10 najlepszych seriali 2016 roku wg Marty Wawrzyn

"Rectify" (Fot. SundanceTV)

0

Za nami najlepszy rok w historii Serialowej. Wybranie tylko dziesięciu tytułów na koniec było nieomal niemożliwe, mam więc dłuższą listę ofiar niż zwycięzców. Właściwie tylko nr 1 był dla mnie w stu procentach jasny i oczywisty.

Powtarzanie, że świetnych jest seriali jest za dużo, aby na koniec roku wybrać tylko dziesięć ulubionych, stało się u nas poświąteczną tradycją. W tym roku dokonanie wyboru było jeszcze trudniejsze niż zwykle, w końcu padł rekord - tylko Amerykanie wyprodukowali 455 seriali, a do tego doszły jeszcze przecież produkcje brytyjskie, skandynawskie no i polscy "Artyści", których zignorować na koniec roku nie mogłam.

Ostatecznie więc moja dziesiątka jest mieszanką klimatów sundance'owo-depresyjnych z dobrymi historiami w różnych wydaniach i głośnymi produkcjami, których zignorować się nie dało. Seriale, które w dziesiątce się nie zmieściły, ale były brane pod uwagę przy jej tworzeniu, to w tym roku: "American Crime", "Atlanta", "Better Call Saul", "Długa noc", "Dziewczyny", "Halt and Catch Fire", "Horace and Pete", "Insecure", "Orange Is the New Black", "The Crown", "The Get Down", "This Is Us", "Unbreakable Kimmy Schmidt" i "Veep".

Jak zwykle przede wszystkim zadałam sobie pytanie: ile z tego, co widziałam, zostało ze mną zostało na dłużej? Tylko w przypadku "Rectify" odpowiedź brzmiała: absolutnie wszystko! Ponieważ zawsze lubię nagradzać świeżość, w zestawieniu są prawie same nowości (bądź zasłużone powroty po latach). Z dziesiątki sprzed roku ostał się tylko "Transparent", który utrzymał 6. miejsce, i "The Americans", które pnie się systematycznie w górę, tak że za dwa lata pewnie będzie musiało znaleźć się na samym szczycie.

10. "Artyści". Skromne dziesiąte miejsce dla jedynego polskiego serialu od niepamiętnych czasów, który ma wszystko, czego trzeba, żeby rywalizować jak równy z równym z zagranicznymi produkcjami. Czyli z jednej strony został zrealizowany na zachodnią modłę, a z drugiej, oferuje oryginalną historię, przesiąkniętą na wskroś polskością. Paweł Demirski i Monika Strzępka zaprezentowali sobie znany kawałek polskiego piekiełka, stworzyli bohaterów z krwi i kości - czyli takich, jakich w polskiej telewizji właściwie się nie widuje - oraz zadbali o nowoczesną oprawę, po czym... no cóż, w każdym innym demokratycznym kraju byliby noszeni przez prezesa telewizji publicznej na rękach za dokonanie cudu. U nas usłyszeli od szefa TVP, że "nie jest fanem tematu". Brzmi to jak okrutny żart, w momencie kiedy "tematem" jest najlepszy polski serial, jaki powstał od bardzo, bardzo dawna. Taki, który wygrał u mnie choćby z "The Crown", "Veepem" czy "This Is Us", bo może i nie ma wielkich nazwisk w obsadzie i złotej czołówki, ale za to ma bardzo dużo do powiedzenia.

9. "Stranger Things". Netfliksowe cudeńko, które uczyniło nasze lato lepszym, zabierając nas w podróż do dzieciństwa, z filmami Spielberga, muzyką elektroniczną, grami RPG i przygodami czekającymi na każdym rogu, jeśli tylko wsiadło się na rower. Bracia Duffer zapowiadali, że szykują serialowy list miłosny do lat 80., i obietnicę spełnili z nawiązką. Stranger Things" nie tylko w magiczny sposób przywróciło nam klimaty, które pamiętamy z czasów, kiedy byliśmy piękni, młodzi i nie siedzieliśmy ciągle w internecie, ale też pozwoliło spojrzeć raz jeszcze na to wszystko oczami dziecka. A dokładniej, czwórki fantastycznych serialowych dzieciaków, które okazały się jednym z aktorskich objawień tego roku.

8. "Black Mirror". Gdyby wszystkie odcinki nowego sezonu "Black Mirror" były tak błyskotliwe jak "San Junipero", "Black Mirror" pewnie wygrałoby ten i wszystkie inne rankingi. Serial Charliego Brookera zawsze jednak był nierówny - i taki pozostał po przenosinach na Netfliksa. Nie mogłabym jednak nie docenić tego, jak zróżnicowany jest ten sezon i jak dobrze brytyjski twórca czuje się w każdej konwencji. Nowe "Black Mirror" jest większe, bogatsze i ma niesamowite nazwiska w obsadzie, a do tego potrafi być, czym tylko chce - horrorem, kryminałem, romansem z twistem albo społeczną satyrą w barwach pudrowego różu. I niezależnie od tego, w jakie piórka akurat się przebrało, tak samo zadziwia, przeraża i każe zastanowić się, co jeśli my już straciliśmy swoje ludzkie "ja", zastępując gadżetami interakcje z drugim człowiekiem.

7. "Westworld". Serialowy blockbuster najwyższej klasy, o iście filmowym rozmachu, w obsadzie nie z tej ziemi i ze świetnie napisanym scenariuszem, zachęcającym widownię do prowadzenia poszukiwań na własną rękę. Zgrabny miks cycków, fucków i nieznającej granic przemocy z Szekspirem, podstawami filozofii i muzycznymi klasykami. Inteligentna gierka z widzem, której zmyślności nie sposób nie podziwiać. Serialowy mainstream w najlepszym wydaniu i zarazem coś, co potrafi zrobić tylko HBO, po to by pokazać, że dziś w telewizji można wszystko. Cud, miód, malina - i patrzcie, nawet już tak bardzo się nie czepiam, że zarówno oryginalności, jak i takich zwykłych, ludzkich emocji to było w tym "Westworldzie" jak na lekarstwo.

