10 najlepszych seriali 2017 roku wg Marty Wawrzyn

"Pozostawieni" (Fot. HBO)

0

Kończy nam się rok i znów wypada powtórzyć: wybranie 10 najlepszych seriali spośród setek tytułów jest praktycznie niemożliwe. Ale podobnie jak przed rokiem numer 1 był dla mnie więcej niż oczywisty.

Tworzenie nowej dziesiątki jak zwykle zaczęło się od przypomnienia, co było w zeszłorocznej. I spotkało mnie zaskoczenie: ani jeden z tamtych tytułów nie był w stanie zmieścić się w top 10 tego roku. Większości zabrakło, ponieważ albo już ich z nami nie ma ("Rectify", "Artyści"), albo mają dłuższą przerwę ("American Crime Story", "Fleabag", "Młody papież", "Westworld"). Inne z kolei zaliczyły słabszy sezon ("The Americans", "Transparent") bądź zostały wyparte przez coś jeszcze lepszego ("Black Mirror", "Stranger Things").

Szkoda mi zwłaszcza serialu Charliego Brookera, bo nowy sezon zasługuje na pochwały choćby za "USS Callister". Ale choć niektóre odcinki zdążyłam już obejrzeć z przyjemnością po dwa razy, to żadnym cudem nie udało mi się uratować serialu przed spadkiem poza top 10. Poza tym zabrakło miejsca w dziesiątce dla cudownego "I Love Dick", kilku netfliksowych produkcji ("GLOW" i "Mindhunter" uparcie lądowały razem na 11. miejscu), "Crazy Ex-Girlfriend", "Feud: Bette and Joan", "Insecure", "Top of the Lake: China Girl" czy też "American Gods". Był również taki moment, kiedy do top 10 pukał "Star Trek: Discovery", który tej jesieni z odcinka na odcinek podobał mi się coraz bardziej.

Ostatecznie wyszła dziesiątka tytułów, które nie dały się z tego zestawienia wyrzucić, co w czasach serialowego przesytu jest największym możliwym komplementem. W końcu mówimy o sytuacji, w której wszyscy musimy wybierać najlepszych z najlepszych spośród 500 tytułów.

10. "The Marvelous Mrs. Maisel". W najbliższych latach Amazon stanie się serwisem, który przepisze "Władcę Pierścieni" i nic już nie będzie takie samo. A na razie dostarczył nam kolejnego serialu świeżego, wdzięcznego i innego od tych, które oglądamy na Netfliksie czy w HBO. Historia fenomenalnej pani Maisel, kobiety, która pod koniec lat 50., na przekór wszystkim i wszystkiemu, rozpoczyna karierę komiczki stand-upowej, ujęła mnie, zaskoczyła swoją głębią i zadziwiła pomysłowością. Amy Sherman-Palladino, twórczyni "Gilmore Girls", raz jeszcze udowodniła, że nikt nie pisze lepiej niż ona bohaterek, które nie wstydzą się swojej kobiecości i idą przez świat jak burza, wyrzucając z siebie tysiąc słów na minutę. Zaś Rachel Brosnahan kapitalnie zagrała tytułową postać, z całym jej skomplikowaniem. A do tego ten klimat, muzyka, kostiumy - "The Marvelous Mrs. Maisel" to cudeńko pod każdym względem.

9. "The Good Place". Skoro o cudeńkach mowa, nadrobiliście już "The Good Place"? Niesamowita jest droga, jaką przebył w ciągu roku skromny sitcom Mike'a Schura - od kolorowej ciekawostki do najbardziej pomysłowej, najinteligentniejszej i po prostu najlepszej komedii, jaką ma do zaoferowania amerykańska telewizja ogólnodostępna. "The Good Place" to nowoczesny moralitet, w którym starcie dobra ze złem przybiera formę nieskrępowanej zabawy, co jakiś czas zaskakującej nas szalonym twistem (albo i setką takowych na odcinek). A my dajemy się w to wciągnąć, kibicujemy grupce oryginałów i dziwimy się, jacy ludzcy potrafią być nie tylko ludzie, ale i diabły. Więcej takich seriali!

