Pazurkiem po ekranie #77: Programistki z jajami

"Halt and Catch Fire" (Fot. AMC)

"Halt and Catch Fire" (Fot. AMC)

Gdybym miała dziś wybrać hity tygodnia, rządziłaby nie "Gra o tron", a "Halt and Catch Fire", które zaliczyło rewelacyjny cały 40-minutowy odcinek, a nie tylko ostatni kwadrans. W dzisiejszym Pazurku będzie też o "Veepie", "Silicon Valley", "Penny Dreadful" i "Happyish". Ze spoilerami oczywiście.

Czasy, kiedy latem nie było czego oglądać, naprawdę już się skończyły. "Grę o tron" co prawda za chwilę pożegnamy, ale przecież będzie i "Hannibal", i "Detektyw", i kilka seriali Netfliksa.

Ale największym hitem lata może okazać się...

... 2. sezon "Halt and Catch Fire" - produkcji, którą w zeszłym roku oglądaliśmy dla klimatu i dlatego, że mieliśmy nadzieję, iż stanie się jeszcze lepsza. Wygląda na to, że takie życzenia czasem się spełniają. Znakomity powrót serialu AMC chwalił już wczoraj Michał, ale muszę jeszcze dorzucić trzy feministyczne grosze od siebie. Otóż podoba mi się w nowym odcinku wiele rzeczy - jest niesamowita energia, lekkość, autentyczność, rewolucję wreszcie czuć w powietrzu, stawki robią się jeszcze większe, a na dodatek wszyściuteńko do siebie pasuje, nawet momenty humorystyczne. Scenarzyści nabrali wiatru w żagle, odcinek przyjemnie płynie, a pierwsza scena - kilka minut na jednym ujęciu - wygląda na zrobioną od niechcenia, choć to przecież musiało kosztować dużo pracy. No cudo!

Ale przede wszystkim one dwie razem - przez lata sprowadzana do roli kury domowej Donna i ostra buntowniczka Cameron - są strzałem w dziesiątkę. Zawsze mi się dobrze patrzy na silne babki, które dzięki swojej inteligencji kopią regularnie tyłki facetom, ale tutaj dochodzi coś więcej. Myśl, że z tych tak bardzo różnych od siebie postaci da się wyciągnąć jeszcze dużo. Cameron w 1. sezonie była dość typowym dzieciakiem, genialnym i zbuntowanym, tyle że płci żeńskiej, co stanowiło tutaj jedyny wyróżnik. Dopiero teraz ma szansę z niej wyrosnąć fajna postać. Z kolei Donna ma rodzinę, która prawie jej nie widuje. To wszystko będzie miało znaczenie. Dziewczyny może i zapoczątkują za chwilę prawdziwą rewolucję technologiczną, ale poniosą przy tym jakieś koszty.

halt-laski

Joe i Gordon to póki co najsłabsze ogniwa serialu. Obaj są bardzo stereotypowi: Joe to miks tajemniczego magika, dupka i zranionego faceta z przeszłością, z kolei Gordon do tej pory był zwykłym nudnym komputerowcem, pożeranym przez ogromną ambicję. Zwłaszcza postać Joego zepsuto - wielu widzów zaczęło oglądać serial z powodu Lee Pace'a w obsadzie, by odkryć, że aktor gra kompletnie przegiętego, niewiarygodnego bohatera. Twórcy chcieli, aby było ciekawie, więc do jednego worka wrzucili niesamowite umiejętności wciskania ludziom kitu 'a la Don Draper, blizny z dzieciństwa, paskudne stosunki z ojcem i jeszcze biseksualizm. Wyszedł niestrawny miks, ale to jeszcze nie znaczy, że tego bohatera nie da się naprawić. I on, i Gordon mogą być odmienionymi ludźmi w 2. sezonie. Zaleta dwuletniego przeskoku w czasie jest taka, że zmieniło się wszystko.

Krótko mówiąc, wyrasta nam tutaj nowy serialowy hit. Którego oglądalność w USA zbliża się coraz bardziej do zera, ale to nic, "Mad Men" też oglądała garstka Amerykanów. W Polsce na razie możemy oglądać na CBS Europa 1. sezon, ale już 21 czerwca o 21:00 rusza drugi.

Tymczasem "Gra o tron" zaliczyła...

...kolejny odcinek, który byśmy wspominali jako bardzo słaby, gdyby nie monumentalna scena bitwy, której nie było (jeszcze?) w książkach. Nie dziwię się, że publiczność zwariowała, nawet Nikodem dał się ponieść emocjom. Ja oglądałam "Hardhome" przez dwa dni, bo zasnęłam w połowie, i dobrze pamiętam to, o czym wszyscy zachwyceni zapomnieli: że znów odwiedziliśmy Sama i Goździkową. Że był ten irytujący, rozwijający się w żółwim tempie wątek Aryi. Że upodlona Cersei ledwie mignęła na ekranie - i słusznie, bo jeszcze nie starczyłoby czasu na Sama i jego ukochaną. I że ogromnym rozczarowaniem była rozmowa Daenerys z Tyrionem. Zero napięcia, zero emocji, tylko kilka minut przerzucania się banałami przy winie. Strasznie zepsuto coś, na co czekałam cały sezon.

