10 najlepszych seriali 2016 roku wg Mateusza Piesowicza

"Długa noc" (Fot. HBO)

0

Gryzie mi się tytuł tego podsumowania z jego zawartością, bo mam wątpliwości, czy któryś z wymienionych seriali w stu procentach zasłużył na miano "najlepszego". Za to bez wątpienia wszystkie są moimi "ulubionymi".

Mam dość ambiwalentne uczucia wobec mijającego roku w serialach. Z jednej strony obfitował on w tytuły dobre, bardzo dobre i świetne, z których można by w gruncie rzeczy ułożyć pewnie ze trzy "najlepsze" dziesiątki i wszystkie miałyby sens. Z drugiej jednak zabrakło mi w minionych 12 miesiącach produkcji, do której nie miałbym absolutnie żadnych zastrzeżeń. Takiej, która zmiotłaby konkurencję i nie pozostawiła mi absolutnie żadnego pola manewru przy wyborze numeru 1. Ot, po prostu takiej jak "Fargo" rok temu. No ale że Noah Hawley ze swoim nowym projektem do telewizji wraca dopiero za ponad miesiąc, trzeba było czymś wypełnić tę pustkę.

Kandydatów było od groma i wcale nie skłamię, mówiąc, że każdy z nich (nawet ci, którzy koniec końców wylądowali poza dziesiątką) przez jakiś czas okupował najwyższą pozycję na liście. Ba, sam lider trafił tam po prostu najpóźniej i pewnie dlatego ostatecznie został zwycięzcą. Przypuszczam, że gdy jutro spojrzę na swój top, ryknę śmiechem i będę się zastanawiał, co mi właściwie strzeliło do głowy. To jednak jutro, teraz pora na przeprosiny dla tych, którym wyrządziłem największą krzywdę.

Przepraszam Charliego Brookera, że uznałem, iż najlepsza serialowa godzina AD 2016 ("San Junipero") to za mało, by znaleźć miejsce dla "Black Mirror". Wybaczcie, twórcy "Veepa", że nie doceniam należycie, iż od pięciu lat nie macie sobie równych na komediowym polu. Przepraszam Baza Luhrmanna i Paolo Sorrentino, bo choć bezboleśnie "przeszczepili się" z dużego ekranu na mały, nie widać tego w moim podsumowaniu. Proszę o wybaczenie "Lady Dynamite", czyli Marię Bamford (i jej mopsy), że ekranowe szaleństwa przegrały z szarą rzeczywistością. Po stokroć przepraszam wreszcie Jill Soloway, bo "Transparent" wykluczyłem już po raz drugi z rzędu i nijak nie potrafię na to znaleźć wytłumaczenia. Cała reszta, której nie wymieniam, bo skończyły mi się rozsądne synonimy słowa "przepraszam", musi przełknąć gorzką pigułkę rozczarowania.

Skoro nieprzyjemności mamy już za sobą, to czas zająć się listą. A na niej same nowości (względem zeszłego roku), sześciu absolutnych debiutantów (bardzo dobry rok dla nowych produkcji), po dwie produkcje rodem z HBO, FX, Netfliksa i… Wysp Brytyjskich. Mieszanka spektakularności, kameralności, surrealizmu i twardego stąpania po ziemi. No i emocji, rzecz jasna.

10. "Orange Is the New Black". Dziesiąte miejsce zarezerwowałem dla dziewczyn z Litchfield, choć nie mają one za sobą doskonałego sezonu. Wątpię jednak, by taki miał jeszcze nadejść, a że 4. odsłona serialu Jenji Kohan poruszyła mnie do głębi, nie mam najmniejszych wątpliwości, że ta pozycja jej się należy. "OITNB" przede wszystkim miało w tym roku na siebie konkretny pomysł. Wpisanie sezonu w ramy konfliktu jednostek z instytucją pasowało tu idealnie i choć nie unikało fabularnych skrótów, trafiło do mnie w stu procentach. Może to naiwność, ale najzwyczajniej w świecie kupiłem tę historię i wszystkie jej oblicza. A to Samiry Wiley już na zawsze pozostanie dla mnie najbardziej pamiętnym obrazkiem z całego serialu.

9. "Better Call Saul". Sam jestem nieco zaskoczony obecnością serialu AMC na tej liście, głównie dlatego, że szczegóły tej opowieści zdążyły już mi się nieco zamazać w głowie. Im więcej sobie jednak przypominałem, tym jaśniejsze stawało się, że nie może jej tu zabraknąć. Bo "Better Call Saul" udowodnił w 2. sezonie, że jego twórcy nie mają sobie równych w metodycznym i precyzyjnym układaniu fabularnych klocków, tak by przemiana Jimmy'ego McGilla w Saula Goodmana nie budziła żadnych wątpliwości. Każdy odcinek i każde pojedyncze zachowanie bohatera ma tu swój cel i przybliża nas do tego, na co wszyscy czekamy. Twórcy nie wystawiają jednak naszej cierpliwości na próbę, budując "dużą" historię wokół kilku mniejszych i opierając całość na solidnych fundamentach emocjonalnych. O te zadbali Bob Odenkirk i Michael McKean, których braterski konflikt napędzał sezon aż do samego, niezapomnianego finału. Mała rzecz, a wygląda na prawdziwego giganta.