8. "Wielkie kłamstewka". Miniserial HBO w iście oscarowej obsadzie, który tak bardzo spodobał się publice, że aż będzie ciąg dalszy. Czy jest on potrzebny, czy nie, to już temat na inną dyskusję. Na razie wypada docenić 1. sezon, który był całością zamkniętą i bez mała doskonałą. Wspaniale napisaną, doskonale zagraną i od początku do końca utrzymaną w charakterystycznym stylu, który nie przypominał niczego innego, co ostatnio oglądaliśmy na małym ekranie. Ale przede wszystkim "Wielkie kłamstewka" to opowieść, która nie jest pusta w środku - jak przekonujemy się w finale, wszystkie narracyjne sztuczki, na czele z nieujawnianiem nie tylko osoby mordercy, ale i ofiary, czemuś służyły. To historia, która ma moc, bo skupiając się na cichym koszmarze, dziejącym się w społeczności, gdzie wszystko wygląda na idealne, zwraca uwagę na przemoc za zamkniętymi drzwiami, także wokół nas.

7. "Kroniki Times Square". David Simon i George Pelecanos, czyli duet, któremu zawdzięczamy dwie znakomite produkcje HBO - "The Wire" i "Treme" - powrócił, by zabrać nas w pozbawioną sentymentów podróż do Nowego Jorku z lat 70., gdzie zaczął kiełkować biznes porno, jaki dziś znamy. Myli się jednak ten, kto myśli, że "Kroniki Times Square" to serial o seksie. To dużo bardziej skomplikowana rzecz - opowieść o społeczeństwie czy też pewnym ekosystemie funkcjonującym w jego ramach. Opowieść żywa, barwna i często gorzka w swojej wymowie, a przy tym wystrzegająca się jak ognia schematów. Prostytutki, alfonsi, gangsterzy, policjanci, właściciele okolicznych barów, pierwsi reżyserzy porno i ludzie, których z różnych powodów ten świat przyciągnął do siebie - wszyscy oni tworzą społeczną mozaikę, jaką ogarnąć i ożywić na ekranie potrafią tylko twórcy "The Wire". I to jeszcze w klimacie retro!

6. "Opowieść podręcznej". Najważniejszy serial, jaki powstał w tym roku. Tytuł, który przyniósł zasłużone nagrody Emmy serwisowi Hulu, Elisabeth Moss, Alexis Bledel, reżyserce Reed Morano i reszcie znakomitej ekipy. Przerażająco aktualne ostrzeżenie przed politykami, którzy nie szanują praw kobiet, i zarazem osadzona w fikcyjnej dystopii historia, która mocno stoi na własnych nogach, nie tylko dlatego, że jest ekranizacją głośnej książki Margaret Atwood. Serial, który wyniósł na nowy poziom pojęcie nieopisanego koszmaru, dbając przy tym o swój wygląd, oprawę muzyczną i wszystko to, czego oczekujemy w 2017 roku od telewizji najwyższej jakości. I wreszcie, jeszcze jeden dowód na to, że w czasach, kiedy wszystko już było, da się powiedzieć coś nowego i zrobić to od początku do końca po swojemu.

5. "Master of None". Mały festiwal filmowy Aziza Ansariego, w którym znalazło się miejsce na nową wersję czarno-białego włoskiego obrazu sprzed lat, różnorodne opowieści o poszukiwaniu miłości we współczesnym świecie, niezwykłe historie zwykłych nowojorczyków, parodię absurdalnych programów kulinarnych czy też rewelacyjny odcinek o coming oucie, który może pomóc niejednemu przestraszonemu dzieciakowi. A wszystko to spajał charakterystyczny styl komika, który miesza słodycz z goryczą w sobie tylko znanych proporcjach, do wszystkiego i wszystkich podchodząc z taką samą otwartością i uśmiechem. "Master of None" to serial, który mówi więcej o moim życiu więcej, niż ja sama jestem w stanie powiedzieć. Oby zawsze taki pozostał i najlepiej jeszcze szybko do nas wrócił z kolejnym sezonem.

