Nie tylko Sherlock Holmes. Najciekawsi XIX-wieczni detektywi z seriali

"Ripper Street" (Fot. BBC)

"Ripper Street" (Fot. BBC)

Jutro w Ale kino+ rusza drugi sezon "Ripper Street", a tymczasem Serialowa zaprasza Was na krótki przegląd stróżów prawa z XIX wieku. Zajrzymy nie tylko do wiktoriańskiego Londynu, ale także do Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Słysząc "wiktoriański detektyw", myślimy "Sherlock Holmes". I rzeczywiście bardzo długo mieliśmy ku temu wszelkie powody, w końcu naoglądaliśmy się seriali - takich jak "Przygody Sherlocka Holmesa" ze świetnym Jeremym Brettem - w których najbardziej genialnemu z detektywów do głowy nawet nie przyszło, że równie dobrze mógłby pracować w XXI wieku, i to niekoniecznie w Londynie.

Twórcy "Sherlocka" i "Elementary" podeszli dość niestandardowo do kultowej postaci z książek sir Arthura Conan Doyle'a, pokazując, że wyobraźnia nie zna żadnych granic, a kultową literaturę z XIX wieku można przerobić na popkulturową perełkę, obrazującą świat nam współczesny. To doskonałe produkcje, zwłaszcza ta pierwsza, ale miłośnikom wycieczek w przeszłość, wiktoriańskich klimatów i klasycznie poprowadzonych zagadek kryminalnych pozostają inne tytuły. Tych na szczęście jest pod dostatkiem.

"Ripper Street", czyli wiktoriański kryminał w najlepszym wydaniu

Prawdziwą perełką wśród nich jest "Ripper Street" - którego drugi sezon debiutuje 3 czerwca w Ale kino+, a kolejne odcinki będą emitowane w środy o godz. 20:10 - mroczna, stylowa, wspaniale zrealizowana opowieść o policjantach z Whitechapel w Londynie, rozwiązujących zagadki zbrodni, niedługo po tym jak na ulicach miał się pojawić Kuba Rozpruwacz. Legendarny zbrodniarz ze zrozumiałych względów nie wpada do serialu osobiście, ale za to widzowie poznają barwną paletę zamieszkujących tę dzielnicę postaci - policjantów, prostytutek, biedaków, morderców, właścicieli małych biznesów i innych osób w jakiś sposób związanych z historią tego miejsca.

Prym wiedzie trójka stróżów prawa - inspektor Edmund Reid (Matthew Macfadyen), sierżant Bennet Drake (Jerome Flynn - Bronn z "Gry o tron") i pracujący jako patolog kapitan Homer Jackson (Adam Rothenberg), który przybył do Anglii zza Wielkiej Wody wraz ze śliczną madam Long Susan (MyAnna Buring), prowadzącą popularny burdel. Wszyscy od początku mają jakiś interesujący rys, a im bardziej wgryzamy się w ich historie, tym jaśniej widzimy, z jak niebanalnymi dżentelmenami mamy do czynienia.

Poważny, wręcz mrukliwy Reid prowadzi śledztwa sprawnie, niczym dobrze naoliwiona maszyna, ale jego naznaczone tragedią życie rodzinne znajduje się w stanie kompletnej rozsypki. Drake potrafi być prawdziwym brutalem i ma za sobą pełną przygód przeszłość, ale teraz marzy mu się zupełne inne życie, spokojne, stabilne, z kobietą u boku. Jackson to prawdziwy zawadiaka - amerykański chirurg o wyglądzie typowego kowboja, z tajemniczą przeszłością. Spokojnie, to nie spoilery, to zaledwie początek! Wątki całej trójki z odcinka na odcinek coraz ciekawiej się rozwijają, a i ich wzajemne relacje, w pierwszym sezonie przypominające dość szorstką przyjaźń, ewoluują. Nie ma teraz lepszego wiktoriańskiego kryminału niż "Ripper Street" i nie ma lepiej napisanych postaci niż ta trójka.

