"Detektyw" (2x08): To już koniec, czas się obudzić

"Detektyw" (Fot. HBO)

"Detektyw" (Fot. HBO)

W 2. sezonie "Detektyw" zamienił się w parodię samego siebie i tak już niestety zostało do samego końca. W finale nie zabrakło dobrych pomysłów, ale całość pogrążyły banały, fatalne dialogi, tandetne rozwiązania i niemiłosierne dłużyzny. Uwaga na bardzo duże spoilery - piszemy, komu udało się przetrwać, a kto poległ!

Hank Moody powiedział, że nie jest w stanie rozróżnić, czy to, co napisał, jest szczytem geniuszu, czy może totalnym szajsem. Granica, która dzieli jedno od drugiego, bywa czasem zaskakująco cienka. Wiedział o tym Tom Kapinos, twórca "Californication", z roku na rok coraz bardziej pogrążający swój serial, a teraz tę mądrość poznał na własnej skórze Nic Pizzolatto, scenarzysta "Detektywa". Ciekawa jestem, czy facet, który rok temu mnie zachwycił tym, jak zgrabnie przeniósł na telewizyjny ekran mroczną literaturę, pozbiera się po tym kuble zimnej wody, którzy amerykańscy krytycy wylali na niego w tym roku. Jeśli myślicie, że my na Serialowej krytykujemy "Detektywa", poczytajcie amerykańskie blogi (Gawker, The Wrap, HitFix, Vulture itd., itp.) i tweety tamtejszej widowni. To, co się w nich dzieje, to czyste szaleństwo.

Nie zazdroszczę panu Pizzolatto - do którego pisarskiego stylu mam i chyba już zawsze będę miała słabość - zwłaszcza że znów powróciły zarzuty o plagiat. W 2. sezonie twórcę "Detektywa" oskarżano o bezczelne zrzynanie z Jamesa Ellroya, autora "Tajemnic Los Angeles". Świat "prawdziwych detektywów" z Kalifornii ma bardzo, bardzo dużo wspólnego z tym ze słynnego kryminału w stylu noir - od klimatu aż po podobne postacie, wątki, drobne detale. Pod linkiem znajdziecie bardzo szczegółowy opis tych podobieństw, jest ich naprawdę dużo.

Ja wolę myśleć, że scenarzysta nie tyle z kogoś zrzyna, co inspiruje się i tych inspiracji nie ukrywa. Oba sezony "Detektywa" to postmodernistyczne dzieła, stworzone na bazie dobrze znanych motywów popkulturowych i literackich, ale opierające się przede wszystkim jednak na wartości dodanej, definiowanej w różny sposób. Problem polega na tym, że w tym sezonie to po prostu nie działało. Metafizyka i pseudofilozoficzne dyskusje na małym ekranie prezentowały się świeżo, tajemnice małego miasteczka pod Los Angeles wyglądały jak dziesiątki filmów, które już widzieliśmy.

I właśnie dlatego uważam, że pan Pizzolatto powinien przestać obrażać się na krytyków - zero wywiadów, w przeciwieństwie do dziesiątek wywiadów przed rokiem! - stanąć przed lustrem i przyznać się przed samym sobą, że tym razem nie wyszło. Po czym zrobić to, co robi większość producentów seriali - zatrudnić zespół scenarzystów. Skoro w przypadku "Mad Men" - którego twórca też miał bardzo wyraźną własną wizję i na dodatek jeszcze fioła na punkcie swojej osoby - to działało, będzie działać i tutaj. Hank Moody miał rację, czasem trudno rozróżnić, czy stworzyło się właśnie największy szajs na świecie, czy dzieło wybitne. I dlatego właśnie charyzmatyczni twórcy potrzebują współpracowników. Ludzi, którym ufają i którzy znają się na tyle, by rozróżnić, co wyszło, a co nie. Wierzę, że gdyby twórca "Detektywa" takich ludzi miał, 2. sezon mógłby być bardzo, bardzo dobry. Ta granica czasem naprawdę bywa cienka. Oby udało się za rok - bo tak, chcę zobaczyć kolejny sezon "Detektywa" i uważam, że nawet ten chaotyczny, ciągle schodzący na manowce 2. sezon coś w sobie miał.

Po tym przydługim wstępie, w którym zawarłam wszystko, co chciałam powiedzieć przez ostatnie tygodnie, kiedy to "Detektywem" zajmował się Mateusz, czas na finał. W "Omega Station" podobały mi się trzy rzeczy: fantastyczne zdjęcia i reżyseria, za którą odpowiadał John Crowley, świetne aktorstwo Colina Farrella, który dzięki występowi w serialu HBO rzeczywiście mnie do siebie przekonał, a także to, że zdecydowano się pozbawić życia niemal wszystkich bohaterów.

