7 rzeczy, które uczyniły mój tydzień lepszym

"Halt and Catch Fire" (Fot. AMC)

0

W tym tygodniu chwalę "Halt Catch Fire" za to, co się działo na ekranie i poza nim, doceniam "Mindhuntera" i cieszę się z powrotu "Watahy". Jest też parę słów o "The Good Place", "Stranger Things" i kilku innych serialach.

1. Cudowna atmosfera, w jakiej kończy się "Halt and Catch Fire"

Spokojnie, nie będzie spoilerów z finału, bo go jeszcze nie widziałam. Będzie jeszcze raz o tym, że to jest wielki mały serial. To, jak "Halt and Catch Fire" ewoluowało, by w 4. sezonie dołączyć do ścisłego grona najlepszych z najlepszych, jest niesamowite. To, że jego twórcy potrafią przyznać (o, np. Chris Rogers w naszej bardzo długiej rozmowie), iż nie byli od początku mistrzami świata, tylko uczyli się na błędach, sprawia, że mam ochotę ich uściskać. Ba, nawet to, jak dziękują tej garstce ludzi, która ich przez ostatnie cztery lata wspierała, jest świetne, bo wykracza daleko poza zwykłe uprzejmości.

Telewizja AMC trochę chyba przypadkiem odkryła dwóch fantastycznych gości (Chrisa Rogersa i Chrisa Cantwella), a oni w ciągu czterech sezonów przeszli drogę od debiutantów do dojrzałych scenarzystów, których serial w finałowym stawiamy dziś w jednym rzędzie z "Mad Men" i innymi wielkimi. Oby nie zawsze gościnna branża telewizyjna była w stanie z nich zrobić użytek.

Czekam na następny serial tych panów, a na razie tylko powtórzę to, co napisałam Rogersowi: dziękuję za serial, w którym mogłam zobaczyć siebie. Dziękuję za pokazanie kobiet z krwi i kości, które kierują firmami, tak jak ja i moje koleżanki. Dziękuję za Donnę po ciemnej stronie mocy, za Cameron zagubioną w związkach międzyludzkich i za to, że ta ich codzienna walka mówi kawał prawdy o świecie, w którym żyję na co dzień.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy prowadzi firmę, nie każdy śpi w pracy i nie każdy z szaleństwem w oczach rzuca się na kolejne projekty, jak bohaterowie serialu AMC. Ale nawet jeśli nie zobaczycie w tej historii siebie, to "Halt and Catch Fire" i tak jest warte oglądania, bo to po prostu bardzo dobry serial. Wygląda na to, że pierwsze trzy sezony będą wreszcie w przyszłym tygodniu na ShowMaksie. Oglądajcie i wybaczcie im średni początek, bo zapewniam Was, że to, co się dzieje dalej, jest tego warte.

2. To, jak bardzo udał się Davidowi Fincherowi "Mindhunter"

'A propos różnych miłych rzeczy, które ostatnio mi się przytrafiły w mailach transatlantyckich: Netflix zbierał minirecenzje "Mindhuntera" z całego świata, które podobno mają być dostarczone prosto na biurko Davida Finchera. Na wypadek gdyby mojej jednak nikt nie przeczytał, publikuję ją poniżej (była pisana po dwóch odcinkach, kolejne są równie dobre).

Much more than just another serial killer drama. "Mindhunter" is not about cheap thrills, it goes deeper, focusing on conversations, psychology and the evil within. Jonathan Groff brilliantly portrays a rookie FBI agent, whose youthness, empathy and enthusiasm clashes with his older colleague's experience and cynicism, often in suprisingly comedic ways for such a dark tale. Beautiful shots, cool elegance and montages with music, like the one with "Fly Like an Eagle", are also pretty good reasons to watch the show, but ultimately for me it is all about the story that has never been told this way. Can't wait to see the rest of it!

To wszystko wyżej to czysta prawda. "Mindhunter" to jedna z tych rzeczy, które zdecydowanie przerosły moje oczekiwania, i zarazem dowód na to, że Fincher wciąż potrafi zatrząść widzem. Oglądajcie!

3. "Wataha" znów jest z nami

Kibicowanie polskim serialom trochę przypomina kibicowanie polskiej reprezentacji piłkarskiej - więcej w tym frustracji niż szczęśliwych momentów, ale widać taki już nasz los. Ale akurat "Wataha" pokazuje, że nasz los wkrótce może się jednak odmienić. Mamy fantastycznych operatorów, znakomitych aktorów, wspaniałe plenery i gdyby tylko szły za tym jeszcze oryginalniejsze scenariusze, to już w ogóle byłoby cudownie. Niemniej jednak, zgadzam się z Mateuszem, że "Wataha" to niezły serial, i szalenie się cieszę, że dostała drugą szansę.

4. Nowe "Stranger Things" zapowiada się naprawdę dobrze

Z takimi serialami jak "Stranger Things" - gigantycznymi hitami, pochodzącymi od nieznanych twórców - bywa różnie. Ale wydaje się, że w tym przypadku oni akurat wiedzą, co robią. "Stranger Things" nie ma ani przesadnie dużo odcinków na sezon, ani tym bardziej nie planuje nie wiadomo ilu sezonów (prawdopodobnie skończy się na pięciu). Twórcy mają plan, który, z tego co pokazuje zwiastun, oznacza nie tylko "więcej, bardziej, mocniej", ale też "głębiej". Czekam z niecierpliwością i zdecydowanie jestem dobrej myśli (a gdybyście pytali - nie, nie widziałam jeszcze nic z nowych odcinków, Netflix jest bardzo tajemniczy tym razem).

5. Pani Maisel - kolejna niezwykła bohaterka od twórców "Gilmore Girls"

Jeśli jeszcze nie widzieliście pilota "The Marvelous Mrs. Maisel", koniecznie go nadróbcie, bo szykuje się wielki hit Amazona. O serialu duetu Palladino, w którym główną rolę gra absolutnie fantastyczna Rachel Brosnahan, więcej przeczytacie tutaj. Ja już nie mogę się doczekać listopadowej premiery.

6. "Outlander" i to, co będzie w nim dalej

"Outlander" zrobił najokrutniejszą rzecz na świecie: dostaliśmy dosłownie przedsmak długo wyczekiwanego spotkania, po czym pojawiły się napisy końcowe i dwutygodniowa przerwa. Ale wszystko wskazuje na to, że wiedzą bardzo dobrze, co robią, więc czekam z utęsknieniem na ciąg dalszy.

7. "The Good Place" zdefiniowało na nowo millenialsów

Kolejny rewelacyjny odcinek "The Good Place", z nieziemskim Tedem Dansonem, który przebił wszystkie swoje dotychczasowe występy komediowe, będziemy oczywiście dziś chwalić w Hitach tygodnia. A tymczasem jeden drobiazg wyłowiony z tego morza cudowności: wiecie, kto to taki millenialsi?

PS. Tak, "7 rzeczy" wraca, mam nadzieję, że na dobre - w przeciwieństwie do "Pazurka", który wrócił jednorazowo. Do zobaczenia w przyszłą niedzielę!