10 najlepszych seriali 2017 wg Michała Paszkowskiego

"Pozostawieni" (Fot. HBO)

0

Era Peak TV nie zwalnia. Z każdym kolejnym fantastycznym serialem wybranie najznakomitszej dziesiątki pod koniec roku staje się coraz trudniejsze. I tak też było tym razem.

Próba stworzenia listy 10 najlepszych seriali w 2017 roku sprawia wrażenie naginania zasad podstawowej matematyki. Oto w wybranej dziesiątce znajduje się nagle dwadzieścia seriali, a nawet po dokonaniu drastycznych cięć dziesięć wciąż równa się piętnaście. Gdy w końcu w finałowym etapie zmagań zostaje dwanaście produkcji, to w głowie pojawia się myśl, że przecież jeszcze należy uszeregować je w odpowiedniej kolejności, a czy przy tak różnorodnym zestawieniu jest to w ogóle możliwe? Odnoszę wrażenie, że z każdym kolejnym rekordem w liczbie seriali powstających w danym roku, liczba 10 po prostu się kurczy.

W rezultacie tuż poza zestawieniem znalazły się produkcje, które równie dobrze mogłyby znaleźć się na szczycie takiej listy, jak chociażby "Opowieść podręcznej", czyli prawdopodobnie najbardziej aktualna antyutopia roku. "The Americans" zaprezentowało powolny i fascynujący zarazem sezon o znużeniu, rezygnacji i niespełnieniu, na który tak umiejętnie skonstruowany serial w swojej przedostatniej serii po prostu może sobie pozwolić. "American Vandal" był mockumentem wciągającym nawet bardziej niż dokumenty, które parodiował, i zarazem najlepszym amerykańskim serialem o liceum z ostatnich lat. Produkcja, która wykorzystując jeden z najstarszych (żeby nie powiedzieć skostniałych) gatunków telewizyjnych - "One Day at a Time" - znalazła miejsce na prawdziwe emocje i szczere wyznania.

Netflix zaserwował dodatkowo "Dear White People", czyli ważną, inteligentną i przezabawną satyrę, a wyczekiwana przeze mnie od wielu lat serialowa adaptacja "Serii niefortunnych zdarzeń" nie tylko spełniła moje nadzieje, ale i przerosła oczekiwania. Jane Campion raz jeszcze mistrzowsko pokazała jak wygląda serial autorski w "Top of the Lake: China Girl"- kontynuacji znacznie różniącej się od nowozelandzkiego oryginału, ale równie intrygującej. Obok lekko rozczarowującego czwartego sezonu "Transparent", Jill Soloway stworzyła dla Amazona inną oryginalną i świeżą produkcję "I Love Dick", delikatnie zbliżając serial do sztuki współczesnej. I w końcu mój ulubiony blockbuster telewizyjny roku, czyli "American Gods", jak przystało na serial Bryana Fullera, sprawił, że każda sekunda tego spektaklu przypominała wizualną ucztę.

Ostatecznie jednak nie byłem w stanie usunąć z mojej najlepszej dziesiątki poniższych tytułów. Jeśli mogę znaleźć jakieś pocieszenie w bezlitosnym sortowaniu produkcji, które bez zawahania nazwę najlepszymi z najlepszych, to fakt, że za rok pewnie będzie to jeszcze trudniejsze.

10. "Lady Dynamite". Co sprawia, że komedia o perypetiach Marii Bamford jest tak znakomita? Podział na trzy płaszczyzny czasowe, diametralnie różniące się stylem? Nieustanne zamazywanie granic między prawdziwym życiem Marii, a jej autorskim projektem serialowym dla parodii Netfliksa w postaci Muskvision Elona Muska? A może jej wierne, gadające mopsy? Odpowiedź brzmi: oczywiście wszystko powyżej zebrane razem w wybuchową mieszankę, której liczne szaleństwa służą do opowiedzenia całkiem autentycznej historii o poszukiwaniu w życiu spokoju i szczęścia.