Tak sądziłam, że właśnie to się stanie, bo ani Frank, ani "prawdziwi detektywi" po prostu nie mieli pola manewru. Nie mogli wygrać z całym światem, mogli tylko uciec albo zginąć, walcząc po stronie dobra przez duże D. A ponieważ w poprzednim odcinku pętle na ich szyjach zaczęły się porządnie zaciskać, teraz mógł już tylko nastąpić marny koniec. Żadne inne zakończenie by nie pasowało. Opowieść o ludziach z piekła rodem rządzących małym kalifornijskim miasteczkiem nie miałaby żadnej siły rażenia, gdyby zakończenie było szczęśliwe. Możliwość była tylko jedna i dobrze, że Pizzolatto z niej skorzystał. Tak jak rok temu brak sensownego rozwiązania był jedynym sensownym rozwiązaniem, tak teraz bohaterowie musieli zapłacić najwyższą cenę za to, że próbowali odciąć głowę hydrze.

true-detective-finale-farrell-mcadams

Szkoda tylko, że praktycznie nic, co prowadziło do tego dramatycznego, mrocznego zakończenia nie miało sensu. Mogę zaakceptować to, że morderstwo Bena Caspere rozwiązano niejako od niechcenia i że było to rozwiązanie średnio satysfakcjonujące. Wciąż uważam, że teoria z Reddita z Burrisem jako mordercą miała więcej sensu, niż wyciągnięcie z kapelusza sprawy z 1992 roku i dwójki dzieciaków, którym odebrano w jednej chwili cały świat. Ale niech już będzie. Większy problem mam z tym, że w tym przerażająco długim finale - oglądałam go wczoraj cały dzień! - nielogiczność goniła nielogiczność, a po drodze zaliczyliśmy mnóstwo przerw na typowy dla tego sezonu bełkot, udający głębokie dialogi. Począwszy od rozmowy Ani i Raya w łóżku, a skończywszy na pustynnej męce Franka i jego pożegnaniu ze zjawą Jordan - praktycznie na wszystkie sceny wypełnione gadaniną patrzyło się źle.

Oczywiście, uśmiechnęłam się, kiedy serialowa małżonka oznajmiła Vince'owi Vaughnowi, że nie potrafi grać, albo kiedy Vince powiedział, że wszystko się kończy, czas się obudzić. Ale nie sądzę, by to, co w tym momencie wyglądało jak nagły napad autoironii, rzeczywiście nim było. Groteskowe, źle napisane dialogi, które Vaughn, Taylor Kitsch i inni aktorzy pięknie kładli na łopatki, to chyba najgorsza rzecz w 2. sezonie "Detektywa". Słowo daję, zawsze kiedy słyszałam, że ktoś "chce być dobrym człowiekiem", miałam ochotę rzucić czymś w ekran.

Ale finał - który zresztą był o wiele za długi, to spokojnie można było zmieścić w 50 minutach - zgrzeszył nie tylko fatalnymi dialogami. Ray Velcoro nie przeżył nie dlatego, że dał się ponieść emocjom i postanowił na koniec odwiedzić syna. Nie przeżył, bo potem zachowywał się jak skończony dureń. Powaga i łopatologia, z jaką pokazywano "prawdziwego detektywa" nagrywającego w środku ostatniej akcji monolog dla syna, a potem walczącego z aplikacją na smartfona zasięgiem, była absurdalna i tandetna do granic możliwości. A kiedy kamera postanowiła nas jeszcze na koniec uświadomić bez cienia wątpliwości, że Ray przegrał i z policją Vinci, i z nowymi technologiami, chcąc nie chcąc wybuchłam śmiechem. Nie tak widzowie powinni reagować na śmierć głównej postaci.

Podobnie było z pustynną wędrówką Franka ku przeznaczeniu. Przepięknie nakręcona scena mogłaby wypaść nieźle, gdyby ją skrócić i spuścić odrobinę powietrza. Niestety, walka o garnitur (tak, wiem, że były w nim diamenty, i mimo to wciąż jestem na "nie"), mara ojca, a potem jeszcze nieszczęsna Jordan w białej sukni dobiły i to. Absurdalnych pogadanek gangster nasłuchał się na koniec tyle, że nic dziwnego, iż wyszedł z siebie i padł obok.

