2. sezon "Better Things" był genialny. Ale mam problem z tym, że Pamela Adlon milczy na temat Louisa C.K.

"Better Things" (Fot. FX)

0

Miałam napisać entuzjastyczną recenzję finału 2. sezonu "Better Things", ale nie jestem w stanie. Milczenie Pameli Adlon na temat zachowania jej przyjaciela i współtwórcy serialu coś dla mnie zmienia.

Być może zauważyliście, że "Better Things" znikło z naszych cotygodniowych hitów i znacząco spadło w rankingu najlepszych seriali miesiąca, w którym jeszcze starałam się tłumaczyć Wam - i przede wszystkim sobie - że to serial Pameli Adlon, a nie Louisa C.K., i że nie powinniśmy jej karać za jego zachowania. Ale faktem jest, że dyskutowaliśmy o tym na Serialowej i zgodziliśmy się co do jednego: tak, "Better Things" ma za sobą świetny sezon, ale poza tym to szalenie skomplikowana, trudna sprawa.

Z jednej strony, chcemy uwielbiać i promować najlepsze seriale, bo zwyczajnie ich nie ma aż tak dużo. Z drugiej strony, tego, co zrobił Louis C.K. (masturbował się na oczach licznych kobiet, które nie dały mu na to przyzwolenia), nie da się w żaden sposób usprawiedliwić. Zarówno same jego czyny, jak i wyjaśnienia ("zawsze najpierw pytałem, czy mogę wyciągnąć penisa"), to coś skrajnie obrzydliwego. Coś, przez co nie będę w stanie już nigdy wrócić do "Louiego", nie obejrzę zaległego stand-upu Louisa C.K. na Netfliksie (ani żadnego innego jego stand-upu) i zapomnę, że kiedykolwiek powstał "Pete and Horace".

Choć reakcja HBO, które w jednej chwili wyrzuciło całą twórczość komika ze swoich platform streamingowych, może wydawać się przesadna, jestem tutaj po ich stronie. Nie widzę powodu, aby wspierać kogoś, kto zniszczył życie i karierę licznym kobietom, być może równie zdolnym co on (a właśnie tak się stało - niektóre z jego ofiar mówiły, że przez niego zrezygnowały z komedii). Sama z pewnością nie obejrzę nigdy niczego, co on stworzył, bo zwyczajnie nie będę w stanie. Uważam, że Louis C.K. jest przestępcą seksualnym, którego problemy nie powinny skończyć się na usunięciu stand-upów z platform streamingowych i całkowitym wyrzuceniu z branży rozrywkowej. Podobnie jak w przypadku Kevina Spaceya, oddzielenie osoby twórcy od tego, co stworzył, nie wydaje mi się tutaj możliwe.

Co więcej, o ciemnych sprawkach Louisa C.K. krążyły od pewnego czasu plotki. Dla mnie, jako osoby, która mieszka w Krakowie, ogląda seriale i nigdy nie spotkała ani samego Louisa, ani nikogo z jego znajomych komików, te plotki były czymś abstrakcyjnym. Kobiety, o których w życiu nie słyszałam, oskarżają jednego z moich ulubionych twórców o coś, na co nie mają dowodów. Nie wiem, kto mówi prawdę, wiem, że to są tylko słowa. Wiem też, że łatwo kogoś oszkalować w mediach, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy mamy do dyspozycji Twittera i Facebooka. Nie zaprzątałam więc sobie tymi plotkami głowy - tak jak nie interesuję się tym, kto z moich ulubionych twórców ma żonę i dzieci, kto jest gejem, a kto postanowił na zawsze zostać singlem. To ich prywatne sprawy. Mnie interesują ich seriale.

Amerykańscy krytycy byli trochę bliżej całej sprawy. Alan Sepinwall, pisząc o "Better Things" i Louisie C.K., przyznał, że też o tym słyszał i nie zrobił nic, bo wolał nie dopuszczać do siebie myśli, iż to może być prawda. Kochał twórczość tego komika za zawartą w niej szczerość i empatię. Czyli dokładnie za to samo, za co my kochaliśmy "Louiego" i za co kochamy "Better Things", a także kolejny serial, którego współtwórcą jest Louis C.K. - "One Mississippi".

Mam szczerą nadzieję, że produkcje, które Louis C.K. pomagał pisać i reżyserować, będą kontynuowane przez lata i będą dostarczać nam tylu cudów i wzruszeń, co "Graduation", wspaniały, ciepły, pełen oryginalnych pomysłów finał 2. sezonu "Better Things". Wierzę, że bez Louisa C.K. są w stanie przetrwać, bo to nie jego autorskie wizje, tylko Pameli Adlon i Tig Notaro, dwóch niesamowicie mądrych, dojrzałych i utalentowanych komiczek/aktorek. Z pewnością obejrzę kolejne odcinki i jeśli tylko uznam, że są warte polecenia, to je polecę, starając się więcej nie wspominać w recenzjach o Louisie C.K.