Od sierżanta Corka do Madame Vastry z "Doktora Who"

XIX-wieczny Londyn w ogóle wydaje się znakomitym miejscem dla miłośników tajemniczych morderstw, które rozwiązywało się za pomocą dedukcji. Zanim na telewizyjne ekrany zawitał Reid i jego koledzy, po ulicach stolicy Anglii przechadzały się takie persony, jak sierżant Cork (John Barrie) i Bob Marriott (William Gaunt), bohaterowie proceduralnego tasiemca z lat 60., czy sierżant Cribb (Alan Dobie) i posterunkowy Thackery (William Simons) z wyprodukowanego na przełomie lat 70. i 80. serialu "Cribb".

Choć współczesnemu widzowi musi się wydawać, że te seriale trącą myszką i zbyt dużo do jego wielkiego telewizyjnego doświadczenia nie wniosą, warto pamiętać, że XIX-wiecznych policjantów nie wynaleziono w serialach z XXI wieku. To właśnie sierżant Cork, wąsaty detektyw Scotland Yardu, którego imienia publika nigdy nie poznała, zapisał się w historii jako pierwszy serialowy wiktoriański policjant. Z kolei Cribb w ciągu 14 odcinków był świadkiem licznych wydarzeń historycznych, po części pokrywających się z tymi, które oglądamy w "Ripper Street".

Lepszych, słabszych i zupełnie niewyróżniających się produkcji telewizyjnych o XIX-wiecznych policjantach nie brakuje. Jeśli lubicie te klimaty, możecie na przykład zerknąć na brytyjską serię "Podejrzenia pana Whichera" z Paddym Considine'em w roli głównej albo odkopać dwuodcinkowy miniserial "Jack the Ripper" z Michaelem Caine'em jako inspektorem badającym sprawę Kuby Rozpruwacza.

Ale nie trzeba sięgać po klasyczny serial kryminalny, aby znaleźć porządnie napisaną postać wiktoriańskiego detektywa. Ostatnio pojawił się takowy w "Penny Dreadful". Choć na razie przechadza się głównie po marginesach - dosłownie i w przenośni - to już widać, że det. Bartholomew Rusk (Douglas Hodge), jest postacią niepozbawioną własnego rysu, tak jak wszyscy w najpiękniejszym z serialowych horrorów.

Bardzo rzadko się zdarza, że wiktoriański detektyw jest kobietą, a jeszcze rzadziej - lesbijką i jaszczurką, jak Madame Vastra (Neve McIntosh), jedna z najcudowniejszych drugoplanowych bohaterek w "Doktorze Who". Należąca do rasy Silurian prywatna pani detektyw, współpracująca ze Scotland Yardem, w kultowym serialu science fiction przedstawiona została jako osoba, na której prawdziwych przygodach sir Conan Doyle opierał się, tworząc postać Sherlocka Holmesa. To bardzo możliwe, przynajmniej w świecie "Doktora Who", bo rzeczywiście nie ma nikogo, kto znałby się lepiej na tym trudnym fachu. Madame Vastra oprócz tego, że ma styl i wielką klasę - nieobcy jej jest na przykład zwyczaj popijania herbaty z miniaturowej filiżanki - może pochwalić się paroma spektakularnymi sukcesami, jak dopadnięcie i pożarcie (dosłownie!) Kuby Rozpruwacza.

Za Watsona robi tutaj Jenny Flint (Catrin Stewart), prywatnie małżonka Madame Vastry. To zupełnie zwyczajna dziewczyna, która dokładnie tak jak przyjaciel Sherlocka czasem miewa swoje momenty, ale zazwyczaj przychodzi jej grać drugie skrzypce. Uroczym dodatkiem do tej dwójki jest Strax (Dan Starkey), humanoid z rasy Sontaran, który rozbraja widzów zabawnymi tekstami.