O ile wyrżnięcie większości głównych bohaterów miało sens (sam akt, nie byle jaki sposób, w jaki go dokonano), Ani i Jordan, wędrujące przez Amerykę Łacińską w wielkich kapeluszach z kolejnym dzieckiem Raya na rękach, okazały się tylko kolejną cegiełką dołożoną do ogólnej groteski. Typowy popkulturowy banał w przebraniu, podany w tak śmiertelnie poważny sposób, że znów trudno było się nie roześmiać.

ep16-ss03-1920

A najgorsze było to, że choć śmierć ścieliła się w ostatnich dwóch odcinkach drugiej odsłony "Detektywa" gęsto, nie było w tym żadnych emocji. Nic Pizzolatto zaniedbał intrygę kryminalną - co zresztą zawsze robił i w zasadzie nie mam do niego o to pretensji - by skupić się na postaciach. I tutaj też zawiódł, raczej wszystkich zarysowując, niż tworząc porządne, pełne portrety psychologiczne trójki steranych życiem policjantów i jednego "dobrego" gangstera z trudną przeszłością. W żadnym z tych czterech przypadków nie udało się wyjść poza stereotyp, tylko Colin Farrell i Rachel McAdams swoich postaci nie położyli całkiem. Mimo że ta druga miała naprawdę źle napisaną postać do zagrania.

Było w tym "Detektywie" sporo rzeczy, które mi się rzeczywiście podobały. Mroczny obraz małomiasteczkowej polityki zarysowano z przerażającą precyzją. Vinci okazało się prawdziwym przedsionkiem piekła, rządzonym przez degeneratów, którzy dla władzy zrobią absolutnie wszystko. Gwałty, morderstwa, handel ludźmi, nawet ojcobójstwo - ci ludzie nie znają żadnych granic. A wszystko po to, by pić się, bawić, mieszkać w pałacach i mieć w nosie prawo. Bo królów życia prawo nie dotyczy. Nicowi Pizzolatto udało się tutaj zawrzeć sporo uniwersalnej prawdy o polityce lokalnej, choć nie ulega wątpliwości, że obraz, który stworzył, jest zdrowo przerysowany.

Ciężka atmosfera, grobowy ton nadawany przez utwory Lery Lynn, parę niezłych referencji popkulturowych, świetne zdjęcia w finale, wyśmienity Colin Farrell z wąsami - to wszystko będę dobrze wspominać. Ale niestety jest też druga strona medalu: chaotyczna fabuła pełna ogromnych dziur, okropne dialogi, drętwe aktorstwo, przestylizowane sceny, które miały tworzyć klimat. To wszystko sprawiło, że "Detektywa" w tym roku oglądało się jak parodię kina noir.

Być może kiedy Nic Pizzolatto to pisał, wydawało mu się, że jest świetnie. Być może gdyby 2. sezon "Detektywa" był książką, a nie serialem, miałby w sobie to coś. Wyszło jak wyszło. A jednocześnie nie mam wątpliwości, że 3. sezon powstanie, bo chce tego HBO. Paradoksem jest, że choć większość widzów wieszała na "Detektywie" psy, mało kto z niego zrezygnował. Wskaźniki oglądalności są zaskakująco dobre. Nie ma powodu, by tego nie kontynuować.

Miejmy tylko nadzieję, że ktoś z HBO porozmawia szczerze z twórcą "Detektywa" i doradzi mu to, co radzą mu teraz wszyscy krytycy: aby następny sezon pisał razem z zespołem scenarzystów. Z ludźmi, którzy mają większe doświadczenie w pisaniu scenariuszy i którzy będą mieć jaja, aby powiedzieć szefowi, co należy poprawić. Jestem przekonana, że gdyby taki zespół - a nie jeden człowiek z laptopem, udający, że pisze powieść - tworzył 2. sezon "Detektywa", rezultat byłby zupełnie inny. I liczę na to, że za rok znów się uda napisać sezon, który sprawi, że znów kapcie nam pospadają.

A tymczasem wypada chyba tylko zaintonować wzorem kibiców polskiej reprezentacji w piłce nożnej: "Nic się nie stało...".

  • Ktosia

    Wedlug mnie to nie Vince był problemem a materiał ktory mial uratowac. Patos, przerysowanie i przydlugie, chwilami nudne dialogi - to sie nie mogło udać. Po pierwszych odcinkach mialam problem z aktorstwem Vince'a, ale sceny w których działa a nie mówi wyszly mu calkiem nieźle. Troche za to zaczela mnie drażnić McAdams z jej jedną miną (wieczmie zaciśnięte usta). Sam final nie byl zły ale pokazal jak wiele watkow i postaci było niepotrzebnych. W przeciwieństwie do wiekszosci czytelnikow serialowej mnie pierwszy sezon TD nie zachwycil wiec nie miałam specjalnych oczekiwan wzgledem 2 sezonu. Teraz mam tylko nadzieję że trzecia seria bedzie bardziej przemyślana i lepsza.

    • PrincessLeia

      Vince daje radę do momentu, kiedy ma się odezwać. Niestety barwa głosu dyskredytuje go na całej linii.

  • Avenien

    Ojj a mi się właśnie podobała ostatnia scena Franka :)

  • B

    Nie da się czytać tej recenzji, tragedia. Polecam maść na ból dupy.

    • Marta

      A ja polecam spróbować zdrowego, krytycznego myślenia. Coś jeszcze możemy sobie nawzajem polecić?