Nikodema drażni aktorstwo Emilii Clarke, ja z kolei nie mogę znieść Kita Haringtona. To, że facet gra jedną miną, zauważyli już chyba wszyscy, były nawet zestawienia GIF-ów na Reddicie, pokazujące różne - często dość ekstremalne - stany emocjonalne Jona Snow. Zawsze ta sama mina, słowo daję! W "Hardhome" było to samo - świat się walił, apokalipsa dokonywała się praktycznie na jego oczach, a on cały czas tam tkwił z tym samym stoickim wyrazem twarzy. Nie mówię, że zepsuło mi to scenę bitwy. Mówię, że "Grze o tron" w tym sezonie daleko do emocjonującego serialu, a to, jak ważny stał się wątek Jona Snow, nie pomaga w odbiorze. Domyślam się, że najlepsze zostawiono na koniec, ale daleka jestem od emocjonowania się bitwą, tylko dlatego że wspaniale ją zrealizowano. Wszystko inne w tym odcinku leżało. I serialowa "Gra o tron", i książki Martina to maszynka do robienia pieniędzy, więc trudno spodziewać się najwyższej jakości przez cały czas. Ale przydałoby się zobaczyć w ciągu ośmiu odcinkach coś więcej niż tylko jedną wartą zapamiętania scenę.

got4567

Na jeden z moich ulubionych seriali wyrasta...

...w tym sezonie "Penny Dreadful". Scenarzyści "Gry o tron" wyraźnie mają problemy ze znalezieniem jakiegoś fajnego rysu w scenach, w których nic się nie dzieje, więc może powinni udać się na korepetycje do Johna Logana. Facet często przynudza, ale jakie to piękne przynudzanie! Spójrzcie tylko na poetyczną rozmowę Vanessy i gościa, który ochrzcił się Johnem Clare'em. I na ich scenę tańca. Niespieszność, swoisty rytm, operowa muzyka, pełne wyrafinowanego słownictwa rozmowy, gra spojrzeń, łamanie reguł i konwenansów - to wszystko w produkcji Showtime'a ekscytuje mnie w zasadzie bardziej niż elementy horroru, których zresztą nie ma aż tak dużo ostatnimi czasy.

Oczywiście, pokaz umiejętności madame Kali nie może nie robić wrażenia, ale koniec końców otoczka i to, co się dzieje na marginesach - spotkania osób, które nie miały prawa się spotkać, przełamywanie tabu, miłosne udręki osób, które nie miały prawa się w sobie zakochać - wydaje mi się tutaj lepsze od głównego wątku. W pierwszym sezonie zbieranie drużyny i szykowanie się do finałowego starcia wypadło ciekawiej niż sam finał, teraz może być podobnie. I w zasadzie mi to nie przeszkadza. To się po prostu dobrze ogląda, choć do prawdziwej wielkości serialowi jeszcze trochę brakuje.

Jak co tydzień, wypada w tym miejscu pochwalić...

..."Veepa" i "Dolinę Krzemową". HBO ma prawdziwy królewski duet komediowy - ostry, cyniczny i nieziemsko zabawny. Chłopaki z Pied Piper, których już prawie, prawie skazałam na sukces, wyraźnie przegrali kolejną życiową szansę, i to przez coś tak trywialnego jak butelka tequili z przecinkami w nazwie, postawiona przypadkiem na klawiaturze. Nie dziwię się, że pomylono ją z atakiem hakerskim, tequila potrafi mocno kopać. Odcinek miał wiele świetnych momentów, ale za ostatnią scenę, w której Richard coraz bardziej niepewnym głosem tłumaczył klientce, dlaczego to dobrze, że jej dane zostały skasowane w rekordowym tempie, Thomas Middleditch powinien zgarnąć wszystkie nagrody tego świata.

silicon345

Podobnie zresztą jak Julia Louis-Dreyfus za rządzenie największym mocarstwem świata z łoża boleści. Wygląda na to, że wygrana poprzez przegranie jej ekipie nie wyszła i za chwilę będą tłumaczyć przez całą Ameryką, czemu Biały Dom płaci lobbystom za przekonywanie kongresmenów do ukatrupienia własnej ustawy. Jak scenarzyści chcą z tego wybrnąć i sprawić, żebyśmy za rok nie oglądali Seliny Meyer na emeryturze w kraju, który nie ma umowy ekstradycyjnej z USA, to dla mnie zagadka.

Mignął mi gdzieś niedawno wywiad...

...ze Steve'em Cooganem, który mówił, że jeśli nie uwielbiamy "Happyish", to znaczy, że go nie rozumiemy. No więc nadrobiłam ostatnio kilka odcinków. I rzeczywiście nie rozumiem ni w ząb, czemu ich obejrzenie aż tak bolało. Serial nie jest źle napisany, nie jest też źle zagrany, a jednak ogląda się go z najwyższym trudem. Przegadanie, napuszenie i miałkość to jedno. Ale do tego chyba jeszcze dochodzi złe rozłożenie akcentów. Ta straszna wściekłość bohaterów jest sztuczna. Być może wypadałoby tam dodać głębszą nutkę rezygnacji, wykosić trochę pretensjonalnych monologów i zrezygnować z górnolotnych metafor. W książce to mogłoby działać w obecnym kształcie. Na ekranie to nie działa i nie jest to wina głupoty publiczności. To źle zrobiony serial, który Showtime powinien był sobie odpuścić po śmierci Philipa Seymoura Hoffmana.

Na koniec tradycyjnie pytanie: co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.