"Forever" (1x22): Koniec pewnej rozgrywki

"Forever" (Fot. ABC)

"Forever" (Fot. ABC)

Przyjemna odskocznia, jaką było przez cały sezon "Forever", nie zawiodła. Finał sezonu (i być może całego serialu) był utrzymany na niezłym poziomie, acz bez fajerwerków. Oczywiście chcę więcej, ale zadowolę się i takim zakończeniem. Uwaga na spoilery.

Zabrzmi to może nieco niestosownie, ale Henry Morgan uwiódł mnie już w pierwszym odcinku, w czym spora zasługa Ioana Gruffudda. "Forever", choć to przecież serial niespecjalnie wysokich lotów, bez wygórowanych ambicji i z często łopatologicznie podawanym morałem, oglądało mi się bardzo przyjemnie. Dzięki postaci głównego bohatera było to trochę jak połączenie starych dobrych "Kości" (tu swoją zasługę miał też Joel David Moore) z "Castle" i szczyptą "Sherlocka". "Forever" to nic innego jak stare melodie zmiksowane na nowo, ale tak, że oglądało się to jak coś świeżego.

Finałowy odcinek 1. sezonu nie zawiódł. "The Last Death of Henry Morgan" trzymało w umiarkowanym napięciu, takim w sam raz. Choć pozbawione specjalnych fajerwerków, to jednak nie pozwalało na oderwanie się od ekranu. Mogliśmy zobaczyć, jak szlachetny wręcz do przesady główny bohater radzi sobie bardzo mocno przyparty do muru przez swojego prześladowcę Adama (dość miałki Burn Gorman). Nieśmiertelny prześladujący nieśmiertelnego - to dałoby się pewnie rozpisać lepiej. Ale nie wypadło tak źle.

W finale akcja toczyła się wokół sztyletu, którym Adam został zabity 2000 lat temu i od którego zaczęła się jego nieśmiertelność. Okazało się, że był to jeden z noży, którym zabito Cezara, co dodawało mu ceny i miało czynić przeklętym. Ponieważ zaś Adam był przeświadczony o tym, że tylko bronią, która uczyniła nieśmiertelnych takimi, jakimi są, można nieśmiertelnego zabić, to bardzo gorąco chciał zdobyć ów sztylet. Czemu trudno się dziwić, po dwóch tysiącleciach życie może mocno obrzydnąć.

W swojej chorej grze Adam zręcznie wykorzystywał fakt, że Henry nie chce nikomu ujawniać swojej tajemnicy, a już szczególnie Jo, do której zdecydowanie ma sporo uczuć. W ten sposób wciągnął Morgana w pułapkę, ale wtedy też zdarzyło się coś zaskakującego. I przyznam, że takiego okrucieństwa po Henrym się nie spodziewałem. Nie ma dla mnie nic gorszego niż sprawienie, że ktoś na zawsze będzie myślącym i czującym warzywem.

Oczywiście, morał całej historii jest prosty - nieśmiertelność to przekleństwo. Acz tym razem podany został on całkiem zgrabnie we wzruszającej scenie, w której Abigail przyłapała Henry'ego na pożegnaniu z Abe'em leżącym w kołysce. Jej "biedny człowieku" mówiło znacznie więcej niż żale Adama.

W samym finale było też kilka naprawdę dobrych scen - i co ważne, większość z nich to zasługa postaci drugoplanowych, Lucasa i Mike'a. Bardzo przyjemnie się patrzyło, jak asystent Morgana próbuje go odgrywać (nawet coś w rodzaju szalika znalazło się na jego szyi). Podobało mi się, jak Mike przekonywał wszystkich, że jest prawie ekspertem od gladiusów, pugio i innych rodzajów rzymskiej broni siecznej, a najbardziej przypadła mi do gustu scena, która pokazała, jak świetnie zna Lucas swojego szefa.

Maleńkim fajerwerkiem był też gościnny występ Johna Noble'a. Pozostaje tylko żałować, że ten znakomity aktor miał tu tak niewiele do zagrania. Zdołał jednak wryć mi się w pamięć, co bardzo dobrze o nim świadczy.

Dość blado wypadła za to finałowa scena, w której Jo przyszła do sklepu Abe'a z zegarkiem Henry'ego i jego rodzinnym zdjęciem z Abigail i malutkim Abe'em. Czegoś tu zabrakło, choć dobrze, że nie postawiono kropki nad i. Możemy spokojnie założyć, że Jo wreszcie wie o przypadłości Henry'ego, co ładnie spina klamrą całą historię od początku do końca. Ale ta scena była po prostu nieco nijaka.

Niemniej, jeżeli był to finał serialu, to dostaliśmy ładne zamknięcie najważniejszych wątków. Jeżeli zaś będzie kolejny sezon, to jakieś punkt wyjścia też jest. Niezależnie od tego, jak potoczą się losy "Forever", jestem zadowolony.