"Veep" (4x01): W oku cyklonu

Powrót "Veepa" oznacza też powrót Seliny Meyer w zupełnie nowej roli. Czy serial, który latami budowano na pomyśle, że wiceprezydent nie ma żadnego realnego znaczenia, przetrwał drastyczną zmianę centralnego założenia? Spoilery.

Pomysł na "Veepa" był prosty. Selina Meyer i jej ekipa nieudaczników, frustratów i karierowiczów nie ma żadnego realne wpływu na prezydenta i jego władzę. "Czy prezydent dzwonił?" - to kluczowe hasło pierwszego sezonu. Dysfunkcja jej otoczenia była tylko okazją do pokazania, jak bardzo władza zmienia ludzi - albo jak bardzo przypadkowi ludzie trafiają do polityki i w niej awansują. Jednak gdy Selina została prezydentem, wszystko musiało się zmienić.

Na szczęście "Veep" wychodzi z tej przemiany obronną ręką. Teraz jednak wpadki otoczenia Seliny mają nie tylko komediowe znaczenie. W pierwszym odcinku nowego sezonu - zatytułowanym "Joint Session" - koszmarna nieudolność przy pisaniu przemówienia powoduje, że Selina niemal przypadkowo ogłasza inwestycje w bardzo drogi program zbrojeniowy, zamiast postawić na sprawy społeczne - co chciała zrobić, ale jej doradcy użyli złego pliku. "To przemówienie miało zdefiniować moją prezydenturę" - mówi wściekła w Gabinecie Owalnym do swoich współpracowników. Przy okazji poznajemy dyrektora ds. komunikacji Białego Domu, Jima (w tej roli znany z "Revolution Zak Orth). Jim poziomem profesjonalizmu nie odstaje od reszty, to m.in. dzięki niemu Selina w przemówieniu przed Kongresem musi improwizować, aby nie czytać z promptera fraz w stylu "FUTURE WHATEVER".

Oczywiście zmiana tego typu miała też konsekwencje dla doradców. Najbardziej przeżywa to Gary, który bez certyfikatów bezpieczeństwa nie może już wszędzie chodzić za Seliną. Scena, gdy wzdycha i obserwuje ją pracującą w Gabinecie Owalnym z daleka, przez specjalne okno "Pierwszej Damy" najlepiej chyba pokazuje skomplikowaną naturę jego relacji z Seliną. Tony Hale nawet na tle bardzo mocnej obsady tego serialu - w której jest też Patton Oswalt, a za chwilę pojawi się jeszcze Hugh Laurie - potrafi się wyróżnić.

"Veep" to serial komediowy, ale podobnie jak "Silicon Valley" - inny bardzo mocny powrót HBO tej wiosny - nie można go traktować wyłącznie jak czystej rozrywki. Poza wspomnianą już refleksją na temat ludzi, którzy są w centrum politycznego świata, "Veep" to także interesująca, czasami zaskakująca refleksja na temat natury władzy jako takiej. W "Joint Session" dobrze pokazano mechanizm, który powoduje, że drogie i nieprzydatne projekty zbrojeniowe są utrzymywane przez Pentagon i fundowane, chociaż nie mają sensu. Każdy taki projekt oznacza miejsca pracy (fabryki, bazy itd.) w okręgach kongresmenów - którzy nie chcą mieć w następnej kampanii do czynienia z rozgoryczonymi, bezrobotnymi wyborcami. Dlatego wymuszają na prezydencie zmianę zdania.

Druga obserwacja dotyczy władzy prezydenta, który odpowiada za absolutnie wszystko - od kryzysów wewnętrznych po problemy z niewłaściwym użyciem dronów w wojnie z Al-Kaidą. Selina nie ma łatwego życia, a na dodatek musi jeszcze walczyć w kampanii wyborczej. Zapewne w kolejnych odcinkach jej frustracje na tle różnic między odpowiedzialnością prezydenta a wiceprezydenta będą dalej podkreślane. I to także z korzyścią dla całego serialu, który w każdym sezonie był nieco inny. Zmiana w 4. sezonie była największa z dotychczasowych, ale serial nic nie traci ze swojej drapieżności. I oczywiście nadal jest niezwykle zabawny, a przekleństwa (zwł. wariacja na temat "Live Long and Prosper" w tym odcinku) nie mają sobie równych.

"Veep" to jeden z najlepszych współczesnych seriali politycznych. Jak żaden inny, pokazuje chaos, przypadkowość, ambicje i pozory, które rządzą polityką. Po słabym i całkowicie odrealnionym trzecim sezonie "House of Cards" serial HBO nie tylko jest świetną rozrywką, ale mimo przejaskrawienia mówi też bardzo wiele o prawdziwej polityce. Czasami więcej, niż seriale zrobione całkowicie na serio.

REKLAMA