      • Magda

        O, to chyba pan Pizzolatto sam się w końcu objawił i poleca ową maść :D

        • Przemek

          No właśnie tęz miałem to napisać, Pani Marta pisze o panu Pizzolatto że nie umie przyjąć krytyki, a tu też widać to samo. no coż . Zacytuje w tym momencie Św. Mateusza: "Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?"

          • Luc

            Nie ma to jak rzucić biblią w najmniej oczekiwanym momencie :)

          • PrincessLeia

            Może nie tyle, że nie umie przyjąć krytyki a po prostu nie umie przyjąć chamstwa? O ile z recenzją można się nie zgadzać, to polecanie maści tego rodzaju jest żenadą.

    • Marcel

      Dokładnie bełkot jakiegoś debila krytyka nie podobało się nie oglądaj boże co za zjeb

  • Key

    Yyyy, a co ma bycie detektywem do braku zasiegu przez co nie wyslala sie wiadomosc do syna? Gratuluje smiechu w tym momencie. Klasa :)

    • Marta

      To, że to było tandetne rozwiązanie. Najtańszy możliwy pomysł na wywołanie u widza emocji. Jak na to reagować, jeśli nie śmiechem?

      • Key

        Tyle, ze chodzi o blad logiczny, pisze Pani ze chlop walczyl z aplikacja i takie to bylo smieszne, tyle ze on z nia nie walczyl, on nie mial zasiegu w lesie. Czy banalne? Troche tak, choc inna sprtawa ze sa seriale ktorych cale sezony sa bardziej banalne niz ta scena a na serialowej sa wychwalane. Najlepszy przyklad: Transparent. Generalnie sie zgadzam, to byl slabszy sezon a ostatni odcinek byl jednym z najslabszych w tym slabszym sezonie, ale bez przesady, nie trzeba popadac od razu w skrajnosci, zeby "przesmiewczym" tonem, probowac wmowic komus swoje racje. btw. akurat scena smierci Franka byla jedna z lepszych w tym odcinku i btw2. McAdams zjadla wszystkich facetow w tym sezonie razem wzietych.

  • Przemek

    Jestem dość wybredny w serialach, mam swój styl, ale 2 sezon Detektywa podobał mi sie w pewnym aspektach bardziej niż 1 sezon, nie był idealny lecz nie rozumiem czemu ludzie tak krytykują ten sezon. Było w tym sezonie jakieś przesłanie i to wyszło, może nie tak jak powinno być ale też nie najgorzej.
    Prawie żaden serial nie miał 2 sezonów na tym samym poziomie, no ale cóż, jeżeli się krytykom nie podoba, to znaczy że serial nie jest dobry.
    Pozdrawiam

    • Luc

      Ludzie już nie krytykują. Na świecie ludzie wręcz wyśmiewają ten serial. Nawet krytycy, którzy potrafią dostrzec pozytywne aspekty mówią z całą stanowczością, że ten sezon był po prostu zły.
      Słyszałem opinię, że poprzeczka dla drugich sezonów innych seriali np. "Fargo" czy "Leftovers" została tak obniżona, że nawet jak będą tylko przeciętne to i tak będą arcydziełami w porównaniu z drugim sezonem "Detektywa".

      • Marta

        Pierwszy odcinek nowego sezonu "Fargo" był prezentowany podczas TCA Press Tour. Ponoć jest nieźle.

    • lester

      też nie rozumiem tej ogólnej krytyki 2-giego sezonu Detective'a. To, że wszyscy myśleli, że będzie w klimacie 1-wszego sezonu to już nie jest problem scenarzystów, tylko widzów. Jakby wystartował nowy serial, gdzie to byłby pierwszy sezon to recenzje byłby znacznie lepsze. Wg mnie 2 sezon jest gorszy od 1-wszego, ale i tak lepszy od ponad połowy seriali które aktualnie lecą w TV. Mi się serial podobał, klimat noir i muzyka Lery Lynn był zajebisty. Przyznam, że scena Vince'a z żoną na stacji kolejowej była bardzo słabo zagrana aktorsko, ale Vince ogólnie jako postać mi się podobała i fajnie to zagrał. Jedyna postać która nie miała za dużo sensu to rzeczywiście Woodrugh. Poza tym intryga była dużo głębsza niż w 1 sezonie. Nikt nie pamięta już narzekań, że cały ten morderca w 1 sezonie był jednym wielkim rozczarowaniem i raptem bylo go widać tylko przez 1 może 1,5 odcinka ? :) A cała historia z yellow king, nie miała żadnego głębszego dnia? Rozumiem pewne rozczarowania, ale wg mnie jeżeli dajemy 1 sezonowi maxa 10/10 to 2 sezon zasłużył na solidną 7-mkę, coś na poziomie the killing. Znalazłem nawet teksty że finał groszy niż finał dextera, żałosna się robi ta spirala hejtu kiedy całkowicie odrywa się od rzeczywistości :) Sezon bardzo ładnie się zamknął wyjaśniając wszystkie wątki i pokazując że nie ma za dużo słodzenia in real life

  • akra

    Zgadzam się z każdym słowem tej recenzji.

