Pazurkiem po ekranie #82: Ja, człowiek analogowy

"Humans" (Fot. Channel 4)

"Humans" (Fot. Channel 4)

Tego lata nie ma seriali, które co tydzień by nami wstrząsały, ale jednak nie brakuje porządnie zrobionej, inteligentnej rozrywki. Tak, tak, znów będzie o "Humans" i "Halt and Catch Fire". Spoilery, a jakże.

Ten tydzień sponsoruje fałszywy Elvis, nowa scena z Mulderem i Scully oraz ogólne pustki w newsach poczynione przez amerykański Dzień Niepodległości. Ja też świętowałam, burgerami się obżerałam, wino z Kalifornii piłam i nieufnie spoglądałam na tort w barwach flagi narodowej, na szczęście nie polskiej, bo gdyby ktoś zrobił coś takiego z polską flagą, byłaby afera. Amerykańską można zajadać się do woli, choć powiem Wam, że kilka kęsów w zupełności wystarczy, bo to przerażająco słodka rzecz. Cóż, widać tak się zdobywa świat za pomocą soft power - słodkościami i serialami.

W tych drugich znów porobiły mi się jakieś straszne zaległości - czeka na mnie i finał "Penny Dreadful", i kolejny "Mr. Robot", i "UnReal", i jakaś potężna dawka nowości, a tymczasem odcinki "Seinfelda" lecą jeden za drugim, zdumiewając mnie, że kiedyś były aż tak dobre komedie. Przypominam sobie właśnie 7. sezon i nie mogę wyjść z podziwu, że właściwie nie ma słabych odcinków. Najsłabszym odcinkiem "Seinfelda" jest chyba pilot. Cała reszta to magia, zwłaszcza w porównaniu z tym, co próbują nam dziś sprzedawać jako seriale komediowe.

Pytaliście mnie, czy zrecenzuję finał "Orphan Black"...

...więc w końcu go obejrzałam i doprawdy nie wiem, co tam jest do recenzowania. Moją uwagę przykuł co prawda seksowny zarost Patricka J. Adamsa, świetnie wygląda też nowe oko Rachel, a i sceny, w których pół tuzina Tatian Maslany spotyka się w jednym pomieszczeniu, nie przestają mnie bawić, ale na fabułę przestałam już całkiem zwracać uwagę.

To zwykła sieczka, banalna, niezbyt wciągająca, pozbawiona czegokolwiek, co by człowieka mogło zaciekawić. Wszyscy biegają w kółko, zmieniają sojusze jak szaleni, pojawiają się coraz to nowi bohaterowie i coraz więcej klonów, a zwroty akcji lepsze były kiedyś w "Muminkach". Z mocnego serialu, który mógł zagłębiać się coraz bardziej i bardziej w dylematy etyczne związane z szybkim rozwojem nauki, wyszła jakaś bezpłciowa sensacyjka w stylu "zabili go i uciekł". Wybaczcie, ja już jestem bliska poddania się.

Za to całkiem nieźle rozwija się "Humans"...

...które zaskakuje mnie tym, jak dużo można wycisnąć z pomysłu, by ludzie zrobili niewolników z androidów do złudzenia przypominających ich samych. Bardzo lubię takie seriale science fiction, które w zasadzie nie są do końca science fiction, są po prostu mrocznymi opowieściami o ludziach i szarych zakamarkach naszych umysłów. W 4. odcinku "Humans" wreszcie połączyły się ze sobą wszystkie główne wątki - Leo przyszedł do profesora i przy okazji dowiedzieliśmy się sporo o obu postaciach.

Humans-Leo

Ale rządziły znów dwie panie - Anita i Niska. Nie dość że Gemma Chan i Emily Berrington z odcinka na odcinek coraz bardziej mnie zaskakują aktorsko - choćby płynnością, z jaką przechodzą od bycia robotem do bycia prawie człowiekiem i z powrotem - to jeszcze obie postacie są, przy całej swojej schematyczności, po prostu wyraziste, charakterne i zadziorne. Każda na swój sposób.

Ale najlepsze w "Humans" są drobiazgi, te małe, a jednak koszmarne rzeczy, które pojawiają się niejako na marginesie. Jak sugestia, że lepiej nie bić Syntha, bo można stracić depozyt. Albo "facet analogowy" skarżący się, że nie ma szans w rywalizacji z cyfrowym. Albo klub - najwyraźniej działający zgodnie z prawem - w którym można okładać bezkarnie syntetycznych ludzi. Albo kobieta walcząca o prawa człowieka swojego Syntha. No i oczywiście adult mode, który można najzwyczajniej w świecie włączyć i wyłączyć... To wszystko są proste pomysły, na dodatek tym z Was, którzy widzieli szwedzki oryginał, pewnie nieźle znane, a jednak rzeczywiście mnie zachwycają i wydają się czymś szalenie świeżym.

"Humans" to co prawda nie nowe "Black Mirror" czy też "Utopia" - a przynajmniej jeszcze nie - niemniej jednak po czterech odcinkach można powiedzieć, że serial nie zawodzi. To kawał inteligentnej, dobrze zrobionej rozrywki, czyli coś, co tego lata występuje w przyrodzie rzadziej niż jednorożce.

Najlepszy odcinek w całym serialu...

...zaliczyło właśnie "Halt and Catch Fire". A jego głównym bohaterem był Joe McMillan, który odzyskał pazury i znów stał się tym manipulatorem doskonałym, którego kiedyś znaliśmy. Donna i Cameron kompletnie pogubiły się w jego gierkach, a on tymczasem na chłodno zabrał się za realizację szatańskiego planu, którego geniusz pojęliśmy dopiero w ostatniej scenie. Zaś dziewczyny z Mutiny zostały daleko, daleko w tyle, zajęte swoimi prywatnymi zmartwieniami i emocjami.

halt-and-catch-fire-10broad36_article_story_large

To prawda, że rewolucja internetowa, tysiąc twistów w czasie negocjacji, akcja nabierania Joego i wszystkie jego kolejne blefy były w tym odcinku najlepsze, ale i wątki osobiste wreszcie znalazły się w punkcie kulminacyjnym. Podczas gdy Donna podejmowała najtrudniejszą chyba decyzję w życiu, Gordon palił trawkę w Kalifornii i zwalał wszystkie problemy na głowę swojej dawnej sympatii. Z kolei Cameron niby wydaje się całkiem szczęśliwa z Tomem, ale tak naprawdę utkwiła pomiędzy dwoma facetami. Joe znów wiedzie prym, ale w tym sezonie nie ma nieciekawych postaci i źle napisanych wątków.

Wszystko pięknie płynie, stawki w grze są wyższe niż kiedykolwiek, a klimat nerdowskich lat 80. wciąż działa tak jak na początku. I gdyby tylko nie ta przerażająca oglądalność - 0,5 mln, czasem nawet mniej - byłabym przeszczęśliwa.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie, komentujcie i koniecznie zaglądajcie do nas na Twittera, bo to tam wszystko się zaczyna, kończy i pewnie też ma swój środek. Do następnego!

REKLAMA