"Arrow" (3x23): Klęska zielonego kapturka

"Arrow" (Fot. The CW)

"Arrow" (Fot. The CW)

W drugiej połowie 3. sezonu "Arrow" twórcom serialu udało się stworzyć niezwykłą mieszankę złożoną z zatrważających idiotyzmów, kompletnych bzdur, tanich chwytów i zwykłych niedoróbek. Co więcej, całość podlano gęstym sosem rozczarowującego niechlujstwa. Sam finał do powyższej wyliczanki dołożył jedynie kilka jakże niezbędnych wykrzykników. Spoilery.

Na pierwszy rzut oka w "My Name Is Oliver Queen" zawarto wszystko to, co powinno się znaleźć w typowym finale sezonu. Bohaterowie robili bohaterskie rzeczy, a złoczyńców spotykał zasłużony koniec – no dobrze, tych nienazywających się Malcolm Merlyn (John Barrowman). Plan Olivera (Stephen Amell) natrafił na niezbędne przeszkody, samoloty spadały z nieba, stawka od miesięcy nie była wyższa, a i gościnnie w kadr wbiegł kumpel z Central City. Ponadto znane nam od dawna postacie debiutowały w nowych rolach, przeprowadzano ważne rozmowy oraz dokonywano trudnych wyborów.

Finałowy odcinek uginał się pod ciężarem wydarzeń dziwnych, zbędnych lub śmiesznych. Taki Barry (Grant Gustin) biegł w jedną stronę 9 lub 10 godzin tylko po to, aby pobawić się ze strażnikami, docenić "jacuzzi", zachwycić loszkiem i uwolnić tych w nim zamkniętych. Z kolei Katana (Rila Fukushima) szybko się zmyła, a nad Starling City nowożeńcy w trakcie miesiąca miodowego dołożyli kilka cegiełek do alternatywnej teorii lądowań. Na dodatek, gdy wszyscy zebrali się razem, a Diggle (David Ramsey) zrobił to, na co wielu miało ochotę, padł bardzo głupi pomysł, aby dogadać się z Ra's al Ghulem (Matt Nable). Wypada dodać, że ów idiotyczny plan próbowano później wcielić w życie.

W pewnym momencie wszystko jednak wróciło do normy i zaczął się jakże zrozumiały wyścig z czasem. Pojedynki toczone były na zaporach, młodsze siostry dorabiały się własnych kapturków, a i okazało się, że z bardzo skomplikowanej zbroi można spokojnie korzystać bez wcześniejszego treningu. Zdemolowano, co się dało, a zamachowcy samobójcy biegali po mieście. Na szczęście zginęło ledwie parę osób, a w serwisach informacyjnych z ulgą twierdzono, że w sumie nie jest źle – ot, typowy maj w Starling City, jak to podsumował po kilku kieliszkach Quentin Lance (Paul Blackthorne). Na koniec jeszcze zupełnie trzeźwy Ray (Brandon Routh) wysadził się w powietrze, Queen i Felicity (Emily Bett Rickards) udali się w stronę zachodzącego słońca, a przez cały odcinek w retrospekcjach odreagowywano śmierć Akio (Brandon Nomura). Muszę przyznać, że żałowałem, iż kapitan Lance nie był w stanie polać wszystkim (pełnoletnim) widzom.

"Arrow" (Fot. The CW)

"Arrow" (Fot. The CW)


Najgorszą częścią finałowego odcinka było to, że o ile nad wszystkimi idiotyzmami dało się przejść do porządku dziennego, to nie do przełknięcia okazało się praktykowane przez scenarzystów niechlujstwo, skłonność do niezwracania uwagi na detale i znaczna liczba bezużytecznych komunikatów podana w zadziwiająco durny sposób. Wydaje się zresztą, że część z nich wpisano do scenariusza tylko po to, aby akcję w minimalnym stopniu utrzymać w ryzach i żeby sztucznie wyolbrzymić dramatyczny wydźwięk niektórych scen.

Nie wiem, jak inaczej wytłumaczyć, po co za pomocą kiepskich dialogów w nieodpowiednim momencie próbowano zaznaczyć, że Thea (Willa Holland) została zaszczepiona a Nyssa (Katrina Law) nie. Nie prowadziło to żadnych konsekwencji, prawda? Podobną zagadką jest powód, dla którego nagle obwieszczono, że będący na lekach Lance znowu pije. Równie zaskakująca była nagła zmiana policyjnych procedur. Wychodzi na to, że gdy policjanci widzą dwóch facetów pojedynkujących się tamie, to zamiast podejść i aresztować delikwentów, ich zadaniem jest stać na uboczu z karabinem snajperskim, czekać aż walka się zakończy, a następnie bez zbędnego pośpiechu zastrzelić zwycięzcę.

Z drugiej strony po zobaczeniu "My Name Is Oliver Queen" zwyczajnie nie mam nic przeciwko strzelaniu do Olivera. Jego decyzje nie miały i nie mają sensu, a ciągłe zmiany zdania przez scenarzystów względem tego, czy jest mordercą (czy nie) oraz czy powinien opuszczać Starling City (czy nie), doprowadziły ową postać do stanu, w którym nie wiem, czy ktokolwiek będzie zdolny go odratować. Również jego relacje i układy z pozostałymi postaciami są w najlepszym wypadku irytujące, knowania wypadają dziwnie, a dłuższe wynurzenia równie dobrze mogłyby zostać zastąpione zbiorową lekturą książki telefonicznej. Co więcej, jest on o jeden ślub od zostania gwiazdą nowego reality show pt. "Wakacje z jęczącym bigamistą". Programu, który z radością zakupiłaby niejedna polska stacja telewizyjna.

"Arrow" (Fot. The CW)

"Arrow" (Fot. The CW)


Trzeba przy tym zaznaczyć jedno: scenarzyści musieli naprawdę dużo zmieścić w tej telewizyjnej godzinie i zarazem zadbać, by szokująco ponury sezon zakończył się zwycięstwem naszych herosów. Nie pomagało również to, że mało z tego, co widzieliśmy w ostatnich miesiącach, miało jakikolwiek sens. Starano się też upiec kilka pieczeni na jednym ogniu, czyli zakończyć porozrzucane wątki 3. serii, wspomnieć o nowym wrogu oraz (prawdopodobnie) wystrzelić Raya w stronę "Legends of Tomorrow". Owszem, zmieszczono też kilka fajnych dialogów, a i na nowo przedstawiono Theę – już w czerwonym kubraczku, z łukiem i strzałami.

Nic niestety nie mogło uratować finałowego odcinka i trudno się litować nad serialem Berlantiego, Guggenheima i Kreisberga. Sami zgotowali sobie ten los. W efekcie, przed 4. sezonem "Arrow" jest jak ten starszy brat, który po zapoznaniu się z wyczynami młodszego, bardziej utalentowanego i lubianego rodzeństwa ("The Flash"), postanowił udowodnić, że jest lepszy. Niestety nic z tego udowadniania nie wyszło, a co gorsze na horyzoncie widać już kolejny spin-off, który zapewne spowoduje, że zielony kapturek jeszcze bardziej zzielenieje z zazdrości…

…i przy okazji doprowadzi do załamania nerwowego większość fanów produkcji The CW.

REKLAMA