  • Norbert

    2 sezon pod względem klimatu, dlużyzn, dialogów, patosu na granicy banalu byl dokładnie takie sam jak pierwszy, dziwi mnie więc fakt, że 1 jest na serialowej uwielbiany a 2 krytykowany i wywoluje salwy śmiechu. Nie widzę w serialu podstaw do takiego jego odbioru jak prezentowany w recenzji, może kwestia tego, że zabrakło odpowiedniego odbioru dzieła i zaakceptowania jego takim jaki jest (jaki był tez 1 sezon) a nie zastanawiania sie jaki mógłby być. I to mnie właśnie najbardziej kuje w recenzji(ach), że wymieniany wady można byłoby spokojnie przełożyć na poprzedni sezon. Detektyw jako seria taki właśnie jest - z patosem, z klimatem noire, z dłużyznami i okropbie poważnymi dialogami - i właśnie za to trzeba go albo kochać albo nienawidzić, ale w całości a nie z podziałem na sezony, bo tu poza zmianami z oniryzmu na industrializm, nic się nie zmienia.

    Jak dla mnie tak samo dobry jak sezon 1, a finał bardziej mnie poruszył niż w 1 sezonie. Wydaje mi sie, że z biegiem czasu i 2 sezon zostanie odpowiednio doceniony.

    • Luc

      AMEN!!! Przyznaję, że ostatnich trzech odcinków sezonu drugiego nie widziałem, ale przysłuchiwałem się recenzjom płynącym ze świata.

      Natomiast widziałem na tyle, żeby wyrobić sobie podobną opinię. Od samego początku sezonu powtarzam, że obie odsłony "Detektywa" mają ze sobą więcej wspólnego niż się od siebie różnią.
      Pod względem scenariusza, sezon pierwszy był równie niedorzeczny.
      Pseudointelektualne rozmowy i filozoficzne złote myśli? - BYŁY
      Ślimacze tempo nie służące wydobyciu zupełnie żadnej psychologicznej głębi - BYŁO
      Sprawa, która miała tyle odnóg i bohaterów, że nikt przy zdrowych zmysłach (czyli nie zaglądający co chwilę na stronę IMBD) nie mógł się połapać w nazwiskach i kto jest kim. - BYŁO
      Zupełnie niepotrzebne transcendentalne wstawki jak np. zdolność Cole'a do tripu bez narkotyków - BYŁY
      Totalnie kiczowate zakończenie, w którym chodziło o "męską przyjaźń" i religijne oświecenie - BYŁO

      Jak dla mnie oba sezony są słabe. Drugi jest słabszy dlatego, że zamiast dwóch bohaterów było czterech no i tak samo pomnożono ilość pobocznych wątków, które już w jedynce rozłaziły się na boki, zupełnie niczemu nie służąc.

      Wciąż nie mogę zrozumieć Marty w kwestii:

      "... zgrabnie przeniósł na telewizyjny ekran mroczną literaturę". Jaką literaturę? Literalne odniesienie do "Króla w żółci" to chyba jedyny odnośnik literacki. No chyba, że Marcie chodzi o styl mówienia bohaterów, którzy to mówią tak, jak nikt nie mówi. Skoro Martę śmieszą "złote myśli" sezonu drugiego, to niczym one się nie różnią od złotych myśli z poprzedniego sezonu. Tam Pizzolato po prostu przepisał kilka idei filozoficznych i w łożył Cole'owi w usta.

      Dlatego tak, "Detektyw 2" był słabszy. Jedynkę na zasadzie ciekawości kuriozum zdołałem obejrzeć do końca. Tutaj odpadłem w połowie, bo ten serial jest po prostu nieoglądalny. Nie daje mi żadnej satysfakcji w śledzeniu swojej fabuły. To jest katorga, a nie rozrywka. A filmy i seriale to jest właśnie rozrywka. Owszem czasami taka, która nami wstrząsa, przygnębia, skłania do refleksji. Ale wciąż tylko rozrywka. To jest "sztuczne" przeżywanie emocji, których nie przeżywamy w takiej intensywności w prawdziwym życiu. W "Detektywie" nie ma życia i emocji. Jest nuda, dłużyzna, a emocje są takie, że gówno mnie obchodzą.

