7 rzeczy, które uczyniły mój tydzień lepszym

"Fargo" (Fot. FX)

"Fargo" (Fot. FX)

Od wyśmienitego "Fargo", przez podwójną w moim przypadku dawkę Christophera Ecclestona, aż po zaskakująco udany polski "Pakt" - to był dla mnie świetny tydzień w serialach!

1. Niesamowite występy Christophera Ecclestona. Aktor, który dawno, dawno temu był Doktorem Who, ma grono wiernych fanów. Ja nigdy do niego nie należałam, ale wydaje mi się, że czas to zmienić. W tym tygodniu obejrzałam "Safe House", w którym Eccleston jest po prostu wyśmienity i dzielnie pływa w jeziorze w środku zimy.

Ale jeszcze bardziej spodobała mi się historia współczesnego Hioba w "Pozostawionych". Serial HBO zrobił się w tym sezonie tak dobry, że go nie poznaję. Rok temu oglądałam go latem, bo nic innego nie było, w tym roku praktycznie każdy odcinek to świetna historia, pełna szalonych emocji. Ta najnowsza, z odcinka "No Room at the Inn", wydała mi się jeszcze lepsza od poprzednich, co prawdopodobnie wynika z jego, jak niezwykłym, przyzwoitym i do tego twardym jak skała człowiekiem jest pastor Matt Jamison. Oglądając kolejne nieszczęścia, które na niego spadały, tylko czekałam aż w końcu się złamie. Matt wytrwał do końca - i nie był to wesoły koniec. Co za odcinek!

TheLeftovers15-850x560

2. Jak zwykle świetne "Fargo". "Fargo" w tym sezonie jest nieziemskie - od pierwszej do ostatniej minuty. Sama już nie wiem, co chwalić bardziej: czy perfekcyjnie napisany scenariusz, czy oprawę wizualną. Jedno i drugie jest na poziomie niedostępnym innym serialom. Praktycznie każda scena to małe dzieło sztuki, a treść mnie zadziwia.

Niby "Fargo" jest przewidywalne - w tym sensie, że zawsze na końcu zło zostaje pokonane - ale tego szaleństwa, które wydarzy się po drodze, za nic nie podejmuję się przewidzieć. Kto by pomyślał, że Blomquistowie tak szybko zostaną rozszyfrowani, i to jednocześnie przez Lou i Hanzeego. Swoją drogą, wszystkie sceny z Indianinem są szalenie klimatyczne, a jego spokój i systematyczność sprawiają, że człowieka ciarki przechodzą. Peggy i Ed są już martwi, chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości.

3. Jagged Little Chicks. Zmieniamy kompletnie nastrój. Alanis Morisette uwielbiam od jakichś 20 lat - tyle czasu właśnie mija od wydania krążka "Jagged Little Pill" - ale nigdy nie kojarzyła mi się z humorem czy luzem. Oczywiście nie śledziłam jej życia prywatnego i nic tak naprawdę o niej nie wiem, ale to zawsze była dla mnie taka rockowa, gniewna, pełna energii laska. U Fallona zobaczyłam ją jako kurczaka i już nie wiem, co o niej myśleć. Niemniej jednak - obejrzałam ten występ kilka razy i muszę przyznać, że nie przestaje mnie bawić.

4. "Better Call Saul" w "Homeland". Hitu dla "Homeland" w tym tygodniu nie będzie, bo ten odcinek jednak był nieco słabszy od poprzednich, ale muszę jeszcze raz docenić jego tytuł: "Better Call Saul". Ktoś miał fajny pomysł i za to "Homeland" dostaje ode mnie w tym tygodniu plusa.

1383601881_1724174525

5. Powrót "Star Treka" do telewizji. Powroty seriali po latach budzą wiele kontrowersji i można by długo dyskutować, czy są potrzebne, czy nie. Ale "Star Trek" to nie "Drużyna A", to bogate uniwersum, które ma do zaoferowania wiele niespisanych jeszcze historii. Dlatego wiadomość o powrocie "Star Treka" do telewizji mnie raczej cieszy niż martwi. Oczywiście, wolałabym 13 odcinków na Netliksie niż 24 w CBS, ale też nie sądzę, by serial miał być na poziomie "Skorpiona" czy innego "Limitless". "Star Trek" to "Star Trek", a dodatkowo optymizmem napawa fakt, że za projektem stoi Alex Kurtzman, który naprawdę dobrze zna ten świat i swoją publikę.

6. Jimmy Kimmel i "zjedliśmy wasze słodycze". Ten żart nie zestarzeje się nigdy, a amerykańskie dzieci są po prostu straszne.

7. Wygląda na to, że Polakom wreszcie wyszedł serial. Staram się nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale wygląda na to, że "Pakt" HBO się udał. Nie dość że serial stoi realizacyjnie na bardzo wysokim poziomie, to jeszcze udało się naprawdę dobrze przenieść historię z norweskiego "Układu" w polskie realia. Jeśli tylko nie schrzanią finału - nie jest tajemnicą, że najgorsze, co ma do zaoferowania norweski oryginał, to finał - to będzie pierwszy polski serial, który może spodobać się za granicą. Co, przyznacie, byłoby całkiem miłą odmianą.

A tak poza tym... czy wszyscy oprócz mnie zdążyli już obejrzeć "Master of None"?