"Detektyw" (2x02): To wszystko papier-mâché

"True Detective" (Fot. HBO)

"True Detective" (Fot. HBO)

Po niezłym pierwszym odcinku 2. sezon "Detektywa" właśnie zaczyna odsłaniać swoje wady. Nie do końca udane aktorstwo, przyciężkawe dialogi, źle napisane postacie - to wszystko w "Night Finds You" uderza z pełną siłą. Uwaga na spoilery.

Tydzień temu wszystko jeszcze wydawało się być w porządku - może nie najlepszym, ale jako takim - a teraz "Detektyw" zanurkował i nie jestem wcale pewna, czy jeszcze wypłynie. Za dużo tu popełniono błędów, zbyt wielu rzeczy nie dopilnowano i w efekcie mroczny kryminał z przybitymi życiem bohaterami, których połączyło śledztwo, zamienia się właśnie w parodię samego siebie. Po części to wina Nica Pizzolatto, który owszem, potrafi genialnie pisać, ale niekoniecznie potrafi tworzyć różnorodne postacie. Po części to wina aktorów.

Pierwszą scenę, zawierającą gapienie się w plamę na suficie, porównanie absolutnie wszystkiego, wszyściutkiego do papier-mâché, masy z papieru, z której można formować kukły, maski i cokolwiek innego, a także opowieść o ojcu zamykającym dzieciaka w piwnicy i tymże dzieciaku walczącym przez pięć dni z brakiem jedzenia, ciemnością i szczurami, można śmiało opisać jako kompletną groteskę. Vince Vaughn położył ją całkowicie, pokazując mniej więcej tyle emocji co Jon Snow w najbardziej kluczowych momentach "Gry o tron". Małżonka granego przez niego gangstera, zapewniająca go słodkim głosem, że jest taki mroczny i głęboki, i wspaniały, tylko dopełniła absurdu. Vaughn nie wypada wiarygodnie w żadnej ze scen, które wymagają od niego pokazania, że Frank to trochę bardziej skomplikowany facet, niż byle gangster z pierwszego lepszego filmu, gdzie chodzi tylko i wyłącznie o walenie pięściami. Ale tutaj naprawdę przeszedł samego siebie.

Druga castingowa porażka to Taylor Kitsch. Chłopiec o ślicznej twarzy, zbolałej zawsze wtedy, kiedy zbliży się do niego kobieta albo kiedy jego matka (Lolita Davidovich) napomknie o dziewczynach, nie jest jak na razie w serialu do niczego potrzebny. Ray i Ani dobrze wypadają razem, Ray i Frank dobrze wypadają razem, zaś Paul stanowi póki co średnio interesującą doczepkę. Być może w drugiej połowie sezonu odkryty zostanie przez nami wielki plan Nica Pizzolatto i obecność młodego policjanta nabierze sensu. Na razie moja teoria jest taka, że on tutaj jest tylko po to, aby zadowolić jedną z mniejszości i wprowadzić "różnorodność".

Skoro przy zadowalaniu krytyków jesteśmy, jak Wam się podoba po tym odcinku postać Ani? Bo mnie wcale. Napisano ją fatalnie, jak gdyby autor kompletnie nie rozumiał, co to za zwierz, ta cała kobieta. Jej tyrada o tym, że jedna płeć może zabić drugą gołymi rękoma, i nazywanie tego feminizmem to jakieś nieporozumienie. To policzek dla prawdziwego feminizmu, który nie polega na noszeniu noży w butach w razie gdyby jakiś facet chciał nas zabić gołymi rękoma, a na sięganiu bez skrępowania po to, czego niektórzy faceci wciąż próbują kobietom odmawiać. Innymi słowy - feministką jest Stella z "The Fall". Ani z "Detektywa" to mała, wściekła dziewczynka, która została napisana jak parodia feministki. Bogu dzięki, że Rachel MacAdams potrafi z niej sporo wycisnąć, bo jakimś cudem ją lubię nawet po tej okropnej tyradzie w aucie.

Patrząc jednak na to, co się dzieje teraz, na bardzo poważne i bardzo głębokie dialogi i monologi, brzmiące sztucznie w ustach w zasadzie wszystkich poza Colinem Farrellem - który na szczęście ma zwyczaj odzywać się półsłówkami - rzeczywiście doceniam, jak fantastyczną robotę odwalili Matthew McConaughey i Woody Harrelson. Bez dobrego aktorstwa literatura na ekranie, którą próbuje uprawiać Pizzolatto, zwyczajnie nie istnieje.

Zwłaszcza że autor "Detektywa" nie ma zwyczaju mrugać porozumiewawczo do widza, nie lubi czarnego humoru - ani żadnego humoru - i ogólnie traktuje siebie i swoje dzieło ze śmiertelną powagą. "Detektyw" to serial, w którym nikt się nie śmieje, kiedy pada porównanie palenia e-papierosa do obciągania penisa robota. Wręcz przeciwnie, robi się mrocznie jak nigdy.