Stróż prawa z Nowego Jorku

Ale to nie jest tak, że XIX-wieczny telewizyjny gliniarz koniecznie musi być Anglikiem (bądź mówiącą z perfekcyjnym brytyjskim akcentem jaszczurką). Od 7 czerwca w niedziele o godz. 20:10 w Ale kino+ będziecie mogli oglądać 2. sezon "Stróża prawa" (w oryginale "Copper"), klimatycznej opowieści o Nowym Jorku po wojnie secesyjnej.

Tytułowy stróż prawa to Kevin Corcoran (Tom Weston-Jones), w skrócie Corky - kiedyś bokser, potem żołnierz, teraz gliniarz. Jak na Irlandczyka przystało, Corky potrafi być krewki i narwany, ale - podobnie jak Reid z "Ripper Street" - to człowiek naznaczony tragedią. Kiedy wrócił z wojny, okazało się, że jego mała córeczka nie żyje, a żona zaginęła. Rozpoczyna więc poszukiwania, w międzyczasie pijąc i spędzając wieczory w burdelu. Ten facet to skomplikowany bohater, żyjący w skomplikowanych moralnie czasach bardzo szybkich przemian polityczno-społecznych.

Corky'emu towarzyszy w codziennej pracy dwóch kumpli z armii - Robert Morehouse (Kyle Schmid), syn bogatego przemysłowca z Piątej Alei, i czarnoskóry lekarz Matthew Freeman (Ato Essandoh), który gdyby tylko mógł, to pewnie by zazdrościł w miarę wygodnego życia doktorowi Edwardsowi z "The Knick". Choć sam serial nie zachwyca realizacją aż tak jak "Ripper Street", ta trójka przyjaciół żyjących w niespokojnych czasach, stanowi wystarczający powód, aby zobaczyć oba sezony.

Kanadyjska telewizja też ma swojego Sherlocka

Większość kanadyjskich seriali to tylko ciekawostka - nie da się udawać, że przeciętna produkcja telewizyjna z kraju klonowego liścia wygląda na wysokobudżetową czy powala na kolana aktorstwem. Takie tytuły to wyjątki, nie reguła. Ale obecny na ekranach od ośmiu sezonów "Detektyw Murdoch", który powstał na podstawie cyklu powieści Maureen Jennings, niewątpliwie należy do tych kanadyjskich kryminałów, które da się oglądać, i to nie bez przyjemności.

Na wiktoriańskie Toronto nie wyłożono co prawda góry pieniędzy, ale główny bohater, w którego wciela się Yannick Bisson, ma w sobie dość uroku, aby zrekompensować wszelkie niedostatki. Facet jest diabelnie inteligentny, ma charyzmę, żywo interesuje się najnowszymi wynalazkami - a ponieważ rzecz się dzieje w latach 90. XIX wieku, jest się czym interesować - i nawet z Teslą może pogadać jak równy z równym. Nie jest Sherlockiem, jest żyjącym w fascynujących czasach, ciekawym świata człowiekiem, który potrafi dostrzec potencjał w nauce, zanim zrobią to inni. W "Detektywie Murdochu" zdarzają się błędy historyczne, ale przy ponad setce odcinków trudno się tego ustrzec. Ważne, że oglądanie poczynań kanadyjskiego detektywa - opartego zresztą na prawdziwej historii - sprawia frajdę.

Kryminałów z pomysłem, dziejących się w XIX stuleciu, już teraz jest pod dostatkiem. Ale najlepsze zapewne dopiero przed nami - kablówki decydują się realizować coraz odważniejsze i ambitniejsze projekty za coraz większe pieniądze. Podróż do XIX wieku, i to do tych dekad, które rzadziej goszczą na telewizyjnych ekranach, to tylko kwestia czasu. A na razie wypada cieszyć się z tego, co już mamy, bo paleta postaci detektywów, w którymi możemy spędzić przyjemne kilka godzin albo i cały długi weekend, jest naprawdę bogata.