"Detektyw" (2x01-03): Najmniej ulubione życie

"Detektyw" (Fot. HBO)

"Detektyw" (Fot. HBO)

W zeszłym roku "Detektyw" - z zielonozłotą Luizjaną, nihilizmem i staczającym się Matthew McConaugheyem - był prawdziwym objawieniem. W tym roku to już tylko serial, który ma swoje zalety i swoje wady też ma. Uwaga na duże spoilery z 1. odcinka i mniejsze z dwóch kolejnych.

Pierwszy sezon "Detektywa" nas zaskoczył klimatem, metafizyką, świetnie napisanym scenariuszem, znakomitym aktorstwem. Ale przede wszystkim miał w sobie to cudowne, nieuchwytne "coś", co sprawiało, że człowiek po prostu w to wsiąkał bez reszty i nie zastanawiał się, czy aby na pewno wszystko ma sens i dokąd w zasadzie prowadzi to śledztwo. Każde rozwiązanie było dobre, bo to była przede wszystkim specyficzna opowieść o ludziach i miejscu, dopiero potem kryminał.

Teraz jest zupełnie inaczej. Owszem, pewne cechy wspólne oba sezony posiadają, ale sama esencja różni się, i to znacząco. Nowy "Detektyw" to dość klasycznie napisany - bez trzech różnych linii czasowych i innych fanaberii - serial kryminalny, który owszem, wciąga, ale specjalnie nie porusza. To po prostu solidna robota pochodząca od faceta, który już wie, czego widzowie od niego oczekują. Nic Pizzolatto przeczytał opinie, wyciągnął wnioski, wybrał to, co lubiliśmy w "Detektywie" rok temu, porzucił wywodzenie nas w pole za pomocą literackich nawiązań i... no cóż, nie przegrał. Stworzył dobry serial, który ogląda się z przyjemnością. I o którym - gdyby nie muzyka, charakterystyczny przemysłowy krajobraz, gigantyczne autostrady i może jeszcze wąsy Colina Farrella - zapominałoby się minutę po obejrzeniu.

Ale zacznijmy od początku. Tak jak zapowiadano, akcja nowego sezonu "Detektywa" umiejscowiona została z dala od Luizjany, w małomiasteczkowej Kalifornii, która nie ma zupełnie nic wspólnego z obrazem słonecznego stanu, jaki znamy z innych seriali. Nikt tu nie wyleguje się na rajskiej plaży, nie planuje kariery filmowej ani nie żyje w eleganckiej willi - mamy za to pełną gamę brzydoty, obciachu i ludzkiego pogubienia, a momentami wręcz zbydlęcenia. Miasteczko Vinci, wypełnione smrodzącymi kominami i otoczone kilkupasmowymi drogami, wygląda jak istny przedsionek piekła, a zafajdanemu wąsaczowi, który nim rządzi, bynajmniej to nie przeszkadza.

Korupcja, umoczenie i rozpasanie lokalnej władzy to w tym sezonie temat bardzo wyraźnie zaznaczony czy wręcz dominujący. Burmistrz miasteczka mieszka w skromnym pałacyku i kręci lody z miejscową mafią. Urzędnik miejski, którego morderstwo - wyjątkowo bestialskie, bo facet został znaleziony z wypalonymi oczami i obciętymi genitaliami - badają główni bohaterowie, najwyraźniej miał zamiłowanie do orgii seksualnych i był koneserem sztuki trochę bardziej dosłownej niż japoński obraz Berta Coopera z "Mad Men". Grany przez Colina Farrella det. Ray Velcoro potrafi na zlecenie swojego kumpla, gangstera/biznesmena Franka Semyona (Vince Vaughn), założyć kominiarkę i iść przemówić do rozsądku dziennikarzowi, który odważył się napisać o skandalach korupcyjnych w Vinci. Wszyscy są umoczeni, a ci, którzy chcą żyć uczciwie, mieszkają pod mostem.

Klimat jest gęsty, gęściuteńki, co prawda nie aż tak mroczny jak ten panujący w Luizjanie z pierwszego sezonu, ale zdecydowanie charakterystyczny, przyciągający i odpychający jednocześnie. "Detektyw" kocha stylistykę neo-noir i potrafi nią operować z dużą swobodą i wyczuciem. Industrialny krajobraz, pulsująca, "miejska" muzyka, ciemne bary, kasyno, autostrady, po których Paul Woodrugh (Taylor Kitsch) rozbija się motorem - to wszystko pasuje do siebie i spełnia swoją rolę.