6. "Transparent". Skoro odbębniliśmy już seriale, które pokochały miliony widzów (oczywiście z wyjątkiem "Artystów", których nie pokochał prawie nikt), przejdźmy do poezji na małym ekranie. "Transparent" w tym sezonie zaprezentował przynajmniej kilka tuzinów historii mniejszych i większych, które dostarczyły widzom tysiąca wzruszeń. Do głębi poruszał wątek Maury, która zdobyła się na kolejny odważny krok i wcale nie została nagrodzona, z ludzkiej strony pokazała się wreszcie Shelly, zaś młodsze pokolenie jak zwykle błądziło, co rusz skręcając w niewłaściwym kierunku i psując budowane z mozołem relacje. W pamięć zapadło także mnóstwo różnych drobiazgów, jak żółw, który odnalazł się po latach, daleka od zwyczajnej podróż Josha z transseksualną dziewczyną, rytuały odprawiane przez Raquel czy finałowe "Hand in My Pocket". Krótko mówiąc, "Transparent" ugruntował pozycję mojego ulubionego wielkiego małego serialu.

5. "Fleabag". A jeśli coś może zagrozić produkcji Jill Soloway, to jest to "Fleabag" telewizji BBC. Komediodramat o trzydziestolatce pogubionej w życiu i Londynie, który nie ma nic wspólnego z historią Bridget Jones. Phoebe Waller-Bridge stworzyła serial, który jest jak Shrek i cebula - przy pierwszym kontakcie bawi do łez, bo jego autorka ma tysiąc dziwnych pomysłów na minutę i niesamowity dystans do siebie. Potem jednak orientujemy się, że "Fleabag" bliżej do tragifarsy niż komedii romantycznej, zaś główna bohaterka zmaga się z traumą, o której nie da się zapomnieć ani na chwilę, nawet wtedy kiedy wszystko dookoła wydaje się superśmieszne. Serial BBC to i najmroczniejsza komedia, jaką widziałam w tym roku, i zaskakująco szczery obraz współczesnego feminizmu, i prawdziwy triumf telewizyjnej świeżości. A jego twórczyni nie da się nie pokochać za sposób, w jaki od razu zaprzyjaźnia się z widzem, łamiąc czwartą ścianę.

4. "Młody papież". Coś więcej niż "ten kontrowersyjny serial o papieżu". Paolo Sorrentino przeniósł na mały ekran swój niezwykły styl, dostaliśmy więc serial zadziwiający na każdym kroku, pełen metafor, ironii, scen, których znaczenie nie jest oczywiste. Serial, który od początku zmierzał w sobie tylko znanym kierunku, wciągając widzów w toczące się w Watykanie gierki i tworząc cegiełka po cegiełce jednego z najbardziej zaskakujących bohaterów, jakich widzieliśmy w telewizji od dawna. Wreszcie - serial, który ma do siebie mnóstwo dystansu, w przeciwieństwie do niektórych widzów.

3. "The Americans". Historia dwójki radzieckich szpiegów mieszkających w latach 80. na przedmieściach Waszyngtonu była budowana systematycznie, w przemyślany sposób od pierwszego odcinka, a w 4. sezonie wreszcie mogliśmy docenić to w pełni. To właśnie teraz "The Americans" odpaliło swoje największe bomby, udowadniając, że seriale dla cierpliwych widzów są najlepsze. Wielkie emocje, szalone napięcie i atmosfera, którą można kroić nożem - "The Americans" jest teraz wielkie, bo przez ostatnie trzy lata na tę wielkość pracowało. A najlepsze i tak pewnie jeszcze przed nami.

2. "American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona". Serial, który sprawił, że Amerykanie po ponad 20 latach znów zgromadzili się przed telewizorami, by zobaczyć sprawę sądową, która pokazuje aż za dobrze to, czym Ameryka nie tak dawno była, a może i wciąż jest. Wielkie widowisko, perfekcyjnie napisane, doskonale zagrane i wypełnione prawdziwymi emocjami. Historia, która została na nowo opowiedziana w taki sposób, że Amerykanie ujrzeli w innym świetle jej dawnych bohaterów (przede wszystkim Marcię Clark, która z symbolu porażki stała się ulubienicą mediów i dowodem na to, że w kobietach tkwi wielka siła). Tytuł ważny nie tylko dla Amerykanów - i jednocześnie dziesięć godzin telewizyjnej rozrywki w najlepszym wydaniu.

1. "Rectify". W tym roku były seriale i był finałowy sezon "Rectify", którego każdy odcinek sprawiał, że mój świat zatrzymywał się na 45 minut. Niespieszna produkcja SundanceTV, mająca za nic telewizyjne trendy, bo skupiająca się głównie na opisywaniu stanów wewnętrznych, zakończyła w satysfakcjonujący sposób historię wypuszczonego z więzienia po 19 latach Daniela Holdena i jego bliskich. Ostatnie osiem odcinków to i ogromne emocje, i garść wyjaśnień, i mnóstwo cudownych podróży dokądś, donikąd i przede wszystkim w głąb siebie. To prawdziwa poezja na telewizyjnym ekranie, serial, który do samego końca poruszał w widzach każdą strunę. To też historia, której bohaterowie stali się nam bliscy w ciągu czterech lat ekranowej obecności. To magia, która znacznie wykracza poza ramy telewizyjnego serialu - tak, nawet w czasach, kiedy seriali jest zatrzęsienie.