8. "The Crown". A skoro o gigantach mowa, to już bez udawania na takie miano zdecydowanie zasługuje netfliksowy wycinek z brytyjskiej historii. Opowieść o pierwszych latach panowania Elżbiety II to serial epicki w pełnym tego słowa znaczeniu. Porażający realizacją do tego stopnia, że może stawać w szranki i z hip-hopowymi wizjami Luhrmanna, i z kowbojskimi fantazjami HBO. A że miał najtrudniej, nie muszę chyba wspominać, wszak koronowane głowy i brytyjska polityka sprzed pół wieku nie są szczególnie ekscytującymi tematami. Mimo to "The Crown" pochłania się błyskawicznie, a tutejsze postaci stają się szalenie bliskie po zaledwie kilku kontaktach. Kto by pomyślał, że za tą znaną z mediów nieco nadętą starszą panią i jej pokręconą rodzinką stoją takie historie? No i ten Churchill, ach, ten Churchill!

7. "Happy Valley". Rodzinę królewską mamy już za sobą, więc pora zejść na społeczne niziny. Te natomiast mają jedną królową, której panowanie nie podlega absolutnie żadnym dyskusjom. Sierżant Catherine Cawood po raz kolejny udowodniła, że w kryminalnych historiach o ludzkim obliczu nie ma sobie równych, ale w 2. sezonie zrobiła to z prawdziwym przytupem. "Happy Valley" to serial bardzo skromny i nigdy od tej skromności nie odchodzący, ale potrafi przy tym naprawdę mocno dać w kość. Zarówno nam, jak i swojej bohaterce, bo tej zafundował absolutnie koszmarny tydzień i jego zakończenie, przy którym nie wiadomo było, czy lepiej się śmiać, czy płakać z rozpaczy. Za to, że towarzyszyły mi podobne odczucia, a pozbierać po nich nie mogłem się przez dłuższy czas, mogę tylko podziękować.

6. "Rectify". Jeden z moich serialowych wyrzutów sumienia, który udało mi się rzutem na taśmę nadrobić przed końcem roku i uff, cóż to był za emocjonalny rollercoaster. Choć to słowo w zestawieniu z "Rectify" brzmi oczywiście groteskowo, nie da się ukryć, że serial Raya McKinnona niejednokrotnie rozkładał mnie na łopatki. Również, a może przede wszystkim, w 4. sezonie - jeszcze nie do końca zdążyłem sobie to wszystko poukładać w głowie. Wiem natomiast bez wątpienia tyle, że to rzecz absolutnie wyjątkowa, nie tylko według telewizyjnych standardów. Serial, który pomijanie przez widzów, wychwalanie pod niebiosa przez krytyków i bezczelne ignorowanie przez różnego rodzaju gremia ma zapisane w swoim DNA, z czym trzeba się po prostu pogodzić. Podobnie jak z faktem, że historia Daniela Holdena dobiegła ekranowego końca, ale w mojej pamięci będzie żyła jeszcze długo i z całą pewnością szczęśliwie.

5. "Atlanta". Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że w kolejnym podsumowaniu uwzględnię serial o czarnoskórym raperze i jego drodze na szczyt, to uznałbym, że w ciągu 12 miesięcy z moim życiem musiało się stać coś złego. Do niczego takiego jednak nie doszło, a rzeczony serial i tak jest wśród wybrańców. Choć oczywiście zarys fabuły "Atlanty" z pierwszego zdania nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, jest w nim ziarenko prawdy. Coś podobnego można powiedzieć o całej tej produkcji, bo niewątpliwie jest w niej nuta autentyzmu. A także abstrakcji, kpiny, parodii, bezczelnej ironii i czystego surrealizmu. Donald Glover w swoim debiucie po drugiej stronie kamery stworzył serial, który wymyka się prostym klasyfikacjom i w szczególny, trudny do opisania sposób, mówi o całkiem przyziemnych sprawach, co obdziera go z łatki jednosezonowej (taką przynajmniej mam nadzieję) ciekawostki. Fakt, że przy okazji zawiera choćby czarnego Justina Biebera i niewidzialny samochód, tylko dodaje mu uroku.

