Pazurkiem po ekranie #94: Jesienne smęcenie

"Homeland" (Fot. Showtime)

"Homeland" (Fot. Showtime)

Od "Homeland" i "The Affair", poprzez "Pozostawionych", aż po "Żonę idealną" - serialowa jesień wreszcie zaczyna nabierać jakiegoś sensownego kształtu. I choć niektóre rzeczy trudno będzie wyrzucić z pamięci, ten tydzień należy zaliczyć do udanych. Uwaga na spoilery!

Pierwsza niedziela października przyniosła aż cztery powroty, które w najgorszym razie można nazwać niezłymi, a w najlepszym znakomitymi. Po pierwsze "Pozostawieni". Jak w poprzednim sezonie specjalnie mnie nie zachwycali, tak teraz wreszcie kupuję wszystko, począwszy od czołówki, która jest najlepszym dowodem na to, że twórcy wreszcie postanowili spuścić trochę powietrza, a skończywszy na nowych bohaterach, od pierwszej chwili znacznie bardziej intrygujących niż większość mieszkańców Mapleton. A przede wszystkim - wreszcie jest rzeczywiście dziwnie. W 1. sezonie napady dziwności zdarzały się może parę razy na odcinek, a może raz na parę odcinków, teraz jest dziwnie od początku do końca.

Cudowna była sekwencja początkowa - którą można postrzegać jako metaforę ludzkiego losu albo po prostu założyć, że chodziło tylko o skonfundowanie widzów - i to, że zaraz po niej, jakby nigdy nic, zostaliśmy wrzuceni w środek tego wszystkiego co nowe. I zostaliśmy nagrodzeni - miasteczko Miracle ma rzeczywiście wiele tajemnic, nowi bohaterowie są szalenie wyraziści, a charyzmatyczni aktorzy, którzy ich grają, po prostu błyszczą. Wydaje się, że Damon Lindelof ma na ten serial pomysł, a kiedy skończyło się ograniczenie w postaci przeciętniutkiej książki Toma Perrotty, wreszcie może rozwinąć skrzydła. To już było widoczne rok temu - większość tych momentów, kiedy Lindelof odchodził od materiału źródłowego i pozwalał sobie na te swoje odjazdy, wyróżniała się pozytywnie na tle reszty.

Jedyne, co martwi, to znaczny spadek oglądalności. "Pozostawieni" stracili ponad połowę zeszłorocznej publiki i nie wydaje się, by mieli ją odzyskać.

Mocno trzyma się "Homeland"...

...które zostało już u nas pochwalone, ale mam wrażenie, że niewystarczająco. Michał nie widział w ostatnich tygodniach kilkunastu naprawdę fatalnych seriali, więc nie docenia tego, co mnie w tej chwili wydaje się osiągnięciem niemal wybitnym. A mianowicie, że "Homeland" bardzo, ale to naprawdę bardzo zgrabnie połączyło ze sobą kilka różnych kwestii, o których wiele się ostatnio mówi - począwszy od Syrii i ISIS, a skończywszy na hackingu, szpiegowaniu nieswoich obywateli i implikacjach takiego zachowania w stosunkach międzynarodowych. Nie wiem, do czego ten sezon zmierza - poza tym że zmierza w kierunku Bliskiego Wschodu - ale na razie jestem pod wrażeniem, iż udało się wrzucić tyle spraw do jednego worka i sensownie je ze sobą połączyć.

Jakby tego było mało, w całą tę politykę i terroryzm znakomicie wpasowano prywatne wątki bohaterów, przede wszystkim samej Carrie, która oczywiście już na początku powraca do starych modeli zachowań (i trudno w ogóle uwierzyć, że wytrzymała dwa lata), oraz Quinna, który z przerażającą obojętnością i zaciętością robi po prostu swoje. Czyli zabija, nie pytając o szczegóły. Niby w imię jakichś wyższych celów, ale tak naprawdę tego nie wiadomo. CIA się myli, a skutki tych pomyłek bywają różne. I "Homeland" to też potrafi pokazać, bez owijania w bawełnę i bez udawania, że wszystko w porządku.

"Quantico" oczywiście drugim "Homeland" nigdy nie będzie...

