"Master of None" (1x06-10): Zwykłe, śmieszne życie

"Master of None"  (Fot. Netflix)

"Master of None" (Fot. Netflix)

W recenzji pierwszej połowy sezonu pisałem, że netfliksowy "Master of None" łączy komedię z inteligentnym komentarzem wobec współczesności. Kolejne odcinki podtrzymały ten format, dodatkowo oferując jeszcze zaskakująco osobistą i pełną ciepła historię o związkach, co okazało się mieszanką idealną. Uwaga na spoilery.

Na pozór dwie połowy "Master of None" wiele się od siebie nie różnią. W jednej i drugiej Dev zmaga się z problemami natury ciężkiej (jak seksizm) i nieco lżejszej (jak to, gdzie zjeść najlepsze taco w Nowym Jorku) i do wszystkich podchodzi z typowym dla siebie niezdecydowaniem. Można również zauważyć wątki rozwijające problematykę podjętą już wcześniej (rasizm w miejscu pracy) albo takie podchodzące do znanego tematu z innej perspektywy (konfrontacja ze starszym pokoleniem). Jest jednak jeden szczegół, który wyraźnie rozgranicza ostatnie pięć odcinków od poprzednich. Szczegół ma na imię Rachel (Noël Wells).

Choć ta bohaterka pojawiła się już przecież na samym początku, a potem zdążyła wrócić, to dopiero od odcinka o tytule "Nashville" jest pełnoprawną partnerką Deva, a co za tym idzie, drugą najważniejszą postacią w serialu. Na szczęście jej obecność nie oznacza, że całość zaczyna dryfować w stronę banalnej komedii romantycznej. Wręcz przeciwnie, zmusza twórców do jeszcze większego wysiłku, by ograny na wszystkie sposoby temat zamienić w coś oryginalnego. Muszę dodawać, że wywiązali się ze swojego zadania znakomicie?

"Nashville" poświęcę nieco więcej miejsca, bo to odcinek ze wszech miar wyjątkowy. W całości skupiający się na niezwykłej randce, jest tak odległy od komediowych schematów, jak to tylko możliwe. Gdyby "Master of None" był zwykłym sitcomem, to podróż Deva i Rachel do Nashville z pewnością obfitowałaby w masę krępujących sytuacji i kosmicznych nieporozumień, a skończyłaby się totalnie żenującą sytuacją. Tutaj jednak jest po prostu... normalnie. Para bohaterów popełnia oczywiście błędy, bo nietrudno o nie, gdy nie zna się drugiej osoby, ale nikt nie robi z tego wielkiego problemu. Weźmy scenę w restauracji, gdy okazuje się, że Rachel jest wegetarianką. Większość komedii zrobiłaby z tego jeśli nie temat przewodni odcinka, to jeden z większych dowcipów. Tutaj twórcy potrafią przejść do porządku dziennego, humor odnajdując w tak prozaicznych sytuacjach jak drzemka. I nie ma nawet znaczenia, że nieco się wspomagają duchami Alfreda i Małego Justina.

Rzecz jednak nie do końca w tym, jak "Master of None" potrafi śmieszyć, ale jakie jest przy tym wdzięczne, ciepłe i naturalne. Nie unikając do końca komediowych schematów, twórcy potrafią je obrócić w coś całkiem normalnego. Przyzwyczajony do humoru z telewizji ogólnodostępnych zaczynałem już zapominać, że można rozbawić bez slapsticku czy toaletowych żartów. Można, wierzcie mi.

A to ciągle nie wszystko, bo produkcja Netfliksa sprawdza się świetnie nie tylko w tych bardziej komediowych momentach. Weźmy znów związek Deva i Rachel, na którym w dużym stopniu skupiają się dwa ostatnie odcinki. Dawno nie oglądałem komedii napisanych tak dobrze, jak "Mornings" i "Finale", a te są przecież w gruncie rzeczy poświęcone trudnościom, jakie towarzyszą rozwijającym się związkom. Sam koncept pierwszego z wymienionych, czyli pokazywanie tylko kolejnych poranków w dłuższej perspektywie czasowej, zasługuje na brawa, a drobnych wspaniałości było tam znacznie więcej. Począwszy od sprzeczki o ubrania, a skończywszy na Charlemagne i Beatrice. Wszystko tu było tak cudownie lekkie, zabawne i z wyczuciem, że niemal niezauważenie twórcy przemycili tam znacznie poważniejsze treści.

Ogromna w tym zasługa Ansariego i Wells, którzy tworzą jedną z najbardziej uroczych ekranowych par, jakie widziałem. Talent komediowy obojga jest niezaprzeczalny, ale najważniejsze, że czuć między nimi autentyczną chemię i nawet przez moment nie dziwi, dlaczego ta dwójka jest razem. Ich interakcje są tak naturalne, że praktycznie od razu traktuje się ich jak dwójkę dobrych znajomych. To nie są postaci z telewizora, ale bohaterowie z krwi i kości, jakich na pewno spotkaliśmy nieraz w prawdziwym świecie.

Prawdziwe jest też zakończenie, którego nie chcę tu zdradzać, ale uwierzcie mi na słowo, że jest wprost idealne i doskonale pasuje do tego, co oglądaliśmy w poprzednich odcinkach. Podobnie jak one, jest też możliwie odległe od schematycznych rozwiązań i w kapitalny sposób bawi się konwencją ("bajka" opowiadana przez Deva to przecież bardzo pomysłowe zastosowanie banalnej zbitki montażowej), wykorzystując nasze przyzwyczajenia w konfrontacji nierealnego świata z prawdziwym życiem.

Zresztą całe "Master of None" można opisać tym ostatnim zdaniem, bo poszczególne odcinki skupiają się na obalaniu pewnych mitów. Czy to takich znanych z telewizji czy z rzeczywistości. Twórcy pokazują, że nasze wyobrażenia o, wydawałoby się, oczywistych sprawach, często nie mają pokrycia w prawdziwym świecie. Przykładowo, walka z seksizmem to tutaj nie tylko przyłapanie obleśnego faceta na gorącym uczynku, ale również traktowanie kobiet tak samo jak mężczyzn czy zwrócenie uwagi na to, jak różnie wyglądają najbardziej banalne sytuacje dla przedstawicieli obojga płci. Innym znów razem pokazuje się, że starość nie znajduje ukojenia w okazjonalnych wspominkach, ale w okazaniu zwykłego, ludzkiego zainteresowania. Przykłady można mnożyć, bo każdy odcinek sięga po takie proste przykłady, by wydobyć z nich to, co znajduje się pod powierzchnią.

W tym tkwi największa siła "Master of None", że będąc znakomicie napisaną komedią, potrafi też przekazać szereg prawd o życiu i współczesności. Nieważne, czy chodzi akurat o to, że relacji międzyludzkich nie da się opisać liczbami, czy że nigdy nie jest za późno, by przeczytać "Harry'ego Pottera". Wszystko tu wypada autentycznie, a rzeczy, nad którymi nie pochylają się nie tylko inni twórcy, ale nawet my na co dzień, tutaj zyskują najwyższą rangę. Gdzieś pomiędzy kolejnymi świetnymi dialogami kryje się mnóstwo kwestii, które w jakimś stopniu dotyczą każdego z nas. Aziz Ansari i pozostali twórcy potrafią wyciągnąć je na wierzch i przedstawić w takim świetle, że nie pozostanie nam nic innego, jak tylko zaśmiać się w głos i wyciągnąć wnioski na przyszłość - w końcu Dev już to zrobił.