Ale na razie mam problem z obiema paniami, które stworzyły seriale z feministycznym zacięciem, a teraz zawzięcie milczą, kiedy wypadałoby zabrać głos w sprawie trudnej, bolesnej i dotyczącej ich bezpośrednio. Jeśli Alan Sepinwall - krytyk, który nie utrzymywał prywatnych relacji z Louisem C.K. - pisze, że słyszał te plotki i żałuje, iż nic nie powiedział, to co do powiedzenia mają te dwie panie? Czy jako jedyne w branży nic nie słyszały, nic nie wiedziały? Czy raczej przez lata przymykały oczy na zachowanie swojego współpracownika i przyjaciela? Czy pomagały go kryć? Chciałabym poznać odpowiedzi na te pytania.

Tymczasem Notaro, zapytana o sprawę wprost podczas Vulture Festival, wymigała się od odpowiedzi i rzuciła frazesem: "Pozytywem jest to, że ofiary już nie usłyszały, że kłamią". Adlon całkiem znikła z radaru po oznajmieniu, że jest zszokowana i zdruzgotana i prosi o chwilę czasu na przetrawienie tego, co się stało. Oświadczenie pojawiło się prawie dwa tygodnie temu, potem zapadła cisza.

Na drugim biegunie mamy Sarę Silverman, która zdobyła się na powiedzenie głośno tego, czego nie powiedział wcześniej nikt z przyjaciół komików Louisa C.K.: kocham Louiego, ale Louie zrobił te rzeczy. Jest mi smutno, że mój przyjaciel zrobił coś takiego, ale w tym momencie powinniśmy myśleć o kobietach, które są jego ofiarami.

Mniej więcej w tym samym czasie jej siostra, Laura, napisała na Twitterze, że Louis C.K. tylko przy niej masturbował się jakieś 20 razy, jeszcze zanim stał się sławny. Ale uznała to zachowanie nie tyle za kryminalne, co niegrzeczne, kompulsywne i obrzydliwe. Po takich oświadczeniach coraz trudniej wierzyć w to, że inne przyjaciółki komika z branży o tym nie wiedziały.

Chciałabym usłyszeć coś więcej zarówno od Tig Notaro, jak i Pameli Adlon. Chciałabym, żeby ktoś mi wyjaśnił, jak to możliwe, że tak ohydne zachowanie było przez tyle lat publiczną tajemnicą (przyznał to także Mike Schur, który przepraszał, że zatrudnił Louisa C.K. w "Parks and Recreation", choć wcześniej słyszał te plotki) i nie zareagował nikt. Nawet kobiety, prezentujące w swoich serialach rzeczywistość z feministycznego punktu widzenia i wypowiadające się w nich również na temat gwałtu.

Oglądając kolejne seriale amerykańskich stand-uperów, przekonuję się raz po raz, że mam do czynienia z szalenie wrażliwymi ludźmi, którzy często prowadzą skomplikowane życie, mają skłonności do depresji czy też popadania w różnego rodzaju uzależnienia. Historia Louisa C.K. - ponurego komika, którego cała twórczość świadczyła o tym, że jest bardzo wrażliwym człowiekiem, rozumiejącym w lot wszelkie emocjonalne niuanse - nie ma powodu mnie dziwić. Dziwi mnie to, że nikt mu nie pomógł, zanim zrobiło się za późno. Dziś wszyscy odcinają się od niego i udają, że o niczym nie wiedzieli.

A ja mam ochotę powiedzieć "nie" całemu temu towarzystwu. Bo kiedy słyszę, jak Sam Fox mówi w serialu do swojej nastoletniej córki: "nie będzie na twojej imprezie beczki z piwem, ale jeśli ktoś wniesie sam piwo, to to już nie będzie mój problem", od razu zaczynam się zastanawiać, czy w ten sam sposób twórczyni podeszła do sprawy Louisa C.K. Nie jestem w stanie oddzielić dzieła od osoby twórcy, a już zwłaszcza kiedy dzieło jest tak mocno inspirowane własnymi doświadczeniami jak "Better Things".

Może zmieni się to za rok, może nie. Nie wiem. Postaram się podejść z otwartością do kolejnego sezonu "Better Things", tworzonego już bez udziału Louisa C.K. A na razie jest mi przykro, że to wszystko się wydarzyło i że zamiast cieszyć się tym, jak pięknie Pamela Adlon i jej serialowe córki oraz matka odtworzyły choreografię "Tilted" Christine and the Queens, musimy się zastanawiać, czy wymyślił to ktoś, kto masturbował się przy obcych kobietach - czy może ktoś, kto mu na to pozwalał.

I nie mówcie mi, że wcale nie musimy.