9. "Wielkie kłamstewka". Serial, który początkowo zwodził swoich widzów, udając "zaledwie" pięknie wykonaną telenowelę z morderczym twistem oraz obsadą wziętą prosto z hollywoodzkiego filmu. "Wielkie kłamstewka" okazały się jednak czymś głębszym i o wiele bardziej skomplikowanym - perfekcyjnie zrealizowaną opowieścią o rodzicielstwie, kobietach wspierających się nawzajem w najtrudniejszych momentach i przede wszystkim, w najbardziej poruszającym wątku serialu - tragedii przemocy domowej. Nicole Kidman jako Celeste Wright stworzyła jedną z absolutnie najlepszych roli w swojej bogatej karierze i wraz z resztą fenomenalnego aktorskiego zespołu uczyniła z "Kłamstewek" jeden z najbardziej udanych miniseriali ostatnich lat. Tylko czy aby na pewno potrzebujemy drugiego sezonu?

8. "Kroniki Times Square". Potrzeba prawdziwych weteranów telewizyjnych, aby w przeciągu zaledwie ośmiu odcinków opowiedzieć historię tak złożoną, jak w tej produkcji HBO. Prawdopodobnie tylko team odpowiedzialny wcześniej za "The Wire" i "Treme", czyli David Simon i George Pelecanos, jest w stanie na tyle dogłębnie opisać przemysł seksualny w Nowym Jorku na początku lat 70., obserwując radykalne zmiany w biznesie, śledząc losy co najmniej kilkunastu fascynujących postaci, reportersko przedstawiając historyczne realia epoki i jeszcze rozpatrując rolę seksu i pornografii w społeczeństwie konsumpcyjnym. Serial najwyższej próby ze świetną Maggie Gyllenhaal na czele fantastycznej obsady.

7. "The Good Place". Fakt, że dwudziestominutowy sitcom, powstający w Stanach dla telewizji ogólnodostępnej, zyskuje tak wielkie uznanie krytyków, tylko pokazuje, jak wiele da się osiągnąć w tym medium, bez uwagi na liczniejsze niż gdzie indziej ograniczenia. Michael Schur nie pozwala swojej wyjątkowej komedii zatrzymać się w miejscu i serwuje nam kolejne twisty, które wywracają świat "Dobrego Miejsca" do góry nogami. Przy wszystkich radykalnych zmianach serial cały czas na oryginalne i komiczne sposoby próbuje odpowiedzieć na jak najbardziej aktualne w 2017 roku pytanie: jak być dobrym człowiekiem i co to w ogóle znaczy?

6. "Legion". Choć filmy superbohaterskie powoli zaczynają zrywać z utartymi i coraz bardziej nużącymi schematami, historia Davida Hallera opowiedziana przez Noah Hawleya sprawia wrażenie, jakby wyprzedzała te kosmetyczne zmiany o lata świetlne. Podróż w głąb umysłu potężnego mutanta to wizualny majstersztyk i, podobnie jak numer drugi na mojej liście, jest doświadczeniem, któremu można całkowicie się poddać albo w ogóle z niego zrezygnować. "Legion" pokazuje, jak świeże i fascynujące efekty da się osiągnąć w gatunku, który dla niektórych nierozerwalnie związany jest ze schematycznością i prostotą.

5. "Master of None". Dzieło Aziza Ansariego i Alana Yanga skradło moje serce już w pierwszym sezonie, a nowym zbiorem dziesięciu miniaturowych filmów tylko utwierdziło mnie w mojej miłości. Serial tak lekki i przyjemny, że łatwo przecenić jego wyjątkowość, którą potwierdza chociażby fakt, że połowa sezonu mogłaby spokojnie zapełnić listę najlepszych odcinków telewizyjnych roku. Za wszystkimi eksperymentami z formą kryje się jednak emocjonalne serce serialu, który nieustannie znajduje piękno w najprostszych chwilach i sytuacjach.

4. "BoJack Horseman". Pozostaje dla mnie zagadką, jak w serialu, w którym losy bohaterów wydają się każdego roku coraz bardziej tragiczne, wątki komediowe osiągają nowe poziomy absurdu, a przy tym tworzą razem jedną spójną całość. Czwarty sezon mógł w danym momencie pokazać historię hollywoodzkich gwiazdek uwięzionych pod ziemią i oddających cześć kultowi ognia, a zaraz potem poruszyć historią Princess Carolyn opowiedzianą z punktu widzenia jej nieistniejącej, upragnionej córki. Pomimo tego, w jak kreatywny i przekonujący sposób twórcy byli w stanie opisać w tym roku cierpienie wielu bohaterów, czwarty sezon dał ostatecznie więcej nadziei, niż którykolwiek z poprzednich, wcale nie inaczej niż mój tegoroczny zwycięzca tego zestawienia.