      • nodja

        Zgadzam się, że bohaterowie w obu seriach mieli w usta wkładane kwestie jakby pisał je Paulo Coelho, ale 1 sezon i tak mi się podobał, chociaż postacie kobiece były beznadziejne, a uwielbiam w serialach wyraziste postaci. I nie chodzi mi o to, żeby musiały być nie wiadomo jak silne i się z tym ciągle obnosić (jak Ani) tylko CHARAKTERYSTYCZNE, po prostu coś w sobie mieć... Tutaj tego nie było, mimo że postać graną przez Rachel M polubiłam. To samo Farrell który w filmach wypada słabo, a tutaj pokazał klasę, grał rewelacyjnie moim zdaniem, brawa. Nie wiem tylko czemu tak się dzieje? :D Reszta bohaterów w sumie była mi do końca obojętna.
        Co do zakończenia to szczerze mi się troszeczkę oczy zaszkliły w ostatnim odcinku, także lekki smuteczek miałam i ogólnie jakieś emocje ze mnie wycisnął finał, ale dupy nie urywał. Cały sezon takie 6,5/10. Pierwszy niewiele lepszy, bo pomijając rewelacyjną grę aktorską nie różnią się aż tak bardzo. Ogólnie - lubię tą serię, ale tak ''bez przesadyzmu'' ;)

        • 66

          xDDD

          zapiszcie sie na jakis wstep do filozofii albo angielska literature xix-xx wieczna to wam wytlumacza o co chodzi z tym "belkotem filozoficznym paulo coehlo"

          • Luc

            Może Ty nas oświeć o co Tobie chodzi bo zupełnie nie zrozumiałem.
            Mi chodzi często o sam fakt tak pretensjonalnego sięgania po górnolotne idee i dialogi.
            Chodzi o to, że Pizzoalto pisze jak jakiś studencik, który po raz pierwszy zetknął się z literaturą, filozofią, psychologią (na poważnie) i jest tak podjarany, że uważa że posiadł tajemną wiedzę niedostępną dla innych. I że jest tak obcykany, elokwentny i generalnie... prorok.
            Tymczasem trochę to wygląda tak jakby koleś zbyt dużo czasu spędził szukając fajnie brzmiących cytatów w Wikipedii.

  • laptop

    Słyszałem, że w III sezonie główną postacią będzie ojciec Mateusz.

    • nodja

      Szykuje się hit.

      • Luc

        Tak. Pizzolato wyszuka w Wikipedii wszystko na temat pedofilii i "Boskiej komedii" Dantego i skleci jakąś pasjonująco głęboką historię o księdzu detektywie walczącym ze swoimi ciągotami i rozwiązującym zawiłą sprawę morderstw, które są niczym wędrówka przez zaświaty.

        • PrincessLeia

          Jeszcze musi być dramat związany z utraconym bądź dopiero traconym dzieckiem. Ten wątek też musi być stały.

  • TrueAnonim

    A ja nie wiem, co spowodowało te niepowodzenie. Prawie od początku ogladało się jak pastisz kina noir. A taki angielski The Shadow Line, wypełniony jak się da charakterystycznymi motywami takiego kina, ba, nawet chyba jeszcze bardziej wyestetyzowany a ogląda się świetnie i jest bardzo dobrym serialem. Jakoś żle skleił ten scenariusz Pizzolatto. W najlepszych filmach tego gatunku wystepują np. sceny "filozujących" detektywów i badguy-ów na podobnym poziomie i pasują.Tu nie. Może w złych momentach, może zbyt dużo, może...

  • Mila

    Ja poległam w drugim odcinku...
    Colin dawał rade, tez sie do niego przekonałam. Ale cala reszta byla przekombinowana. Może nie obejrzałam za wiele, ale wystarczająco, by nie mieć chęci wracać do tego sezonu.

  • Lol

    Pani Marta obnazona

  • piotrr

    Drugi sezon to po prostu gniot. Przestałem go oglądać po kilku odcinkach. Wg mnie w recenzji bardzo trafnie podsumowano ten serial. Zabawny był jedynie przedostatni akapit odnośnie zespołu scenarzystów - pamiętam, że po pierwszym sezonie wskazywano tutaj na plus to, że cały sezon od początku do końca został napisany przez jedną osobę. Jak widać i jak się przekonaliśmy, to wcale nie jest taki plus :-)

  • marcel

    Według mnie recenzja to jakiś bełkot lamusa :) Sami krytycy zagrajcie to lepiej jak tak się znacie na aktorstwie tylko każdy ocenia itd głównie przez pryzmat 1 sezonu a to są 2 zupełnie różne seriale 1 i 2 gdyby nie powstał sezon 1 idę o zakład że ten był by chwalony

