela w finale do Eleny, można tylko wzruszyć ramionami. On, owszem, należy do grona postaci, które coś dla mnie znaczą. Jej równie dobrze mogłoby nie być. Podobnymi uczuciami darzę Jasona, Vincenta, Natalie, jak-mu-tam męża pani gubernator, małą Carrie. Najciekawsi bohaterowie nie żyją i nawet nie wiem, co z nimi zrobiono, w końcu prawo w "Fortitude" zakazuje umierania...

Całe to wielkie napięcie, budowane przez pierwszych - powiedzmy - dziesięć odcinków, gdzieś znikło. Zarówno odcinek poprzedni, jak i finał, wlokły się jak flaki z olejem, co jakiś czas rzucając we mnie jakimś ohydztwem - bo przecież widzowie lubią ohydztwa. Rozwiązanie zagadki nieludzkich morderstw okazało się kompletnie abstrakcyjne i pozbawione jakiejkolwiek siły rażenia.

Dreszczyku zabrakło nawet w scenach, które właśnie na tym miały się opierać. Jak palenie domu z biednym Ronniem w środku albo moment, w którym Elena czai się w kącie, by zaatakować Carrie. Fatalna scena, rodem z najpodlejszego horroru. Tak się nie robi w serialu, który aspiruje, by być czymś więcej. Akcja z dżemem - czy co to było za mazidło - też była absolutnie zbyteczna. Takie rzeczy uchodziły w czołówce "Czystej krwi", która była produkcją zrobioną nie na serio. W "Fortitude" praktycznie nie ma humoru, a jednak oglądając ten finał, parę razy parsknęłam śmiechem.

Nie wyobrażam sobie na tym etapie 2. sezonu. W "Fortitude" brakuje mi w tej chwili tego co najważniejsze - spójnej fabuły, w której wszystko byłoby logiczne i dokądś by zmierzało. Irytuje mnie za to w tej chwili już prawie wszystko - średnio interesujący bohaterowie, którzy przetrwali, przeciętnie napisane dialogi, brak jakiegokolwiek suspensu, sięganie po coraz bardziej łopatologiczne środki wyrazu, nawet "klimatyczna", podejrzanie spokojna muzyka, nadużywana w scenach, które zapowiadają, że za chwilę coś się stanie.

Mieszkańcom tego przeklętego przez Boga, mamuta i scenarzystów miejsca radziłabym po prostu się ewakuować. Jeszcze sto lat temu i tak nikt tam nie mieszkał - jak widać nie bez powodu.

REKLAMA