Muzyka to w tym sezonie praktycznie osobny bohater - przyspiesza akcję i ją zwalnia, czasem wręcz powodując zatrzymanie się całego świata, jak podczas sceny w barze, gdzie Lera Lynn śpiewa o swoim najmniej ulubionym życiu. Te występy i te spotkania będą się jeszcze powtarzać i chyba nie zaskoczę Was, zdradzając, że to moje ulubione momenty w tym sezonie. Znów kawał dobrej roboty odwalono w przypadku czołówki, która pod względem wizualnym przypomina mocno swoją poprzedniczkę, za to muzycznie stanowi spore zaskoczenie. W różnych zakątkach internetu już można znaleźć próby rozwiązywania śledztwa poprzez słowa "Nevermind" Leonarda Cohena, tak pełna znaczeń wydaje się być ta piosenka w tym miejscu.

Po stronie plusów należy też zapisać serialowe postacie i dobór aktorów. Colin Farrell co prawda nie wprawił mnie w aż taki stan pozytywnego szoku, jak rok temu Matthew McConaughey, ale zdecydowanie w "Detektywie" pokazuje, że potrafi grać. Tego wyleniałego, wiecznie schlanego i steranego życiem glinę, jakim jest Ray, łatwo byłoby sprowadzić do banalnego stereotypu. Tak się jednak nie dzieje, Farrell tworzy wiarygodną, skomplikowaną postać faceta, który mógłby być zupełnie zwyczajnym gostkiem z domem, żoną i ogródkiem, ale przez jeden głupi przypadek życie mu się tak nie ułożyło. Na szczęście det. Velcoro za dużo nie filozofuje - "mamy świat, na jaki zasługujemy" to chyba jedyna głęboka/"głęboka" myśl, która pada z jego ust w ciągu trzech odcinków. Posępne milczenie, walenie ludzi po mordach i zapijanie się prawie na śmierć zdecydowanie bardziej tu pasują niż pseudo-Nietzscheańskie tyrady.

Druga moja ulubienica to Rachel McAdams - det. Ani Bezzerides, gdzie Ani jest zdrobnieniem od Antygony. Jej i jej siostrze Atenie - podobno bogini miłości - życie spaprali rodzice. Jako dorosła kobieta, z gwiazdą szeryfa, Ani jest kompletnie niepoukładana. Chleje jak facet, pomiata kochankami, nie cierpi rozmawiać o emocjach i jeszcze nosi noże w butach. To niewątpliwie bardzo silna i jeszcze bardziej pogubiona laska - ale widać, że tę postać pisał facet, który nie rozumie za wiele z kobiecej psychiki. Ona stanowi odpowiedź na zarzuty krytyków, że "Detektyw" promuje mizoginię. Odpowiedź zdrowo przegiętą, stanowiącą wytwór typowo męskiej wyobraźni, ale... jakimś cudem daleką od irytującej. Niektórzy twierdzą, że bardziej znane aktorki tę rolę odrzuciły, bo nie podobała im się postać - nie wiem, ile w tym prawdy, wiem, że Rachel McAdams to jeden z najjaśniejszych punktów "Detektywa" w tym sezonie. Ostra i wściekła blondyneczka to osoba wyrazista, charakterna i dająca się lubić. Choć pewnie można by ją napisać nieco subtelniej.

Słabiej wypada pozostała dwójka. Grany przez Taylora Kitscha Paul też oczywiście do ludzi zwykłych, zadowolonych z tego, co mają, nie należy - w końcu to nasze najmniej ulubione życie - ale motor, blizny, niebieska pigułka i matka ladacznica to trochę za dużo jak na jedną postać. Choć Kitsch to niezły aktor, po trzech odcinkach uważam, że jego postać można by wyciąć bez większej szkody dla fabuły, Bena Caspere'a mógłby znaleźć ktoś z dwójki Ani - Ray. No chyba że Nic Pizzolatto postanowił w tym roku zadowolić wszystkie mniejszości.