3. "Better Things". Spośród najbardziej powszechnych historii nie tylko w telewizji, ale całej kulturze, te o rodzinie są chyba najliczniejsze, więc tym większe brawa dla Pameli Adlon za to, w jak przejmujący i zarazem uniwersalny sposób udało się przekazać jej własną, autorską wizję tego, co znaczy być matką samotnie wychowującą trzy córki. Drugi sezon "Better Things" z jednej strony wydaje się zaskakująco prosty, ale właśnie w najbardziej zwyczajnych codziennych momentach interakcji między Sam a jej córkami i własną matką, serial znajduje istotę tych relacji. W świecie "Better Things" na każde wyznanie miłości przypada jakieś wyznanie nienawiści, ale ostatecznie więzi między bohaterkami serialu pozostają silne i nienaruszalne. A czasem najlepszym możliwym darem, jaki mogą sobie ofiarować, jest po prostu bycie razem.

2. "Twin Peaks". Próbując ominąć mocno dyskutowaną kwestię tego, czy "Twin Peaks" jest filmem czy serialem, nazwę dzieło Davida Lyncha i Marka Frosta tym, czym było ono dla mnie - doświadczeniem audiowizualnym. Zdaję sobie sprawę, że ten termin brzmi zdecydowanie zbyt ogólnie, ale obcowanie z każdą kolejną częścią nowej wersji kultowego serialu przypominało o wiele bardziej przeżywanie tego, co akurat dzieje się na ekranie (nawet jeśli nie jest się w stanie tego zrozumieć czy tym bardziej opisać), niż tradycyjne oglądanie. Po ponad 25 latach, od kiedy Lynch i Frost stworzyli coś kompletnie oryginalnego i popchnęli medium telewizyjne w nowym kierunku, znów otrzymaliśmy dzieło, które raz jeszcze zdaje się wyprzedzać wszystkie dobrodziejstwa złotej ery seriali, jakkolwiek byśmy jej nie definiowali. Nadchodzące lata pokażą, czy i w jaki sposób tegoroczny powrót zainspiruje przyszłych telewizyjnych twórców. Na razie pozostajemy z wyjątkową i niepokojącą wizją świata według Lyncha, której obrazy i postawione w niej pytania na długo pozostaną jeszcze w mojej pamięci.

1. "Pozostawieni". Na przestrzeni ośmiu odcinków serial Damona Lindelofa i Toma Perrotty zdołał pokazać i powiedzieć więcej, niż niektórym serialom udaje się przez kilka sezonów. Twórcy idealnie wykorzystali ograniczony budżet dla ostatniego, skróconego sezonu, żeby w triumfalny sposób zakończyć serial, który już teraz ma swoje miejsce w kanonie najlepszych produkcji telewizyjnych w historii. Jeśli moje słowa brzmią górnolotnie, to dlatego, że "Pozostawieni" znaleźli sposób na szczere wejście w emocjonalną relację ze swoimi widzami i zaprosili mnie w podróż, która choć momentami była prawie tak emocjonalnie wyczerpująca, jak dla bohaterów serialu, ostatecznie okazała się przeżyciem głęboko wychodzącym poza zwyczajny odbiór nawet bardzo dobrych produkcji.

Serial, który pokazywał świat pęknięty, pełen nierozwiązywalnych problemów, wypełniony niepewnością i brakiem celu, ubarwiając swoją historię wszystkimi nadnaturalnymi wątkami i elementami, przystawiał tak naprawdę lustro do naszego świata. A jednak w finale nie dał się pogrążyć widmu nihilizmu i zaoferował najpiękniejsze możliwe zakończenie dla swojej historii i, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, pewnego rodzaju happy end. I w przypadku tak pierwszorzędnej produkcji jak "Pozostawieni" taki koniec był jak najbardziej zasłużony.