4. "Better Things". Rok temu komediodramat z potencjałem, teraz prawdziwa perełka. Perełka, której w tym momencie muszę już wybaczyć związki z jednym z największych seksskandali tej jesieni, bo gdybym ją z tego zestawu wycięła, byłoby to krzywdzące wobec nie tyle nawet samej Pameli Adlon, ile całej ekipy tworzącej "Better Things". Serial doskonały, niezwykły i tak bliski prawdziwego życia, jak to tylko możliwe. Taki, w którym najprostsze rzeczy, przytrafiające się codziennie zwyczajnym ludziom, urastają do rangi sztuki i okazują się zaskakujące pod każdym względem. W domu, w którym wszystkie kobiety noszą męskie imiona, nie ma miejsca na banał ani nudę, jest za to tona emocji będących następstwem codziennych zmagań, ubranych od początku do końca w nietypową formę.

3. "Legion". Skoro przy rzeczach nietypowych jesteśmy, nie było w tym roku drugiego serialu, który by mnie zaskoczył tak jak "Legion". Ze zwykłego komiksu o X-Menach powstało małe dzieło sztuki, łączące kompletnie odjechaną formę z zaskakująco ambitną treścią. Psychodeliczne szaleństwo audiowizualne, jakiego jeszcze nie było w telewizji, to tutaj tylko pretekst służący do opowiedzenia historii, w której centrum znajduje się pewien pogubiony młody człowiek. Człowiek, który dostaje nowe życie, znajduje miłość i walczy z demonami z pomocą grupy przyjaciół. Skomplikowana psychoterapia mutanta, miłość w najsłodszym możliwym wydaniu, mordowanie wrogów w rytmie flamenco i wycieczki po światach, które niekoniecznie muszą istnieć naprawdę - "Legion" to wszystkie te rzeczy i dużo, dużo więcej. Noah Hawley, wcześniej twórca znakomitego "Fargo", raz jeszcze pokazał, co to znaczy oryginalne podejście do tematu.

2. "Halt and Catch Fire". Serial, który jest mi najbliższy z całej dziesiątki i który by to zestawienie wygrał, gdyby numer 1 nie był czymś absolutnie wyjątkowym. Zaczęło się od zaprezentowania początków rewolucji komputerowej w latach 80., skończyło się na uniwersalnej historii o tym, jak technologie zbliżają ludzi i oddalają ich od siebie. Historii o poszukiwaniu więzi międzyludzkich w świecie, w którym wszyscy jesteśmy zagubionymi atomami. Finałowy sezon udowodnił, jak świetnie została napisana ta opowieść, jak bardzo dbano po drodze o jej spójność i jak wiele uwagi poświęcono jej bohaterom. Bohaterom, z którymi związek poczuje każdy, kto kiedykolwiek próbował zbudować coś własnego w nie zawsze sprzyjających okolicznościach. I każdy, kto jest człowiekiem.

1. "Pozostawieni". W tym roku były seriale i byli "Pozostawieni". Produkcja HBO, którą bez wahania nazywam wybitną - a bardzo możliwe, że nie użyłam tego słowa na Serialowej nigdy wcześniej. Prosta, ludzka historia, rozgrywająca się w świecie, w którym każdy przeżywa swoją małą apokalipsę, dokładnie tak jak my wszyscy, kiedy kogoś stracimy. Opowieść o bólu, żałobie, miłości, nieustannej walce, upadkach i próbach podniesienia się; o tym, jak wiara ściera się w nas ze sceptycyzmem w obliczu czegoś, co pozostaje bez odpowiedzi.

Serial doskonały, bo działający zarówno na poziomie czysto emocjonalnym, jak i postmodernistycznego dzieła, którego twórcy poruszają się ze swobodą po popkulturze, cytując i przedefiniowując wszystko, co się tylko da, począwszy od klasyki australijskiego kina, a skończywszy na historii pewnego niewyżytego lwa. Serial, który wyprzedził swoją epokę pod każdym względem i do którego będę wracać jeszcze nieraz.