Oto, jak Jon Hamm interpretuje finał "Mad Men"

"Mad Men" (Fot. AMC)

"Mad Men" (Fot. AMC)

Skoro wszyscy już przedstawiliśmy swoje wersje tego, co się wydarzyło na końcu finału "Mad Men", czas na Jona Hamma. Uwaga na spoilery!

Ostatnia scena "Mad Men" - czyli medytujący Don Draper gładko przechodzący w słynną reklamę Coca-Coli z 1971 roku - trochę nas zaskoczyła i pozostawiła dość duże pole do interpretacji. Albo i nie - bo związek pomiędzy Donem a reklamą nie tylko mnie wydał się oczywisty. Piękno otwartych zakończeń polega na tym, że niczego nie możemy być pewni, ale zawsze możemy wysłuchać kolejnej opinii.

Jej autorem jest sam Jon Hamm, który w rozmowie z "The New York Times" mówi, że prawdopodobnie gdzieś istnieje prawidłowa odpowiedź na pytanie, co oznacza ostatnia scena. "Ale też uważam, że, tak jak większość historii, do których mamy zwyczaj wracać, to jest trochę dwuznaczne. Rozmawialiśmy o tym zakończeniu przez długi czas i to był pomysł Matta [Weinera]. Mnie osobiście uderzyła jego poetyckość. Nie miałem pojęcia, jakie były jego plany, w jaki sposób Don miałby znaleźć się w tym miejscu. Ale cały czas wiedziałem, że on miał w głowie ten finałowy obraz" - opowiada aktor.

Zapytany wprost, jaka jest jego interpretacja finału, Hamm mówi praktycznie to samo, o czym pisze się od poniedziałku w internecie. Don w finale jest w dość trudnej sytuacji, nie wie, co robić, a otaczają go sami nieznajomi. Sięga więc po pomoc do osoby, która akurat może mu tej pomocy udzielić, i tak się składa, że jest to nieznajomy.

"Moje zdanie jest takie, że następnego dnia on się budzi w tym pięknym miejscu, ma spokojny moment na kontemplację i zdaje sobie sprawę z tego, kim jest. A jest facetem od reklamy. I to do niego dociera. Można to zrozumieć w kompletnie cyniczny sposób i powiedzieć: 'Wow, to okropne'. Ale ja myślę, że Donowi ten moment przyniósł poczucie zrozumienia i komfortu w tym bardzo niespokojnym, niekomfortowym życiu, które prowadził" - mówi Hamm.

Aktor komentuje również zakończenia innych wątków. "Niektórzy mówią, że to takie ugłaskane, jak w komedii romantycznej. Ale przecież to nie jest koniec wszystkiego. Świat nie wylatuje w powietrze, po tym jak kończy się reklama Coca-Coli. Nikt nie sugeruje, że Stan i Peggy będą żyli długo i szczęśliwie, że biznes Joan będzie niesamowitym sukcesem albo że Roger i Marie wrócą razem z Paryża. Nic z tego nie jest dokonane. Matt kiedyś powiedział: 'chcę, żeby bohaterowie byli troszkę bardziej szczęśliwi niż na początku' - i myślę, że tak właśnie jest. To nie są ostatnie chwile życia nikogo z nich, nawet Betty. Jej nie zostało już wiele czasu, ale przecież spędzi go dokładnie tak, jak chce" - tłumaczy Jon Hamm.

Do tej interpretacji dorzucam jeszcze pożegnalne wideo, w którym wszyscy wszystkim dziękują i wspominają, jak to było.