Chciałabym powiedzieć, że mi ten mrok wystarcza i że Lera Lynn, śpiewająca tym razem o kościele pośród ruin, rekompensuje wszystko - ale tak nie jest. Za każdym razem kiedy już, już ten nowy "Detektyw" zaczyna mi się podobać, zaczyna mnie wkręcać i odzyskiwać tę dawną magię, pojawia się scena, po której aż chcę zapytać, czy ktoś z nas tu robi jaja i umyślnie parodiuje polskie kino moralnego niepokoju. I nawet Lera Lynn już nie pomaga.

Choć oczywiście wciąż uważam, że serial ma swoje zalety i jeśli czasem przymknie się oczy i uszy, da się go oglądać, czerpiąc z tego coś na kształt przyjemności. Industrialny krajobraz Vinci, gigantyczne autostrady, skorumpowane i zapite urzędasy, sposób, w jaki politycy rozmawiają z ludźmi pokroju Franka - to wszystko odmalowano z przerażającą precyzją. Jeśli dodać do tego porozrzucane wszędzie domy rozpusty różnego typu, można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się we współczesnej Sodomie.

Te obrazy rzeczywiście na mnie działają, bo to nie jest Kalifornia, jaką znam z popkultury. To brutalna prawda o "świecie, na jaki zasługujemy". To historia, która mogłaby się wydarzyć naprawdę w jednym z polskich miast albo miasteczek. Vinci spokojnie mogłaby zastąpić na przykład moja rodzinna Częstochowa, z trasą szybkiego ruchu biegnącą praktycznie przez centrum, oraz kominem z jednej strony i świętą wieżą z drugiej. Wiadomo, "Detektyw" serwuje przerysowany obraz korupcji i zepsucia, ale jest w nim coś takiego, że wydaje mi się całkiem bliski naszej rzeczywistości. Pewnie chodzi o obleśnych wąsaczy kręcących lody.

Samo śledztwo toczy się na razie w wolnym tempie, a każda z osób je prowadzących albo coś skrywa, albo ma jakiś interes, którego nie zdradza innym. Ray, gliniarz na usługach skorumpowanych polityków i gangsterów, wydaje się mieć to wszystko w nosie, kiedy pyta, czy właściwie on ma to rozwiązać, czy nie. Ani to "ta dobra", pod każdym względem. Węszy wokół Raya, interesuje się sprawą zaginionej Latynoski, nawet w środku nocy pracuje, w szlafroku i ze szklanką whisky. Paul chce tylko wrócić na motor i żeby te wszystkie dziewczyny odczepiły się od niego. Frank sam zaczyna zbierać informacje, bo wpakował w deal z Benem Caspere'em cały swój majątek. Paradoksalnie, wydaje się, że to właśnie gangsterowi najbardziej zależy na rozszyfrowaniu tego, co się stało z miejskim urzędnikiem. Wszyscy inni mają świat, na jaki zasługują. Frank wylądował kiedyś w piwnicy ze szczurami i wie, że jeśli chce coś posiadać w życiu, to musi na to zapracować własnymi rękoma. Nikt mu jego kasy nie odda tak po prostu, trzeba będzie ją wydrzeć. I on rzeczywiście jest zdeterminowany, by to zrobić.

Nie mam pojęcia, jak mam się odnieść do cliffhangera z Colinem Farrellem, z którego "Detektyw" właśnie zrobił drugiego Jona Snow, bo widziałam kolejny odcinek, wiem co dalej i wydaje mi się oczywiste, że nie mogło być inaczej. Z drugiej strony nie mogę dać Wam po sobie poznać, że wiem co dalej, bo mi nikt więcej niczego przedpremierowo nie pokaże. Piszcie więc na ten temat, co chcecie, ja będę milczeć. Na pewno są poszlaki, które wskazują, że Ray jest martwy i że martwy znaczy martwy. Strzałów w brzuch z shotguna z takiej odległości nie przeżyłby nawet Człowiek ze Stali, a na dodatek w zapowiedzi kolejnego odcinka, "Maybe Tomorrow", po Colinie nie ma ani śladu. Z drugiej strony można też znaleźć parę argumentów za tym, czemu Ray musi przeżyć. Wyciągnijcie takie wnioski, jakie tylko chcecie, ja dziś będę milczeć i tym głośniej odezwę się za tydzień.

Na koniec chciałabym jeszcze odnotować, że odcinek zawierał Abigail Spencer w roli bardzo stereotypowej żony, wyżywającej się na Farrellu tak jak nieraz pewnie wyżywała się na nim Bachleda-Curuś, Ricka Springfielda jako szefa kliniki, w której każdy może odzyskać dobry wygląd i jeszcze lepsze samopoczucie, oraz Weronikę Rosati w roli panienki bez znaczenia, mówiącej z błędami językowymi i wschodnioeuropejskim akcentem.

Chciałabym też polecić tę oto luźną recenzję Gawkera. Oni tam naprawdę nie lubią "Detektywa", a sposób, w jaki to okazują, chyba właśnie zaczął mnie bawić. Ciekawe czemu...