  • Ann

    moim zdaniem jedyną wadą tego serialu były dialogi, które były tak gigantycznmi skrótami myślowymi, że ocierały sie wręcz o cohelowskie złote myśli, o ile nie nawet tej granicy nie przekroczyly. niestety, czasami wraz z celowymi bricolagem znanych motywów i użyciem lynchowskiej ascetycznej metaforyki, Detektyw przypomniał czasem parodię. Jednak.. Mimo wszystko, klimat, zdjęcia, aktorzy, mało narracyjna fabuła, ta cała siec mikrowątków i przegląd postaci tworzyło spójną całość akcji i rekacji, w której nie ma miejsca na błędy.. będę bronić koncepcji, którza moim zdaniem była genialna, i podczas oglądania widz sam mógł się poczuć przytłoczony tą bezsensowną siecią utkaną przez skorumpowany świat, w któym nie ma mmiejsca na boahterów.. Przyznaję, że sama się czasem gubiłam w wątkach, ale yo ona włąsnie oddają ten ciężar, pod ktrym znalezli się bohaterowie. Moim zdaniem serial bardzo przyzwoity, bardzo mroczny, bardzo skondensowany a zarazem rozwleczony.. Po końcu, genialnym zestawieniu smierci Franka na pustyni, EReya pod ogromnną sekwoją i Ani w pełnym morzu.. piękna paraela. Nie pamiętam już tych okropnych dialogów, ale końcówkę na długo zapamiętam.

  • jurek71

    cały czas "kopałem" Martę za jej - przesadną moim zdaniem - niechęć do drugiego Detektywa i dalej uważam, że był to niezły serial; nie nalezy w nim doszukiwać się żadnej wielkiej ideologii czy głębokiego przesłania; przesłanie dla mnie jest jedno - politycy to złodzieje, mordercy i łajdacy; ale o tym wiem już od dawna; serial mógł rozczarować bo został wepchnięty w jakiś dziwny trend nadawania kolejnych numerów zupełnie innym opowieściom; nie wiem czemu to ma służyć; idąc tym tropem można np. nazwać Janosika Jako Stawka większ niż życie II; tylko po co; teraz podobno będzie Fargo II z zupełnie inną opowieścią; po co? zabrakło pomysłów na oryginalny tytuł, a ktoś oczekuje oryginalnego serialu

  • gold jak złoto

    True Detective season 2
    fatalne aktorstwo położy każdy serial czy film choć nie da się ukryć że nawet mistrzowie w tym fachu raczej nie udźwignęli by banałów/frazesów jakie napisał Pizzolatto :)
    Ostatni odcinek to była jedna wielka farsa i nawet dający radę Colin Farell wyłożył się koncertowo ale co miał biedak zrobić? Nic tylko wsiąść we własny samochód kiedy jest się poszukiwanym przez wszystkich i oczywiście pojechać zobaczyć ostatni raz syna a kiedy już się zostało odkrytym to oczywiście uciekać w góry! Tak, tam na pewno będzie zasięg
    LTE i ostatnia wiadomość dotrze do syna ;D
    Szkoda że autor scenariusza nie powiedział że napisał/robi farsę, takich detektywów w krzywym zwierciadle, myślę że wtedy wszyscy byli by pod wrażeniem ;)

  • Jacob

    Cytat:"Liczba i poziom negatywnych recenzji „True Detective 2” może szokować. Amerykański internet nie zostawił wręcz suchej nitki na twórcach i odtwórcach drugiego sezonu głośnego serialu. Pisali, że Pizzolatto nie umie opowiadać historii, a Farrell, McAdams i Vaughn nie potrafią grać.
    W mojej ocenie drugi sezon „True Detective” był dziełem bardzo dobrym. Nie wybitnym, jak pierwsza odsłona Detektywa, ale kawałem świetnej telewizji – takiej, na jaką wszyscy czekamy.
    Jaki powinien być dziś wyznacznik oceny dobrego, artystycznego dzieła? Dziś, gdy naprawdę można odnieść wrażenie, że wszystko już napisano, wszystko zagrano, wszystko zaśpiewano i nagrano? To, że za pośrednictwem kolażu, zbitek form i odniesień do przeszłości i dokonań artystycznych poprzedników tworzy się nową jakość. I to, że to, co z tego wychodzi, można analizować i interpretować na wiele sposobów. I to, że nie ma jednej wspólnej odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące dzieła.
    To zostało zdefiniowane dawno temu. Już w latach 60 ubiegłego wieku ówcześni filozofowie i obserwatorzy sztuki mówili o okresie „wyczerpania” – pisano o śmierci autora, by jednocześnie nazywać dzieła sztuki swoistymi „perpetuum mobile”, które napędzane są interpretacjami, odczuciami każdego, kto z nimi obcuje.
    Dziś mamy jeszcze inną sytuację.

