"You, Me and the Apocalypse" (1x10): Zdarzył się koniec

"You, Me and the Apocalypse" (Fot. Sky1)

"You, Me and the Apocalypse" (Fot. Sky1)

Finał "You, Me and the Apocalypse" zaprowadził wszystkich dokładnie tam, gdzie mieli się znaleźć. Bohaterów do bunkra, który oglądaliśmy od pierwszego odcinka, a nas na krawędź na foteli, gdzie mogliśmy nerwowo obgryzać paznokcie. Uwaga na gigantyczne spoilery z ostatniego odcinka - bez nich się nie dało.

Absurdalne sytuacje, zwariowane przypadki i nieprzewidziane okoliczności, jakie zapewnili swoim bohaterom scenarzyści "You, Me and the Apocalypse", sprawiły, że dziesięć tygodni w ich towarzystwie minęło w mgnieniu oka. Serial, którego premiera odbyła się niemal niezauważenie, nieoczekiwanie stał się jednym z najmocniejszych punktów jesiennej ramówki. Urzekając nas już od samego początku, rósł z tygodnia na tydzień, przeistaczając się z komedii w produkcję, która równie dobrze bawiła, co szokowała dramatycznymi momentami.

Szok to zresztą słowo-klucz w opisie zarówno całego sezonu, jak i jego finału. Ten powitał nas w niewesołych okolicznościach, gdy część bohaterów próbowała się wydostać z bazy wojskowej na terenie USA, a inni byli nieświadomi tragicznej sytuacji zamkniętego w bankowym sejfie Jamiego. Na szczęście od czegoś ma się dziewczynkę w stroju żyrafy, do której przemawia Bóg. Albo ktoś inny, wszak wiemy już, że Bóg jest kobietą. Brzmi absurdalnie? Jasne, ale nie jest to już dla nas żadna nowość.

Przez cały sezon byliśmy wszak bardzo sprytnie oszukiwani. Przemawiający na początku każdego odcinka Jamie okazał się bowiem nie być sobą, a swoim złowrogim bliźniakiem, który za nic nie chciał umrzeć, choć miał ku temu kilka znakomitych okazji. Ten końcowy zwrot akcji był prawdziwym majstersztykiem ze strony twórców, bo zburzył nasze w miarę solidne poczucie bezpieczeństwa, że cokolwiek by się nie wydarzyło, Jamie skończy na sofie w bunkrze, oglądając koniec świata w telewizji. Nic z tego drodzy widzowie, daliście się wymanewrować w ostatniej chwili. Nie był to może cios o sile tego, który zaserwowano nam w jednym z wcześniejszych odcinków (dobrze wiecie, co mam na myśli), ale nadal widok bezradnego, nagiego Jamiego w połączeniu z unoszącymi się w triumfie kącikami ust Ariela mógł przyprawić o dreszcze. Do tego jeszcze to słodko-gorzkie "Happy Together" w tle. Robiło wrażenie.

A przecież ta szokująca podmiana była tylko jedną z atrakcji, jakie przyszykowano dla nas w tym odcinku. W moim odczuciu palma pierwszeństwa należy się Jamiemu, który wybłagał sobie i reszcie boską interwencję i mniejsza z tym, że Tamiza to nie Morze Czerwone - to zdecydowanie był cud w typie Charltona Hestona. Jakby komuś mało było niewytłumaczalnych wydarzeń, to znalazło się również miejsce na ciążę. Chyba żaden serial nie może się bez niej obejść.

W całym tym szaleństwie udało się jednak twórcom nie zgubić tego, za co zdążyliśmy pokochać "You, Me and the Apocalypse" od pierwszego obejrzenia. Absurdalnego humoru i brytyjskiego klimatu. Choć finał był praktycznie w całości wypełniony akcją, to znalazło się w nim miejsce na przemycenie kilku drobnych cudowności, jak proteza nogi czy hasło do bankowego sejfu, a dialogi w dalszym ciągu skrzyły się od małych perełek. Dzięki temu udało się uniknąć wpadnięcia w pułapkę patosu, o co przecież nie trudno w takich okolicznościach, jak szalejąca dookoła apokalipsa. Przypuszczam, że gdyby ten serial zrobili tylko Amerykanie, nie obeszłoby się bez jakiejś podniosłej mowy. Tutaj jednak zamiast niej dostaliśmy Rhondę załatwiającą problemy za pomocą pistoletu. Zdecydowanie wolę taką opcję.

To właśnie umiejętne połączenie komizmu z tragizmem stało się czynnikiem, który sprawił, że "You, Me and the Apocalypse" udało się przemienić z telewizyjnej ciekawostki w po prostu dobry serial. Produkcję, która nie uniknęła słabości, także w finale (niektóre zbiegi okoliczności były bardzo naciągane, nawet jak na tutejsze warunki), ale przykrywała je, mocno oddziałując na nasze emocje. Dzięki temu łatwiej było przełknąć scenariusz, który potrafił wykonać kilka wolt na odcinek. Nie chodzi oczywiście o to, by wymagać od twórców żelaznej logiki, ale takie fabularne zawijasy kupowało się w mig, gdy związało się emocjonalnie z bohaterami, a to udało się tu w stu procentach.

Ogromna w tym zasługa aktorów, dzięki którym wybór najmocniejszego punktu serialu staje się praktycznie niemożliwy. Kapitalnie wypadł Mathew Baynton w podwójnej roli - przeistaczając się w niezrównoważonego Ariela, wzbudzał odrazę porównywalną w skali tylko do sympatii wobec jego brata bliźniaka. Łatwo było się też przywiązać do rodzeństwa za oceanem (Jenna Fischer i Kyle Soller), które nie dało się zepchnąć w cień wyrazistym kreacjom Megan Mullally i Patersona Josepha. Wszystkich jednak przebił wątek ojca Jude'a i siostry Celine. Rob Lowe w sutannie to nie tylko niezapomniany widok, ale przy okazji również postać, której długo nie da się wyrzucić z pamięci. Samotny w starciu z otaczającą go hipokryzją został wzbudzającym chyba największą sympatię duchownym, jakiego miałem okazję oglądać na małym ekranie. Warto zobaczyć "You, Me and the Apocalypse" z wielu powodów, ale ten bohater jest jednym z najlepszych.

Brytyjsko-amerykański serial okazał się więc wielką pozytywną niespodzianką i w tym stanie udało mu się dotrwać do samego końca - pytanie co dalej. Decyzji o drugim sezonie nadal nie ma, a biorąc pod uwagę, że produkcja ciągle czeka na swoją premierę w Stanach (NBC pokaże ją w midseasonie), może jeszcze chwilę potrwać, zanim ją dostaniemy. Wydaje się jednak, że musi być pozytywna, co może potwierdzać wypowiedź Mathew Bayntona, który na pytanie o kontynuację odparł, że jeśli powstanie, to będzie zupełna inna niż sezon pierwszy. To by się zgadzało, wszak apokalipsa nadeszła. A my nie dość, że zostaliśmy z cliffhangerem, to nawet nie dowiedzieliśmy się, kto jest w skrzyni.

Nie, nie, to na pewno nie był ostateczny koniec świata.