"The Muppets" (1x01): Perwersyjne pluszaki

"The Muppets" (Fot. ABC)

"The Muppets" (Fot. ABC)

Uff, wreszcie nowy serial, który budzi jakieś emocje! Prawicowe organizacje rodziców przeciwko dorosłej wersji "Muppetów" protestują, oglądalność dopisuje, a nam pozostaje się cieszyć, że pilot udał się równie dobrze co letnia kampania promocyjna.

"The Muppets" to jedna z tych serialowych nowości, na które bardzo czekałam i o które bardzo się obawiałam. Wiele tu mogło pójść nie tak: sam serial mógł okazać się nieśmieszny i wymuszony, publika mogła wybrać w tym czasie co innego - w końcu muppetom przyszło walczyć z "Agentami NCIS", dziewuchami ze "Scream Queens" i na dokładkę jeszcze z mającym znakomitą oglądalność "The Voice". To, że udało się zanotować drugi najlepszy wynik wieczoru, jest dla mnie niesamowitym zaskoczeniem. Widać znakomita kampania promocyjna w social media jednak coś dała. Widzowie, którzy w dzieciństwie oglądali Kermita i Piggy w telewizji, ponownie włączyli odbiorniki, by zobaczyć, jak to jest, kiedy pokazuje się te same postacie z dorosłej perspektywy.

A jest całkiem, całkiem. Być może żarty mogłyby być lepsze, być może pilot mógłby być bardziej "o czymś", ale koniec końców to bez znaczenia. "The Muppets" wygrywa już samym konceptem - to zaiste był szatańsko genialny pomysł, pokazać tych bohaterów od tej strony. Wyciągnąć na wierzch kulisy, brudne gierki, intrygi, emocje, frustracje - i na dodatek jeszcze zburzyć czwartą ścianę.

Kiedy Kermit na samym początku zwrócił się prosto do kamery i oznajmił, że niełatwo być producentem programu prowadzonego przez swoją byłą, poczułam się jakby wróciły jakieś "stare dobre czasy". Przy czym sama nie wiem jakie - nowe "The Muppets" w moim przypadku nasuwa raczej skojarzenie z "30 Rock", "The Office" albo "Parks and Recreation" niż z produkcją dla dzieci, na której się nie wychowałam, bo na początku lat 90. polska telewizja karmiła nas innymi bajkami.

Dla Amerykanów "The Muppet Show" to produkcja kultowa. Świętość wręcz, jeśli spojrzeć na absurdalne protesty organizacji konserwatywnych rodziców, którzy ostrzegają, żeby dzieci nie oglądały takich perwersji, jak randki misia Fozziego. Zwłaszcza że może się pojawić jakieś straszne słowo - np. "gestykulować" - i co wtedy? A już myśl, że dwójka muppetów mogłaby uprawiać seks, jest po prostu odrażająca. Żarty żartami, ale te protesty to poważna sprawa, bo widać, jakie serial budzi emocje.

I choćby dlatego uważam, że Bill Prady i spółka mieli genialny pomysł. Tak genialny, że nie będę się czepiać wykonania, żartów, które trafiły w próżnię, czy braku jakiejś myśli przewodniej w tym pilocie. Pierwszy odcinek nie traktował "o czymś", był tylko dość długim wprowadzeniem do tego, co już wiemy. Czyli: świnka Piggy prowadzi talk show "Up Late with Miss Piggy", Kermit jest producentem, a ponieważ parę miesięcy temu ta para ze sobą zerwała, za kulisami idzie zwariować. Nawet Elizabeth Banks, choć niczym nie zawiniła, wciągnięta została w muppetową wojnę podjazdową.

Piggy nie ma dla swojego byłego litości, ale w zasadzie trudno jej się dziwić. Jak na typowego faceta przystało, Kermit, ledwie się rozstał ze swoją wieloletnią ukochaną, zaczął oglądać się za innymi. Na dodatek jego nową dziewczyną też jest świnka - ktoś tu wyraźnie ma typ (co zresztą sam zainteresowany przyznaje). Porzucona Piggy będzie chciała się odegrać - jej nowy chłopak pojawi się już w kolejnym odcinku i nie będzie żabą, tylko przystojnym celebrytą, więc na pewno czeka nas wiele dramatycznych kłótni. A Kermit jeszcze nieraz będzie zmuszony zainterweniować u samego stwórcy, żeby coś zrobił z tymi słabo pachnącymi bzami.

Nie wiem, jak to wypadnie w dalszej perspektywie, ale po tym pilocie kupuję "The Muppets" z całym dobrodziejstwem inwentarza. To fajny, inteligentny serial, który pokazuje, że czasem postawienie całego świata na głowie się opłaci. Serialowe muppety z 2015 roku to ludzie tacy jak my, z całym tym zestawem neurotycznych zachowań, które znamy tak z popkultury, jak i z autopsji. Dokładnie tak jak my, te pluszaki chodzą do pracy, piją za dużo kawy, zakochują się, randkują, zrywają ze sobą, przeżywają wzloty i upadki. Nic nowego pod słońcem - a jednak wypada to niesamowicie świeżo, kiedy do tego zwykłego ludzkiego świata wrzuci się bohaterów, których nie spodziewaliśmy się w nim zastać.

A na dodatek formuła udawanego dokumentu, która po zakończeniu "Parks and Recreation" wydawała się już powoli umierać, pasuje tu świetnie. Momenty, kiedy muppety mówią wprost do nas - bądź tylko rzucają znaczące spojrzenia - są w tym pilocie najlepsze. Billowi Prady'emu udało się zatrzeć granicę pomiędzy światem naszym a tym znanym z kultowego programu dla dzieci. "The Muppets" zaskakuje nie tylko niezłym poziomem gagów, ale też naturalnością i swobodą, z jaką to wszystko zbudowano.

Okazuje się, że kiedy typowe ludzkie problemy mają bohaterowie pokryci futerkiem, można odnaleźć lekkość, wdzięk i świeżość w zupełnie zwyczajnych historiach "z życia wziętych". Zdecydowanie te perwersje kupuję i czekam na więcej.