I wreszcie Vince Vaughn, długo czekający na jakiś przełom w aktorskiej karierze i niewątpliwie bardzo liczący na prestiżowy serial HBO. Ten facet po prostu tu jest. Czasem da komuś w pysk, czasem coś mruknie do żony... i na tym w zasadzie mógłby poprzestać. Niestety, jak wszyscy w "Detektywie, on też musi być głęboki, sfrustrowany i poharatany przez życie. I to już Vaughnowi nie wyszło. Scenę z 2. odcinka, w której grany przez niego gangster z ambicjami zaczyna się wywnętrzać, można śmiało przespać bez szkody dla odbioru całości. Ale za to w scenach spotkań z Rayem zawsze jest coś fajnego - może to bar, może ta kelnerka z połataną twarzą, może Lera Lynn, a może po prostu stopień popaprania relacji ich łączącej. Tak czy siak ta dwójka ma chemię i razem wypada naprawdę ciekawie, zwłaszcza kiedy Frank próbuje w rozmowach schodzić na tematy typowo prywatne.

Sporo dobrych aktorów przewija się po drugim planie. Odpuśćmy już sobie może kpiny z obu pań mających ponoć być następczyniami Alexandry Daddario - żadna nią nie jest, sorry - i skupmy się na tych, którzy rzeczywiście coś do serialu wnoszą. Kelly Reilly, jak wszystkie kobiece postacie w "Detektywie", jest tu chodzącym stereotypem, ale ma w sobie coś takiego, że zawsze patrzy się na nią z przyjemnością. Na moment wpada Abigail Spencer, jest też James Frain w wyjątkowo normalnej jak na niego roli, ma się pojawić Rick Springfield. Widać, że "Detektyw" to produkcja, w której chcą grać wszyscy.

Czy słusznie? Cóż, wiemy na pewno, że w tym sezonie jest przynajmniej 10 rzeczy, z których powodu warto się nim zainteresować. Ale jeśli szukacie magii, tajemnicy, telewizyjnej wielkości czy też wybitności, raczej ich tu nie znajdziecie. Ten sezon po prostu solidna robota pochodząca od kogoś, kto wie, czego od niego się oczekuje. Narzekaliście, że przesadzono z filozoficznym gadaniem? Obcięto je do minimum. Nie podobał się brak silnych kobiet? A proszę, macie tu taką. Lubiliście cycki Daddario? Będą nowe cycki. Rozczarowało Was uganianie się za wiatrem w polu zwanym Królem w Żółci? Tym razem nie ma za czym się uganiać. Zakochaliście się w klimacie? Stworzymy nowy, inny, ale opierający się na podobnych sztuczkach. Zafrapowało Was to, co Cary Fukunaga robił z kamerą? Spróbujemy odtworzyć i to.

Efekt jest taki, że mamy serial, na jaki zasługujemy. Nie ma magii, są efekty chłodnej kalkulacji. Ale też nie mówię, że jestem na ten wystudiowany wdzięk całkowicie odporna. O nie, ja lubię, kiedy mi śpiewają smutne piosenki, lubię eskapizm na ekranie i lubię takie momenty, jak ten, w którym patrzymy na trójkę wyjątkowo sponiewieranych, ledwie trzymających się na nogach detektywów, zabierających się za sprawę, która może odmieni ich życie, a może zostanie tylko skwitowana jakimś "nevermind".

Nowego "Detektywa" dobrze się ogląda - jest pierońsko wciągający i przyjemnie płynie, prezentując a to skundlenie władzy, a to różne odcienie dekadencji, a to świat pod mostem, którego nie znamy z innych produkcji dziejących się w Kalifornii. Wąsy Colina Farrella za chwilę staną się kultowe, piosenkę Leonarda Cohena, którą od dawna nie interesował się nikt, właśnie zdjęto z YouTube na żądanie właścicieli praw autorskich, a nazwisko pani smęcącej w barze niedługo wszyscy będziemy pamiętać. Cieszmy się tym wszystkim, bo żyjemy w erze bardzo dobrych seriali, w których możemy wybierać i przebierać. A "Detektyw", nawet pozbawiony magicznego posmaku, niewątpliwie wciąż należy do ścisłej czołówki.