    Przesyt wszechobecnym kulturowym chłamem jest tak wielki, że wydobycie z niego perełek jest nie tyle trudne, co czasami po prostu niemożliwe. I odnoszę wrażenie, że wielu z tych, którzy przejechali się po drugim sezonie „True Detective” nie chcieli lub może nie znaleźli na tyle determinacji, by wydobyć z niego to, co w nim naprawdę unikatowe. Chłam ocenia się szybko, bez większego zastanowienia i wgłębienia się w dzieło, bo po prostu nic tam nie ma oprócz rzeczy walących odbiorcę w pysk, by koniecznie zauważył. A „True Detective 2” trzeba odkrywać.
    Zauważyliście na przykład, że czołówka serialu, ta z piosenką Leonarda Cohena, zmieniała się w każdym z 8 odcinków? Nie tylko pod względem wizualnym prezentując bardzo ważne dla fabuły i interpretacji wydarzeń kadry, ale także tekstem piosenki?
    Dostrzegliście bezpośrednie odniesienia do wybitnych twórców kina noir w kilku miejscach? Dostrzegliście hołd złożony Davidowi Lynchowi? Bezpośrednie odniesienia do jego genialnego filmu „Mulholland Drive”?
    Zauważyliście aluzje do realnego, brutalnego świata Ameryki – bezwzględnej korporacji Blackwater, Vernon – miasta przy Los Angeles, budowy kalifornijskiej kolei?
    No właśnie.

    Jednym z najczęściej pojawiających się zarzutów w kontekście „True Detective 2” był ten związany z fabułą serialu – że niezrozumiała, że brak w niej logicznych wydarzeń przyczynowo-skutkowych. A ja myślę, że to było właśnie bardzo naturalistyczne przedstawienie pracy detektywów – pełnej niewiedzy, szczątkowego rozumienia rzeczywistości, zależności od układów zewnętrznych i wewnętrznych. Nie każda opowieść kryminalna musi mieć postaci typu Sherlock Holmes, czy nawet Kurta Wallendera, którym wszystko się udaje, wszystko w mig odkrywają swoim szóstym zmysłem, a wydarzenia wokół nich zawsze są na ich korzyść.
    Serial zmiażdżono też za kreacje postaci, tymczasem ja widziałem tam wiele naprawdę doskonale napisanych ról, u których przewijał się wspólny motyw niezwykle skomplikowanych relacji z rodzicami.
    „True Detective 2” padł ofiarą swojego wybitnego poprzednika.

    Można było to zresztą przewidzieć, bo pierwszy sezon serialu ni stąd ni zowąd stał się sztandarem nowoczesnej telewizji i wiadomo było, że następca będzie porównywany w każdym najmniejszym aspekcie. A tymczasem Nick Pizzolatto stworzył dzieło zupełnie inne od wielkiego poprzednika.
    I wielka chwała mu za to, bo to było trudniejsze i bardziej karkołomne zadanie. Gdyby stworzył kopię pierwszego sezonu Detektywa, to pewnie doczekałby się zewsząd pochwał. Cieszy mnie jednak to, że wybrał zupełnie inne rozwiązanie. Nie dość, że stworzył niezwykle intrygującą, nową kreację, to jeszcze otworzył sobie drzwi do kolejnych sezonów świetnej serii, w której będzie mógł zrobić to samo.
    Krzykacze, którzy dziś gremialnie biją w „True Detective 2” pewnie za chwilę umilkną. Tym, którzy poczuli się przez nich nieco zbici z tropu polecam wrócić do drugiego sezonu Detektywa za jakieś pół roku.
    Dostrzeżecie jak bardzo dobre to dzieło sztuki" telewizyjnej.
    PS. Podpisuję się pod powyższym
    http://www.spidersweb.pl/2015/08/true-detective-2-negatywne-recenzje.html

  • PrincessLeia

    Najbardziej szkoda było mi tego dziecka. Debilni rodzice kłócili się o to, kto je bardziej kocha i komu należy się z nim więcej czasu a nikt nawet przez chwilę nie pomyślał, żeby o to dziecko faktycznie zadbać. Otyły chłopiec siedzi z ojcem przed tv i wcina pizzę popijając colą. Zabolało mnie to jakoś.

  • Mała Mi

    Uważam,że finał był bardzo słaby, przepełniony złym aktorstwem, jeszcze gorszymi dialogami i scenami, które nie prowadziły donikąd.

    Sceny śmierci Ray'a i Franka zamiast zszokować czy zasmucić mnie rozbawiły.

    Dobiła mnie ostatecznie Ani w końcowej scenie przyglądająca się figurce Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Czyżby syn Velcoro został zbawcą złej, prowincjonalnej Ameryki ?

    Generalnie słaby sezon, słabi aktorzy, dialogi rodem z tasiemca ( między Frankiem a Jordan ),ciężarne kobiety płaczące w momencie w którym ojcowie ich dzieci umierali. Do tego irytujące ujęcia na twarz, pozbawione znaczenia pauzy i wrażenie,że ta historia donikąd nie prowadzi. Dodajmy sceny strzelanin rodem z kina klasy D i z artystycznego w zamierzeniu serialu mamy kicz.

    Reasumując : dawno nie widziałam czegoś równie złego, ale naprawdę fajnie,że komuś się podobało. Ja niestety przemęczyłam się cały sezon.