4. "Westworld". Zmieniamy biegun, bo po trzech skromnych tytułach przychodzi pora na rozpychający się wśród nich łokciami bloskbuster. "Westworld" powstawał długo (a będzie jeszcze dłużej), ale zadał kłam tezie, że musi to prowadzić do finalnej klęski. Zachwycał mnie na różne sposoby, poczynając od pierwszego kontaktu (pilota obejrzałem dokładnie pięć razy) i szoku, że w telewizji tak można, poprzez oglądanie z tępym wyrazem twarzy i zastanawianiem się, czy coś tu nie gra, czy po prostu tego nie rozumiem (zdecydowanie to drugie), aż do wyjaśnień, które były po prostu satysfakcjonujące. "Westworld" zapewnił mi dziesięć wycieczek do kina, raczej IMAX-a niż studyjnego, bez ruszania się z domu, doprawiając to kolejnymi godzinami spędzonymi nad rozgryzaniem jego zawartości. Dzięki, HBO, za takie wrażenia i liczę na jeszcze więcej, wszak telewizja w Waszym wykonaniu chyba nie ma już żadnych granic.

3. "American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona". Coś jednak musiało zepchnąć spektakularność z podium, a jednym z tych śmiałków jest historia wcale nie mniej widowiskowa, a jedynie w dużej mierze zamknięta w ścianach sali sądowej. Proces stulecia, który Amerykanie znają na pamięć, a reszta świata na wyrywki, udało się przenieść na mały ekran w sposób, który zadziwia pod wieloma względami. Po trosze faktem, że wiedza, jak się to wszystko skończy, absolutnie nie przeszkadza w siedzeniu przed ekranem jak na szpilkach, a po trosze emocjami, które sprawiały, że z oburzenia chciało się ciskać w telewizor tym, co akurat było pod ręką. Najbardziej jednak tym, że gdy gorączka już opadła, pozostały niezapomniane wrażenia i wspomnienie serialu, który udowadnia, że telewizja może wszystko. Nawet odgrzewać kotlety tak, by smakowały wyjątkowo.

2. "Fleabag". Serialowa miniaturka od BBC, która w ciągu sześciu krótkich odcinków przeprowadziła mnie przez różnorakie stany emocjonalne. Od nieopanowanego śmiechu, poprzez rosnące zażenowanie, aż do kompletnej rozpaczy. Szczerze mówiąc, byłem zdziwiony, że siedzi we mnie aż tyle. Przede wszystkim jednak szokujący był sposób, w jaki do tego wszystkiego udało się mnie doprowadzić serialowi, którego brytyjska premiera nam umknęła. Ot, ironia losu, która doskonale wpisałaby się w treść "Fleabag". Bo produkcja to na ironii, sarkazmie i ostrym komentarzu oparta, ale doskonale zdająca sobie sprawę, że wszystkie one są tylko krótkoterminowymi rozwiązaniami. Pudrem, który przykrywa coś znacznie poważniejszego, do czego jednak bardzo trudno się przedostać i czemu zwyczajnie nie chce się pozwolić wyjść na zewnątrz, bo byłoby to zbyt bolesne. Phoebe Waller-Bridge (oklaski!) zdołała idealnie wychwycić moment, gdy komedia zamienia się w tragedię, a łzy ze śmiechu w te zupełnie inne. Tę krótką chwilę, w której zdajesz sobie sprawę, że uśmiech jest wręcz niestosowny, bo oglądasz piekielnie smutną komedię. Dobrze, że zawsze można go wymazać, na przykład gumką na końcu ołówka.

1. "Długa noc". Powodów, dla których umieszczam "Długą noc" na szczycie swojego zestawienia, jest sporo. Po części wrażenie zrobiła na mnie niejednoznaczność, z jaką twórcy podeszli do swojego serialu, czyniąc z niego mieszankę gatunkowych schematów z inteligentną kpiną na ich temat. Spodobał mi się również mocno osadzony w tej historii i naszej rzeczywistości komentarz społeczny oraz poświęcenie miejsca na opowieść o jednostce miażdżonej przez tryby bezdusznej, urzędniczej maszynerii. Zachwyciła mnie wreszcie swoboda, z jaką "Długa noc" obalała stereotypowe myślenie na swój temat, stopniowo budując obraz skomplikowanej, kryminalnej układanki tylko po to, by zburzyć go w niejednoznacznym finale, na jaki nie pozwoliłby sobie żaden inny serial z morderstwem w roli głównej. Tym, co ostatecznie zrobiło z produkcji HBO numer 1, jest jednak… szarość. A konkretnie cała gama jej odcieni, od których "Długa noc" się mieni. Nie ma tu łatwych odpowiedzi, nie ma prostych rozwiązań, ani czarno-białych charakterów. Najlepsze, co można tu powiedzieć o człowieku, to że jest poczciwy, a i to bez wielkiego przekonania. W świecie, w którym wszystko próbuje się sprowadzić do postaci zerojedynkowej, takie spojrzenie, choć przecież całkiem naturalne, urasta do rangi czegoś wyjątkowego. Podobnie sprawa ma się z "Długą nocą", która z miana całkiem zwykłego serialu dorobiła się w moich oczach rangi równej największym klasykom HBO.