...bo nie ma w ogóle takich aspiracji, ale za to dobrze wie, jak sprawić widzowi frajdę. I choć na dobrą sprawę już nie pamiętam, co się zdarzyło w 2. odcinku - yyy, ta ładna pani uciekała? - wiem, że to było po prostu fajne 40 minut. Serial korzysta ze starych, sprawdzonych patentów Shondy Rhimes, czyli po rozwikłaniu jednej tajemnicy natychmiast dokłada dziesięć kolejnych. I oczywiście wszystkie są rodem z opery mydlanej - bliźniaczki, gej i okularnik, który nie jest ani gejem, ani okularnikiem, straszne dzieciństwo, ojciec, który nie mówił córce prawdy o sobie.

PRIYANKA CHOPRA

Jeśli dodać do tego wątek terrorystyczny i akcję pędzącą przed siebie jak szalona w dwóch liniach czasowych, tworzy się mieszanka, którą po dwóch tygodniach wciąż uważam za tak samo absurdalną i jednocześnie wciągającą. Serio, "Quantico" nie przestaje mnie cieszyć, choć trudno tutaj mówić o śledzeniu czegokolwiek z zaangażowaniem. Serial sprowadza się do "ładna pani ucieka i z pewnością jest niewinna". Ale widać to czasem wystarcza.

Bardzo staram się nie przywiązywać do komedii FOX-a...

...bo wiadomo, zwykle szybko odchodzą, ale nie mogłabym nie zaznaczyć, że w porównaniu choćby z komediami CBS wypadają więcej niż nieźle. Formę trzymają dwaj, powiedzmy, weterani - "The Last Man on Earth" i "Brooklyn 9-9". Do tego drugiego w tym tygodniu zajrzała Archie Panjabi i jeszcze nie wiem, czy jest zabawna, czy nie. Wiem, że sama idea "pogrzebowej kochanki" to coś niecodziennego, zwłaszcza w przypadku Charlesa Boyle'a. Aż chciałoby mu się życzyć, żeby tak trzymał, a tu, kurcze, weganka! Tego się nie da przeskoczyć.

Niezmiennie mnie cieszy i "The Grinder", i "Grandfathered". Oba seriale na razie są dość nierówne, "The Grinder" bardziej bawi, "Grandfathered" bardziej oddziałuje na emocje. Rob Lowe bezustannie mnie rozbraja, bo jego Dean cały czas tkwi w zawieszeniu między serialem, którego już nie ma, a prawdziwym życiem. Jego zachowania są przedramatyzowane, a on zdaje się zupełnie tego nie rozumieć.

Z kolei John Stamos ma mnóstwo uroku zawsze wtedy, kiedy jego bohater orientuje się w ostatniej chwili, że jednak mu na rodzinie zależy. Nie do końca wie, co takiego rodzina, nie do końca potrafi zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń, ale prędzej czy później decyduje się postąpić jak należy. I jest przy tym świetny. W ogóle "Grandfathered" ma niezłą obsadę, bardzo wyrazista jest choćby Paget Brewster, która średnio mi się podobała w "Community", a tutaj wypada świetnie. Rola dawnej dziewczyny playboya, która przez ostatnie 25 lat nauczyła się sceptycznie patrzeć na świat, ewidentnie do niej pasuje.

grandpa3456

Bardzo bym też chciała, aby na dłużej zostały z nami muppety, które w wersji ABC są wciąż przesympatyczne, a jednocześnie bardzo, ale to bardzo ludzkie. Ten, kto ostrzegał rodziców przed perwersjami, jakie serial ze sobą niesie, chyba, za przeproszeniem, upadł na głowę. Oglądając "The Muppets", specjalnie zwracam uwagę, czy przypadkiem nie padnie tam żart o seksie. Na razie żaden nie padł. Za to w najnowszym odcinku mieliśmy piękną historię przyjaźni, która zwycięży wszystko. Kermit i Fozzie byli niczym Chandler i Joey - razem nie do pokonania. Będzie mi strasznie smutno, jeśli ktoś mi ich zabierze w środku sezonu.

A co Was spotkało w tym tygodniu? Piszcie, komentujcie i koniecznie zaglądajcie do nas na Twittera, bo tam dzieje się najwięcej. Do następnego!